Piotr Lipiński: NASZE CODZIENNE QWERTY, czyli jak dzieci stały się zawodowcami

Felieton/Nauka 01.05.2013
Piotr Lipiński: NASZE CODZIENNE QWERTY, czyli jak dzieci stały się zawodowcami

Piotr Lipiński: NASZE CODZIENNE QWERTY, czyli jak dzieci stały się zawodowcami

Jak się pisze książkę? Całkiem zwyczajnie – na klawiaturze. Podobnie jak program komputerowy albo donos na sąsiada.

Łatwo dostrzec zmiany, jakie na przełomie wieków spowodowało upowszechnienie się komputerów i telefonów komórkowych. Ale cichym bohaterem tych dni pozostanie klawiatura. Kiedyś jeszcze – ze dwadzieścia lat temu – umiejętność posługiwania się nią zarezerwowana była dla garstki ludzi. Dziś nawet dzieci potrafią to, co kiedyś jedynie profesjonaliści.

Zanim zaczęliśmy pisać na komputerach, używaliśmy maszyn do pisania. Takich pięknych jak „Remington” czy też paskudnych jak mój „Łucznik”. Ale maszyny do pisania były rzadkością. W żadnym razie ich liczby nie da się porównać z zatrzęsieniem używanych dziś komputerów osobistych. Z maszyn do pisania korzystali pisarze i dziennikarze. Pracowicie wstukiwano teksty we wszelkich urzędach. Ale z reguły to nie przeciętny pracownik siadał do maszyny, tylko specjalnie do tego wyznaczony. Bo zwykły człowiek po prostu pisać na niej nie umiał.

lucznik

Wtedy istniał nawet zawód maszynistki. Była to z reguły pani – a nie pan, bo maszynista z kolei prowadził pociąg – której należało zanieść swój rękopis i po wysłuchaniu narzekań na cały świat, ze szczególnym uwzględnieniem niechlujnych dziennikarzy, otrzymać przepisany na maszynie. Zawodowe życie takiej pani upływało na przepisywaniu cudzych słów. Aktorzy w zasadzie również żyją z cudzych słów, ale posługują się nimi jednak w sposób bardziej twórczy.

Z maszynistką w tamtych czasach zetknął się niemal każdy student, bo musiał zanieść do przepisania swoją pracę magisterską.

Nawet ja to zrobiłem, bo choć miałem własną maszynę, to nie potrafiłem wystarczająco bezbłędnie na niej pisać – a niestety tylko drobne pomyłki dawało się naprawić korektorem.

Kiedy zaczynałem pracę dziennikarską, posługiwałem się owym wspomnianym „Łucznikiem”. I do dziś mam wrażenie, że maszyna do pisania to nie tylko urządzenie, ale też sposób myślenia. Inny, niż dziś, kiedy używamy do pisania komputerów. Maszyna wymagała bardziej linearnego, ścisłego myślenia. A dlaczego? Z prozaicznego powodu. Bo do szału doprowadzała myśl, że jeśli w tekście wprowadzi się zbyt dużo odręcznych poprawek, to w końcu trzeba będzie cały przepisać.

To maszyna do pisania wytworzyła u niektórych twórców syndrom strachu przed białą kartką. Czyli paraliżującego lęku przez napisaniem pierwszego zdania. Bo korzystając z maszyny nie wystarczyło wymyślić pierwsze zdanie. Należało mieć już wykombinowaną sporą część materiału. Inaczej to pierwsze zdanie mogło prowadzić donikąd, czyli do kosza na śmieci.

Ówczesna metoda wprowadzania tekstu przynajmniej wzmagała tężyznę fizyczną – maszyny wymagały silnych uderzeń palcami, żeby skłonić litery do podróży w stronę kartki papieru. I łomot był przy tym całkiem spory. Pokoje maszynistek rozbrzmiewały nieustającym hukiem karabinów maszynowych.

Kiedy w 1989 r. wystartowała „Gazeta Wyborcza”, cechowała się czymś niezwykłym – w redakcji nie używano maszyn do pisania. Już były – co prawda nieliczne – ale jednak komputery.

Siadając przed komputerem mogłem zacząć od luźnych notatek, które potem ułożę w całość. Wcześniej pisząc na maszynie korzystałem oczywiście również z zapisanych pomysłów, ale od kiedy pojawił się komputer, te zapiski były już gotowymi fragmentami tekstu. Co miało wady i zalety. Zalety, bo w ten sposób pisało się szybciej. Wady, bo tekst składany z elementów nigdy nie miał tak płynnego rytmu, jak budowany od początku, zdanie po zdaniu. Maszyna do pisania wymagała od umysłu pełnej koncentracji, jakby się prowadziło bolid Formuły 1. Komputer to letnia przejażdżka kabrioletem.

Pojawienie się komputerowych klawiatur spowodowało niezwykły przeskok – umiejętność maszynopisania stawała się coraz bardziej powszechna. I to bez żadnych kursów, które kiedyś przechodzili ludzie, żeby biegle posługiwać się maszyną. Ale jedno po drodze się nie zmieniło – układ klawiszy.

amigaKlawiatura QWERTY pochodzi z maszyny do pisania. Ten układ liter wyrył się w naszych głowach niemalże jak alfabet. Do tego stopnia, że gdy spotykamy urządzenie z układem klawiatury ABCDEF, natychmiast uciekamy w popłochu.

A dlaczego litery są akurat ułożone w QWERTY? Nie prościej byłoby je kiedyś ustawić na przykład właśnie w kolejności alfabetycznej?

Łatwiej może by i było, ale niestety maszyny do pisania wówczas by kiepsko działały. Projektując układ QWERTY starano się jak najbardziej odsunąć od siebie litery najczęściej następujące po sobie. Po to, aby mechaniczne elementy wzajemnie nie blokowały się, a maszyna nie zacinała.

I w ten sposób doszliśmy do kolejnej sprzeczności – idea QWERTY zakładała, że należy jak najdalej odsunąć od siebie następujące najczęściej po sobie litery.

A gdyby były jak najbliżej, dziś pewnie pisalibyśmy szybciej.

Przechodząc jednak z maszyn do komputerów nie zdecydowano się na inny układ klawiszy. Odziedziczyliśmy rozwiązanie, które dziś pewnie nie jest najlepsze. Ale lepsze jest wrogiem dobrego, jak uczą chirurgów i módlmy się, aby o tej zasadzie pamiętał każdy, kto będzie grzebał w naszym brzuchu.

Niedawno zobaczyłem w sieci nowy pomysł na klawiaturę do tabletów i dużych smartfonów – KALQ. Rozsuwa się ją na boki urządzenia i obsługuje kciukami. Samo w sobie rozwiązanie nie jest nowatorskie, podobnie można rozsunąć na boki klawiaturę w iPadzie. Oryginalne jest za to ułożenie litera, inne niż w najpopularniejszym układzie QWERTY.

Podejrzewam jednak, że się nie przyjmie. Z prostego powodu – dziś zbyt wiele osób potrafi posługiwać się QWERTY. Nawet jeśli jakieś rozwiązanie nie jest optymalne, a jedynie użyteczne i powszechne, to zapewne przetrwa, bo mało komu będzie się chciało zmieniać swoje przyzwyczajenia. Dlatego nigdy szerzej nie przyjęła się znana również od dawna klawiatura Dvoraka, która miała teoretycznie przyspieszyć pisanie.

kalq

 

 

Czy w przyszłości będziemy korzystać z innych sposobów wprowadzania tekstu?

Pierwsze rozwiązanie, jakie by się nasuwało, to dyktowanie tekstu. Ale nie sądzę, żeby taka metoda – nawet po technicznym doprowadzeniu jej do perfekcji – miała szansę na powszechną akceptację. Tekst inaczej się pisze, a inaczej dyktuje. Podczas pisania mamy dużo więcej czasu na zastanowienie się nad kształtem zdania. Dyktować możemy raczej luźne myśli, nad którymi dopiero później zaczniemy dogłębnie pracować.

Dotykowe klawiatury to w pewnym sensie krok wstecz. Uderzanie opuszkami palców w szkło z pewnością nie jest tak bolesne, jak walenie w klawisze maszyny do pisania, ale zdecydowanie mniej komfortowe, niż stukanie w sprężynujące i miękkie klawiatury komputerowe.

Klawiatura QWERTY na razie przeżyła epokę maszyn do pisania i dziesiątek systemów komputerowych. Jak długo w przyszłości będzie nam jeszcze towarzyszyć?

Dołącz do dyskusji