Łukasz Orbitowski: Giełda a zakrzywienia czasoprzestrzeni

Felieton/Sprzęt 19.06.2013
Łukasz Orbitowski: Giełda a zakrzywienia czasoprzestrzeni

Łukasz Orbitowski: Giełda a zakrzywienia czasoprzestrzeni

Kiedy miałem kilkanaście lat, nauczycielka matematyki opowiedziała mi pomysł na powieść fantastyczną, którą chciała napisać i której – co było jasne już w chwili rozmowy – nigdy nie napisze. Właściwie nie wiem dlaczego to zrobiła. Przypuszczalnie chciała stać się kimś więcej niż nauczycielką matematyki w oczach moich i innych uczniów. Widocznie zależało jej na nas, jak na ludziach.

Opowieść była prosta, sam pomysł trudno uznać za niezwykły. Oto pijaczek przystaje przed latarnią nie wiedząc, że opromieniony jej mdłym światłem nieodwołalnie wpada w skromne zakrzywienie czasowe i nigdy nie zdoła się z niego wydostać. Odtąd, czas biegnie dla niego o pięć sekund później (lub wcześniej) niż dla reszty świata (która będzie na wieki wieków opóźniona lub przyspieszona względem tego pijanego mężczyzny. Uznałem tę opowieść za trafną metaforę zmagań lumpa ze światem który uparł się na trzeźwość. Chodziło nie tylko o to, musiałem dorosnąć, aby zrozumieć.

W Krakowie mieliśmy trzy giełdy elektroniki, z czego tylko jedna była giełdą elektroniki we właściwym sensie terminu, a wszystkie zakrzywiały czas.

Giełda działająca w każdą niedzielę na Grzegórzkach, koło Hali Targowej, posiadała tylko przeszłość i przyszłość i pozostawała wyzwolona z wszelkiej teraźniejszości. Przychodziłem tam odkąd pamiętam, wydawało mi się więc, że giełda istnieje od zawsze, jak Tatry i gołębie. Jej koniec (tak jak mój) również nigdy nie miał prawa nastąpić.

Sprzedawano tam przedwojenne, tanie świeczniki o których marzyłem w wieku lat trzynastu, kiedy to ogłosiłem się satanistą pod wpływem muzyki metalowej. Były też papierośnice, pudła szachowe pełne poobijanych figur, okulary, znaczki pocztowe z Piłsudskim i Hitlerem, cudacznie powykrzywiane noże, dla których brakowało mięs i serów oraz wiele innych rzeczy pochodzących z czasów zamierzchłych. Gdy masz osiem, dziesięć, czternaście lat Hitler tkwi tam gdzie dinozaury, a ty czujesz, że będziesz trwał wiecznie, jak giełda pod Halą Targową.

Prócz przeszłości próbowano pogonić i przyszłość. Komuna trzeszczała w posadach, a facet o twarzy bezlitosnego pastora rozkładał na stoisku zachodnie czasopisma pornograficzne. Jego kolega usadowiony pod murem hali, na ziemi, sprzedawał pojedyncze strony z niemieckich wydań Bravo i Popcornu. Selekcjonował je podług wykonawcy i wkładał w koszulki. Miał wszystko, od Sandry po Kinga Diamonda. Czasem pojawiały się gry elektroniczne z Rosji i Ameryki, chłopaczyna w dżins wbity, szarawy na pysku wymieniał filmy na kasetach video, ale miał ich niewiele i pewno długo nie pożył. Radosny blondyn, który został potem moim przyjacielem (jest nim do dziś) nagrywał płyty na kasety. Dawałem pieniądze, czystą taśmę i za tydzień dostawałem porcję muzyki. Radosny blondyn czasem nie nagrywał do końca, wyciszając w połowie ostatniej piosenki. Widocznie miał dużo zamówień. Ale był kimś szczególnym, Człowiekiem Który Miał Płyty, cieszył się szacunkiem i wybaczano mu wszystko.

W pamięć, oczywiście, najgłębiej zapadało porno.

Tak zwane świerszczyki budowały zręby pod erotyczną wyobraźnię. Prócz zdemoralizowanego pastora handlowali nimi i inni, sprzedawano zwłaszcza zeszyciki z Niemiec, pełne niezgrabnych ciał, wydrukowane na obrzydliwie śliskim papierze. No, ale wówczas każdy kawałek cycka się liczył. Najciekawiej wypadał obieg wtórny. Męty, drobni pijaczkowie traktowali te pisemka jako swoistą inwestycje. Kupowali i kupowali, żeby raptem sprzedać tę kolekcję hurtem, za ułamek ceny, na wódkę. Zawodowi handlarze świństewkami nie zawsze chcieli skupować te podejrzanie poplamione pisemka, więc żule zalazły inny sposób. Zwracały się do dzieci, takich jak ja. Zamiast komiksu, kasety, kilogram gołych bab z Hamburga. To się nazywało dorastanie. Co sprytniejsze brzdące usiłowały na tym zarobić, kupowały hurtem i sprzedawały po sztuce. Dwunastoletnie gnojki ze stoiskiem pełnym świerszczyków.

Pamiętam takiego lepiej niż myślicie. Miał pod halą swój mikroskopijny interesik. Jego rodzicom niezbyt podobała się ta działalność i zawsze wpadali z niezapowiedzianą inspekcją. Gówniarz stał czujnie nad stosem pornosów, zerkał na boki i gdy tylko dostrzegł mamusię z ojcem, błyskawicznie pakował cały majdan, wykładał książki, komiksy i robił dobrą minę do złej gry.

Pod Halą Targową w każdą niedzielę widywałem rzeczy z przeszłości, która odeszła na zawsze i przyszłości, której jeszcze nie było. Ale nie natknąłem się tam ani razu na nic teraźniejszego. Po teraźniejszość musiałem udać się gdzie indziej, pod budynek Elbudu.

cherry

Tam, również w niedzielę, działała giełda elektroniki z prawdziwego zdarzenia, jedyna prawdziwa, skoncentrowana wyłącznie na teraz.

Droga z tramwaju była wystarczająco długa bym zdołał wyżebrać bilet wstępu od kogoś, kto już opuszczał giełdę. Giełda dzieliła się najpierw na pięć, w późniejszym okresie na cztery wyraźne części. Wejścia bronili młodzi rozdający ulotki i jeśli pamięć mnie nie myli, od jednej z dziewczyn wziąłem dużo więcej niż kawałek papieru. Dalej, pod gołym niebem ustawiono stoliki. Po lewej znajdowało się wejście do budynku, gdzie handlowano grami i komputerami, po prawej mieścił się niewielki plac. Tam ludzie wymieniali się kasetami wideo, zupełnie za darmo. Każdy miał ich dziesięć w pudełku, oddawał stare i brał nowe, odwracając je napisem do dołu, na znak, żeby nikt nimi się nie interesował. Wkrótce plac zapełniono stolikami i tak z pięciu części giełdy zrobiono cztery. Część ostatnią dedykowano kasetom video sprzedawanym przez profesjonalnych piratów i rzeczom tajemniczym, w rodzaju części samochodowych i elektrycznych maszyn do pisania.

Wkrótce kasety video zostały wyparte przez płytki, a przyjaciel który handlował dyskietkami na Amigę dzielnie sprzedawał pirackie cederki na peceta. Bardzo mu zazdrościłem. Posiadanie stoiska było nieosiągalnym marzeniem, a sama praca na takim podniosłaby mój status społeczny, że o szansie dorobienia w weekend nie wspomnę. Poza kilkukrotnym zastępstwem, pracą okazjonalną, nie dostąpiłem tego sukcesu i nie mogłem wspierać piractwa kiedy było to najbardziej potrzebne. Zadowoliłem się więc (musiałem się zadowolić) statusem obserwatora.

Nie opuszczało mnie wrażenie, że giełda pod Elbudem jest najbardziej aktualnym miejsce w Krakowie, że całe miasto, być może cała Polska pozostaje w tyle za tym rajem pożytecznej przestępczości. Świeżynki filmowe były tu wcześniej niż w kinach i nikt nie kupował gier w sklepie. Pojawiały się najnowsze modele komputerów i konsol, a całe miejsce pulsowało niespokojnym życiem, jak serce wkurwione na krew, że tak opornie płynie.

Widziałem fruwające stoliki i czujki podrywające się do biegu, żeby ostrzec handlarzy przed nalotem policji. Laliśmy się z chłopakami po pyskach, a w spokojne przedpołudnia popijaliśmy herbatkę z wódką, opowiadając świńskie żarty. Wódka była dość szczególnego autoramentu, przemycana z Rumunii i wlana w karton, a nie flaszeczkę. Szumiała niewinnie w głowie, żeby zaraz zwalić pijącego jednym mocnym ciosem. Przez jakiś czas handlowałem tą wódką. Sprzedawałem kolegom ze szkoły, roznosiłem po akademikach.

Najpierw pirackie płytki z grami (interesowały mnie głównie one) leżały tak po prostu na stolikach.

Działalność policji zmusiła handlarzy do sprytu. Płytki zastąpiono zafoliowanymi karteczkami, na których wydrukowano tytuły. Przy nich kręcił się jakiś chłopaczyna. Gdy zjawiał się klient, podlegał błyskawicznej ocenie. Dzieciak przyglądał mu się spode łba. Klient składał zamówienie i dzieciak znikał, by wkrótce powrócić z płytką. Klient przekazywał pieniądze. Transakcja odbywała się w milczeniu, na wysokości kieszeni.

Zimą giełda (właściwie wszystkie trzy giełdy) przypominały obóz uchodźców. Stoiska ginęły w śniegu, wiatr wyginał parasole i porywał warstwy folii, którymi handlarze sprzętem usiłowali chronić swój dobytek. Zakapturzeni klienci brodzili w błocku, wysupływali banknoty czerwonymi dłońmi i tęsknie patrzyli na herbatę z wódką w plastykowych kubkach, pitą po drugiej stronie stołu.

Porno uciekło z gazet na kasety i płytki, a ponieważ każdy reklamował swój towar jak mógł, niektóre stoiska nasuwały skojarzenia z reklamą przenośnych burdeli, jeśli kiedykolwiek istniało coś takiego. Porozklejano zafoliowane kadry z babą i chłopem, babą i babą, chłopem i chłopem oraz różnymi przedstawicielami świata ożywionego. Żeby było śmieszniej, handlarze pornografią bardzo często nic nie robili sobie z nalotów. Jako jedni z nielicznych mieli towar oryginalny i przeznaczony do legalnego rozpowszechniania.

Z nalotów pamiętam głównie popłoch, w którym nie miałem powodu uczestniczyć. Byłem tylko klientem. Jeśli mnie pamięć nie myli, handlowcy mówili o dwóch rodzajach policyjnej interwencji. Przyjazd ekipy z Krakowa nie był specjalnie groźny. Wiedziano o nim wcześniej. Jego ofiarą padały płotki, ludzie najęci do roboty za parę złotych, ewentualnie właściciele pojedynczych stoisk. Sprzedawano ich, żeby policja mogła odnieść sukces odnotowany w lokalnych mediach.

Czasami jednak zjawiała się Warszawa. Tego najazdu nie sposób było przewidzieć (albo raczej ja i moi znajomi nie mieli dostępu do tych, którzy przewidywali, giełdowej wierchuszki), następował nagle i wywoływał popłoch. Następnego tygodnia giełda wyglądała tak samo. Pojawiały się nowe stoliki i nowi ludzie, sprzedający to samo.

Wydawało mi się, że giełda pod Elbudem będzie trwała wiecznie, tak jak ja planowałem być wiecznie młody.

A przecież była skazana na klęskę choćby ze względu na złość jaką budziło jej istnienie u co poniektórych. Powiadają, że policja razem z działaczami na rzecz obrony praw autorskich przyczyniła się do jej zamknięcia, ale ja w to nie wierzę. Wolę inaczej. Jej teraźniejszość rozlała się na całą Polskę. Ludzie zaczęli kupować oryginalne gry i filmy, ewentualnie uzyskali stałe łącze i mogli je ściągać unikając w ten sposób nawet haraczu dla pirata, a komputer przestał być dobrem luksusowym. Tak to się skończyło.

Tak to się skończyło, lub powinno skończyć, gdyż mieliśmy w Krakowie jeszcze trzecią giełdę. Działała na Bronowicach, w pobliżu pętli tramwajowej. Przeniesiono tam handlarzy spod Elbudu. Przestraszony i zasmucony poszukiwałem moich kolegów w tej nowej przestrzeni, a gdy ich znalazłem poczułem, że wydarzyło się coś niedobrego. Nie umiałem tego nazwać, dopiero teraz umiem. Giełda na Bronowicach nie posiadała teraźniejszości i przyszłości. Miała tylko przeszłość.

Niby wszystko pozostało takie same. Wciąż sprzedawano filmy, gry, podzespoły, wciąż wlewaliśmy wódkę z kartonu do herbaty, a handlarze podrywali się przed nalotem jak podpalone gołębie. Przestrzeni było jakby więcej i stoliki latały częściej i wyżej, a ja zaczynałem rozumieć, ze mam do czynienia z niczym więcej, jak rozpaczliwą próbą ocalenia ginącego świata, elektronicznym skansenem, trupem wstrząsanym przed defibrylator, chorym, któremu nie przyjął się przeszczep.

Powoli, giełda otwierała się na nowy towar, przez co upodabniała się do tej pierwszej. Sprzedawano telefony i części do telefonów, podróbki markowych ubrań i łańcuchy do kluczy. Jakaś babina spyliła mojemu przyjacielowi młodego rottweilera. Nieszczęsny mój ziomek uroił sobie, że pies doda stoisku niezbędnego prestiżu i rzeczywiście tak się działo. Bydle to o czarnym sercu zaczęło ujadać na klientów, do tego żarło za trzech, tylko najlepsze mięcho, w końcu skurczybyk pogryzł rękę która go karmiła i powędrował do nowego właściciela, być może – na inne stoisko.

Giełda należała do świata, który odszedł.

Sklep komputerowy był na każdym kroku, filmy potaniały jeszcze bardziej aż w końcu ludzie przestali je kupować. Mój przyjaciel, wciąż jasnowłosy, lecz już mniej radosny, stał osamotniony przy swoim stoisku. W końcu ktoś go sprzedał, tak jak sprzedaje się płyty, policja zabrała mu towar i mój przyjaciel przestał przyjeżdżać na giełdę. Wydaje mi się, że przyjął to z ulgą, podobnie jak wyrok w zawieszeniu.

Wtedy przestałem przyjeżdżać na giełdę. Od wielu lat niczego tam nie kupiłem, ludzie zniknęli lub zostali wyrzuceni. Pamiętam ostatnią wizytę, te długie rzędy stołów i zaciętych gości za tymi stołami, poszarzone niebo i niski budynek na końcu, z bramą podobną do ust o wybitych zębach. Miałem wrażenie, że spaceruję wśród duchów, że zaraz zapieje kur i odeśle te cienie tam, gdzie ich miejsce, a stoliki, zapełnione kserowanymi okładkami filmów zamienią się w nagrobki. Wkrótce znikną i one. Być może już zniknęły. Tego jednak nie wiem.

 

Łukasz Orbitowski (1977): pisarz, autor powieści „Widma”, „Tracę Ciepło”. Mieszka w Kopenhadze. orbitowski.pl

 

Dołącz do dyskusji