Łukasz Orbitowski: Jak pić w czasach YouTube’a

Felieton/Social media 03.07.2013
Łukasz Orbitowski: Jak pić w czasach YouTube’a

Łukasz Orbitowski: Jak pić w czasach YouTube’a

Kiedyś piło się lepiej, bo kiedyś wszystko było lepsze. Najlepsze filmy kręcono w latach siedemdziesiątych, najlepsza muzyka powstawała dekadę później, a przełom tysiącleci wysypał ogrom przepięknych dziewcząt, które dawno już zamieniły się w chude, cięte na szmal bladzie. Picie w dawnych czasach, picie w młodości było najlepsze gdyż co jak co, ale młodość jest do dupy. Nic nie wiemy, umiemy jeszcze mniej, a ruchał nas każdy poza tymi, względem których oczekiwaliśmy tej akurat czynności. Dorzućmy do tego brak szmalu i ogaru. Wóda dawała radość w tych trudnych latach. Młodość byłaby dobra, gdyby przyszła teraz, gdy już zostałem pierdzielem.

Piłem w melinach, w parkach, w pociągach i ogrodach uniwersytetów, świadom, że policja tam tak łatwo nie wejdzie. Urżnięty w sztok wymiotowałem do kominów wentylacyjnych na dachu wieżowca. Piłem w szybie windy i pod mostem, piłem o piątej rano na bostońskiej ulicy w środku śnieżycy stulecia. Piłem na pustostanach w Poznaniu i na Manhattanie, piłem z menelami, z wariatami, z bandyterką pospolitą i wykwintną, z aktorami, reżyserami i pisarzami, w pałacach i rynsztoku, gdyż picie zawsze musi zostać osadzone klimatycznie, wymaga sprzężenia wnętrza człowieka z jego zewnętrznością, inaczej nie zadziała i dlatego nazywamy je sztuką. Pamiętam też jak było dawno temu, kiedy Internet nie dotarł do Polski, a brontozaury chłeptały wodę z Wisły.

Jak wówczas pito? Normalnie.

Zbieraliśmy się w moim zaczarowanym mieszkaniu (miałem wiele mieszkań, zaczarowane były wszystkie, każde na swój sposób), każdy przynosił co miał i się zaczynało, czasem delikatnie, czasem w trupa, niekiedy nawet gorzej. Wychodziliśmy na miasto sobie poszczypać, pękały szczęki i akwaria, a nade wszystko rozmawialiśmy ze sobą dosłownie o wszystkim. Teraz już tak nie jest. Wcale nie dlatego, że się zestarzałem.

Powiadają, że Internet rozwalił normalne relacje towarzyskie. To bzdura. Rozwalił je tylko tym, który i tak nie potrafili ich nawiązać – czyli nic nie zostało rozwalone. Okularnicy, niegdyś zaczytani w książkach fantastycznych zmienili się w nerdów i to wszystko. Przypuszczam, że ich życia stały się lepsze, dając przynajmniej sieciowe znajomości. Internet zniszczył coś innego. Otóż, zdemolował picie.

Jakieś siedem lat temu (być może wcześniej) nastąpiło coś, co nazywam zwrotem ekranowym. Zwrot ekranowy jest dokładnie tym, co wskazuje nazwa. Człowiek, jak ćma do światła zwraca się ku każdemu możliwemu ekranowi. Przez ten ekran zginie. Może być to tablet, telefon komórkowy, laptop, cokolwiek. Skłonność ta jest przemożna, że zyskała siłę odruchu bezwarunkowego. Musimy sprawdzić smartfona, choć na chwilę siąść do internetu, a współczesny facet, przechodząc koło wystawy z telewizorami zawiesi na ich wzrok, choćby po drugiej stronie ulicy Megan Fox właśnie zgubiła stanik.

Dodam chętnie, gdyż muszę: człowiek z twarzą w ekranie budzi we mnie irracjonalne poczucie lęku, choć przecież niczym mi nie zagraża. Sam się lubię tak pogapić.

Ale człowiek ten widzi coś zupełnie innego niż ja, zanurza się w rzeczywistość dla mnie w żaden sposób niedostępną, nie wiem przecież jakie strony śledzi, jaki film ogląda, co sobie poustawiał, a co właśnie zmienia. Jesteśmy obok siebie, przy tym samym stoliku w kawiarni, a jednocześnie zupełnie gdzie indziej. To tak, jakby patrząc przez to samo okno jeden widział Bałtyk a drugi gołą sąsiadkę w bloku naprzeciwko. Podobnie było z książkami. Dlatego czytającym w tramwajach zaglądamy przez ramię. Chodzi o przywrócenie spójności świata.

Internet zniszczył picie za sprawą YouTube. Wyobraźmy to sobie. Siedzę z przyjaciółmi, z ludźmi których kocham i cenię. Raczymy się wódeczką. Rozmawiamy, żartujemy. W zasięgu wzroku znajduje się komputer podpięty do sieci. W rejonach pierwszego promila, gdy wszyscy zaczynają głupieć, zawsze znajdzie się baran, który musi pokazać wszystkim, co ostatnio fajnego widział na tubku. Może to być piosenka, albo facet wywracający się w pokrzywy. Protesty zdadzą się na nic, cymbał po prostu musi, jakby ta piosenka, ten facet w pokrzywach, mogły go uleczyć z nowotworu. Włącza tubka, puszcza i jest po imprezie, albowiem kretynizm rozprzestrzenia się gwałtownie, każdy przypomina sobie mnóstwo innych utworów muzycznych, skeczy, idiotycznych reklam, właściwie wszystkiego co nawrzucano w ten śmietnik. Protesty zdadzą się na nic, rozmowy zgasły i wszyscy oglądają żarty na sieci, choć mogliby wymyślić lepsze, własne. Najtwardszy sukinsyn zostaje sam i puszcza sobie cudności aż do świtu.

alkohol

Zło się rozprzestrzenia. Na imprezie było, powiedzmy, dziesięciu kretynów. Tydzień później każdy kretyn pójdzie na inna imprezę owładnięty przemożną potrzebą podzielenia się tym, co już naoglądał, w skutek czego liczba zarażonych wzrośnie do setki. Tak przemija chwała świata.

Próbowałem walczyć z puszczaniem tubka na spotkaniach towarzyskich, lecz zwrot ekranowy sprawia, że nawet granat nie rozdzieli człowieka i YouTube.

Nie mogłem wygrać, nie chciałem przegrać i tak zrodziły się oficjalne party youtubowe, z powodzeniem stosowane w moim kolejnym czarodziejskim domu, tym razem w Kopenhadze. Zasady są proste i obowiązują wszystkich uczestników niezależnie od ich liczby. Oto i one:

1. Puszczamy tylko piosenki. Nie ma nic lepszego niż piosenka jak sobie człowiek popije.
2. Podczas tury każdy ma prawo do jednej piosenki. Wybiera taką, jaka mu się podoba. Gdy piosenka się skończy, prawo wyboru przechodzi na następnego uczestnika imprezy. Kiedy wszyscy zagrają swoje, prawo do piosenki przechodzi na następnego uczestnika zabawy.
3. Liczba tur jest nieograniczona.
4. Nie można puszczać więcej niż jednej piosenki na raz.
5. Nie można krytykować puszczanych piosenek. Chodzi o to, aby każdy bez wstydu puszczał to co naprawdę lubi.
6. Wolno zrezygnować ze swojej kolejki.
7. Warto wybierać piosenki ozdobione wideoklipem, jeśli jest to możliwe.
8. Rozmawianie podczas słuchania piosenek jest wskazane. Należy palić papierosy. Nie może zabraknąć alkoholu.

W praktyce wygląda to tak. wąskiej kuchni, przed elegancko ustawionym iPadem (laptop przepadł zalany winem właśnie na YouTube party) gromadzą się uczestnicy tego wydarzenia kulturalnego. Znoszą wino, whisky, czy co tam lubią, wyjmują szlugi i zabawa się zaczyna. Po paru godzinach kuchnia zmienia się w ruinę, pełną kieliszków, butelek pustych i pełnych, popielniczek oraz resztek jedzenia, między którymi dostojnie spaceruje sobie kot. Tubkowe party, przeprowadzone wedle tych zasad trwa niekiedy do świtu. Nowy dzień witamy z pieśnią na ustach.

Mógłbym długo rozpisywać się o technicznych zaletach tego rozwiązania. Przepychanki i kłótnie uległy wyeliminowaniu, a żaden terrorysta nie zawłaszczy głośników i ekranu.

Nie chodzi tylko o to. pierwszy etap tubkowego party jest z zasady nudny i trzeba go po prostu przetrzymać, jak smętny początek w udanym serialu. Nikt nie wie co puszczać i wstydzi się innych. Powoli wszyscy łapią klimat (ja najpóźniej), pomaga też zmniejszenie się zawartości procentowej krwi w alkoholu. I nagle lecą te piosenki, jedna za drugą, jak karty rzucane na stół, jak kolejni tancerze na balu przebierańców. Dowiadujemy się nagle, jak potężną i piękną rzeczą jest muzyka, jak dźwięki i nastroje wynikają z siebie. jeśli puszczę wesołą piosenkę, to dlaczego ktoś za mną wybiera smutną? Zmęczył się wesołością, czy może próbuje mi coś powiedzieć? dlaczego, po balladzie Rihanny leci agresywny numer Slayer? zdecydował kontrast pomiędzy dźwiękami, czy może chodzi o różne rodzaje autentyczności wyrażane poprzez muzykę? Czasem wyborem kieruje tempo, sposób śpiewania, niekiedy słowa pojawiające się w tekście, zapewne wszystko na raz po trochu. Nie umiem tego powiedzieć, choć wiem, gdy trwa zabawa. Płyniemy sobie naszym pijanym statkiem nie wiadomo dokąd.

Niekiedy goście zaskakują w sposób przyjemny lub inny. Jeden mój przyjaciel wybierał spokojne utwory Petera Gabriela o co w życiu bym go nie podejrzewał gdyż nurza się w folku. Inny objawił się wielbicielem polskiej sceny metalowej połowy lat dziewięćdziesiątych, czyli jedynego okresu, kiedy nie działo się tam nic ciekawego. Zadręczał tym wszystkich, przy każdej swojej kolejce i było po prostu wspaniale. Po jakimś czasie ujawnił się też kanon, piosenki które lecą zawsze. Po prostu muszą polecieć.

Aż w końcu dowiedziałem się czegoś, co mogłem poznać w inny sposób, ale cieszę się, że poznałem właśnie w taki.

W ostatniej godzinie, kiedy alkohol luzuje emocje najbardziej jak może, kiedy kot układa się na kolanach, a za oknem wstaje świt puszczamy te najważniejsze piosenki, te które naprawdę lubimy, które świadczą o tym kim byliśmy i może nawet jesteśmy. Mili państwo, wieś tańczy i śpiewa, jedna za drugą lecą piosenki do których nie przyznalibyśmy się w innych sytuacjach. A w każdym razie, trudno byłoby się przyznać – stare ballady Kaczmarskiego, King Diamond z pierwszych płyt, folkowe rzeczy Blackmore’s Night, jakieś nieznośnie zgrane kompozycje kultu, Enya i song Golluma z „Władcy Pierścieni”, właściwie nie wiem co poleciało, gdyż byłem urżnięty jak alfons na Sylwestra, ale wiem, że było pięknie.

Łukasz Orbitowski (1977): pisarz, autor powieści „Widma”, „Tracę Ciepło”. Mieszka w Kopenhadze. orbitowski.pl

Zdjęcie Picture closely wine corks, cognac pour into the glass over white background pochodzi z serwisu Shutterstock.

Dołącz do dyskusji