Między filmem a obrazem – Timelapse, Cinemagraph i Videocast

Artykuł/Foto 13.04.2013
Między filmem a obrazem – Timelapse, Cinemagraph i Videocast

Między filmem a obrazem – Timelapse, Cinemagraph i Videocast

Niedawno miałem ogromną przyjemność obejrzeć ubiegłoroczny film pt. Samsara. Film, w którym nie pada ani jedno słowo, w którym właściwie nie ma fabuły, a mimo to film będący fenomenalnym obrazem przedstawiającym mnogość kultur i kontrastów świata, w którym żyjemy. Obraz zrealizowany z niesamowitym rozmachem i będący prawdziwym majstersztykiem z pogranicza sztuki kinematografii i fotografii.

Skąd ten filmowy wstęp? Na ten film składa się bowiem całe mnóstwo fantastycznie zrealizowanych filmów timelapse, które stoją gdzieś pomiędzy światem zdjęć i filmu. Zainspirowało mnie to do dzisiejszego wpisu, w którym postaram się przedstawić współczesne techniki łączenia obrazów ruchomych z obrazami stałymi. Znajdziecie tu też krótki poradnik tworzenia własnych filmów timelapse.

Cinemagraph

Stosunkowo nowym i arcyciekawym trendem połączenia zdjęć z filmem jest Cinemagraph. Są to zdjęcia, na których część obrazu delikatnie się porusza. Można twierdzić, że są to zwykłe, znane każdemu gify, ale według mnie takie stwierdzenie bardzo spłyca ideę Cinemagraphów (wybaczcie, nie ma jeszcze polskiego odpowiednika tego słowa). Cała zabawa sprowadza się do dwóch zasad: obraz musi być idealnie zapętlony oraz może się na nim poruszać jedynie część obrazu – tło musi stanowić nieruchome zdjęcie.

Ostatnio możemy zaobserwować prawdziwy rozkwit tego zjawiska, głównie za sprawą smartfonów. Aparaty z funkcją wykonywania cinemagraphów znajdują się w telefonach z systemem Windows Phone, a ostatnio także Samsung wyposażył swojego flagowca Galaxy S4 w analogiczną funkcję, występującą w tym przypadku pod nazwą Cinema Photo. Od niedawna każdy właściciel telefonu spod znaku zielonego robocika lub jabłka może spróbować swoich sił w tworzeniu Cinemagrafów za sprawą aplikacji Cinemagram. Można ją bezpłatnie pobrać w sklepach AppStore i w Google Play. Warto mieć świadomość, że ten trend zaczął się znacznie wcześniej niż w erze smartfonów – zobaczcie przykładowe cinemagraphy Jamiego Becka i Kevina Burga sprzed kilku lat: cinemagraphs.com.

Videocast

Kolejnym trendem szturmem zdobywającym popularność są tak zwane videocasty. Są one nieporównywalnie bardziej wyrafinowaną i szlachetną formą przekazu, niż wspomniane wcześniej cinemagrpahy. Słowo-klucz to właśnie „przekaz” – są to historie, reportaże i eseje opowiedziane przez fotografów. Videocast składa się z przeplecionych zdjęć i filmów, które skupiają się na jakimś zagadnieniu lub opowiadają jakąś historię. Są wykonane w jednym stylu, przez jednego reportera, który czuwa nad całym procesem powstawania materiału. Przeważnie tło do videocastów stanowi ścieżka dźwiękowa powiązana z tematem, a bardzo często nakłada się na nią głos samego autora, który staje się narratorem historii, którą widzimy. Videocasty coraz śmielej wchodzą na salony i coraz częściej stanowią osobną kategorię w prestiżowych światowych konkursach fotograficznych. Bardzo polecam zapoznać się z esejami wykonanych w tej technice przez członków agencji Magnum. Jest to szalenie zasłużona agencja, do której należą najznamienniejsi fotografowie świata. Ich sylwetki przedstawia Wam w swoich wpisach Tomek Wawrzyczek. Jednym z założycieli agencji Magnum był Henri Cartier-Bresson, którego prace zaprezentował Wam swego czasu Tomek.

Timelapse

Cinemagraph to nowość i nie wiadomo jak przyjmie się na szeroką skalę, zaś videocasty to swoiste novum i niewątpliwie nisza. Łączenie zdjęć i filmów ma jednak znacznie dłuższą tradycję, a trendem, który już dawno przyjął się wśród fotografów i filmowców są filmy timelapse. Są to filmy powstałe ze sklejenia ze sobą serii zdjęć zrobionych cyklicznie, co pewien stały odstęp czasu. Timelapse pozwala na pokazanie zjawisk długotrwałych na krótkim filmie. W ciągu kilku sekund możemy przedstawić takie zjawiska jak np. ruch chmur, czy droga słońca lub gwiazd na niebie.

Timelapsy przeważnie wykonywane są w warunkach naturalnych. Nic jednak nie stoi na przeszkodzie, żeby wykonać timelapse w centrum miasta. Zobaczcie sami:

W przypadku nocnego nieba najbardziej widać timelapsowy pomost między zdjęciami a filmem. Ten sam materiał wyjściowy, czyli setki (tysiące) zdjęć nieba, w zależności od intencji autora może stać się wspaniałym filmem timelapse, bądź szalenie efektownym zdjęciem. Klatki ustawione jedna po drugiej stworzą fantastyczny film pokazujący obracający się nad Ziemią nieboskłon (a raczej obracającą się wraz z nami Ziemię). Natomiast wyjściowe zdjęcia nałożone wszystkie na siebie staną się jedną kompozycją, jednym kadrem, który ukaże ruch gwiazd w postaci ich śladów na niebie.

04-timelapse
Autor zdjęcia: Peter Michaud (Gemini Observatory)

Jak wykonać własny timelapse?

Niezbędne będą akcesoria, takie jak solidny statyw oraz interwałometr. To drugie urządzenie odpowiada za wykonywanie cyklicznych zdjęć co pewien odstęp czasu. Może być wbudowane w aparat, może też znajdować się w zewnętrznym pilocie. Pomocny może okazać się także slider mocowany na statywie, dzięki któremu osiągniemy przesunięcie aparatu w czasie. Timelapsy wymagają użycia sliderów z wbudowanym silniczkiem, który zapewnia stały i powolny ruch aparatu. Ruch można jednak zasymulować w programie do obróbki, podczas montażu, wycinając i przesuwając kolejne części kadru.

Na swojej drodze do idealnego timelapsu napotkamy na pewno szereg problemów. Pierwszym jest format wyjściowego filmu – 16:9, zaś standardowe zdjęcie ma proporcje wynoszące 3:2. Musimy więc wziąć poprawkę na to, że część kadru zostanie po prostu ucięta.

Kolejnym problemem jest dobór klatkażu filmu, którego musimy dokonać już na etapie ustalania interwału zdjęć. Jeżeli będziemy robić jedno zdjęcie co 20 sekund, to przy klatkażu 30 kl/s godzina materiału skurczy się do 6 sekund filmu. W tym czasie zrobimy 180 zdjęć.

Dobór ekspozycji to także rzecz mogąca spędzać sen z powiek. Warunki podczas nagrywania timelapse najprawdopodobniej będą się zmieniać – np. podczas zachodu słońca, czy choćby kiedy słońce zajdzie za chmury. Jeżeli zdamy się na automatykę aparatu, czyli zdjęcia będziemy wykonywać w trybach automatycznych i półautomatycznych, w efekcie otrzymamy różne jasności sceny. A właściwie cały czas tę samą jasność, niezależnie od tego, czy obiekt będzie w pełnym słońcu, czy w cieniu chmur. Da to nienaturalny efekt podkręcania ekspozycji, który na filmie wygląda po prostu źle. Dużo lepiej jest posłużyć się nastawami manualnymi. Te wymagają jednak znacznej wprawy, trzeba bowiem przewidzieć jak warunki będą się zmieniać w czasie i czy ustawione parametry sprawdzą się za godzinę, kiedy warunki mogą być zupełnie inne.

W przypadku wybrania nastaw automatycznych, poza jasnością sceny pojawiają się tez inne mankamenty, związane ze zmianą czasu naświetlania i otwarciem przysłony. W trybie S aparat będzie sam zmieniał wartość przysłony, czyli otrzymamy na końcowym filmie zmieniającą się głębię ostrości. W trybie A odwrotnie, aparat będzie zmieniał czas migawki, a w związku z tym rozmycie ruchu. Na części filmu ruch może być ostry, poszarpany, stroboskopowy, a w innej części rozmyty i płynny, co postawi pod dużym znakiem zapytania umiejętności autora. Pokazanie ruchu jest niesamowicie ważne, od długości czasu naświetlania w głównej mierze zależeć będzie wygląd pokazywanych scen. Płynący strumień, fale morskie czy chmury zupełnie inaczej wyglądać będą na fotografiach o czasach rzędu setnych sekundy, i na czasach kilkusekundowych.

W trybach auto i P dostaniemy połączenie wad trybów A i S, co przy zmieniających się warunkach zaowocuje całkowitą tragedią.

Najlepiej, gdy te parametry pozostają stałe podczas nagrywania timelapse, czyli najlepiej jest powalczyć z trybem M. W innym wypadku na filmie będziemy mieli zmieniająca się głębię ostrości oraz zmieniające się rozmycie ruchu spowodowane zmianami nastaw.

W przypadku lustrzanek Timelapse może się okazać prawdziwym killerem migawki. Podczas nagrywania klasycznego filmu lustro i migawka podnoszą się jeden raz, na początku filmu. W przypadku wykonywania zdjęć do timelapse podnoszą się przy każdym zdjęciu. Biorąc pod uwagę, że na jeden film składa się przeważnie kilka – kilkanaście tysięcy ujęć, jest to spory problem w obliczu żywotności migawki aparatów na poziomie 100-150 tys. Dlatego timelapsy dobrze jest wykonywać kompaktami lub smartfonami. Te pierwsze raczej nie mają wbudowanego interwałometru, dlatego muszą mieć możliwość podłączenia zewnętrznego wężyka lub pilota na podczerwień. Nie każdy kompakt dysponuje odpowiednim wejściem/czujnikiem, dlatego trzeba zawczasu to sprawdzić. W przypadku smartfona wystarczy ściągnąć odpowiednią aplikację, która zajmie się zrobieniem zdjęć, a często też samym montażem.

Kolejnym etapem jest montaż materiału. Ilość pracy zależeć będzie od tego, jak bardzo przyłożyliśmy się do zdjęć w terenie. Edycja balansu bieli, ekspozycji lub kadru na tysiącach zdjęć może doprowadzić do szewskiej pasji. Warto więc wyjątkowo dobrze przyłożyć się do zdjęć na etapie ich wykonywania. Główne pytanie to czy wybrać format RAW czy JPG. Pierwszy pozwoli uratować nieudane kadry, drugi natomiast zajmuje ok. 5x mniej miejsca, co przy tak dużej ilości zdjęć robi istotną różnicę. Pewnie ilu fotografów, tyle będzie odpowiedzi na pytanie o format. I każda będzie dobra. Moim zdaniem najlepiej byłoby wybrać JPG, ale bardzo przyłożyć się do zdjęć, szczególnie do balansu bieli, który jest wyjątkowo trudny do korekcji w plikach JPG. Przed przystąpieniem do montażu najlepiej jest zmniejszyć zdjęcia do wyjściowego formatu HD (1280×720) lub Full HD (1920×1080). Właściwie można się też pokusić o rozmiar Ultra HD, czyli 4K (3840 × 2160). Wyjściowe zdjęcia z nowoczesnych lustrzanek mają przecież sporo wyższą od 4K rozdzielczość. Automatyczny eksport dowolnej liczby zdjęć wraz ze zmianą rozdzielczości i proporcji kadrów zapewni np. program Adobe Lightroom.

Sam montaż na szczęście jest w pełni zautomatyzowany i odbywa się w przeznaczonym do tego programie do obróbki wideo, np. Sony Vegas, czy Adobe Premiere Pro. Właściwie każdy program tego typu pozwala utworzyć sekwencję wideo z serii zdjęć. Musimy tylko ustalić interwały czasowe między kolejnymi klatkami, czyli wybrać ile zdjęć ma przypadać na jedną sekundę materiału filmowego. Po stworzeniu poszczególnych sekwencji możemy je dowolnie edytować, przecinać i rozmieszczać na osi czasu – dokładnie jak w przypadku edycji standardowego filmu.

Na koniec zapraszam do obejrzenia najbardziej niesamowitego timelapsu, jakiego widziałem. Został on sklejony ze zdjęć dostępnych w Street View w Google Maps. Zapnijcie pasy!

Dołącz do dyskusji