Nie tylko tablety są winne stagnacji na rynku PC

Felieton/Sprzęt 07.03.2013
Nie tylko tablety są winne stagnacji na rynku PC

Nie tylko tablety są winne stagnacji na rynku PC

Dużo się mówi o erze post PC i o tym, jak bardzo negatywnie wpływa ona na sprzedaż tradycyjnych komputerów osobistych. Nie przeceniałbym jednak roli tabletów. Nie mam potrzeby kupowania notebooka z zupełnie innych względów.

Swoją przygodę z komputerem osobistym zacząłem w 1993 roku. Pamiętam to dokładnie, bo zawsze marzyłem o własnym komputerze. Rodzice zapewnili mi konsolę do gier Pegasus i nie mogli sobie pozwolić na nic więcej. Commodore 64 i Atari, a później pierwsze Amigi i PC, mogłem oglądać u kolegów i w szkole. Wszystkim nam, dzieciakom z podstawówki, komputery służyły, przede wszystkim, do grania. Z oczywistych względów.

Z czasem jednak doszły kolejne zainteresowania. Każdy z naszego pokolenia, prędzej czy później, chciał więcej od swojej maszyny. Zaczęło się od poznawania Windows, plików konfiguracyjnych DOS-a. Pierwsza nauka pisania w Microsoft Word, i tak dalej. Myślę, że większość Czytelników z mojego pokolenia ma podobne wspomnienia.

Za każdym razem jednak jedynym motywem do wymiany sprzętu, mimo poszerzonych horyzontów, były… gry. Mój pierwszy komputer to 486 SX, później uaktualniony do wersji DX. Miał 4 MB RAM, co później zostało podwojone. I za każdym razem konfiguracja ta była w zupełności wystarczająca do typowej pracy „Kowalskiego”. Windows 95 działał. Word działał. Multimedia działały. Nawet bawiłem się w renderowanie 3D na jakiejś aplikacji Corela (niestety, nie pamiętam nazwy). Pentium, Pentium MMX, akceleratory graficzne, kolejne dziesiątki a potem setki megabajtów RAM-u, wszystko to się kupowało tylko i wyłącznie z powodu tego, że gry zaczynały „skakać”. Nigdy z powodu aplikacji użytkowych.

W pewnym momencie nastąpił przełom na rynku. Pojawiły się konsole do gier, które swoją architekturą (i poprzez przeróżne zabiegi ze strony ich producentów) zachęciły twórców gier PC do, co najmniej, eksperymentów. Rzecz jasna same konsole do gier istniały na dekady zanim pojawił się pierwszy domowy IBM PC. Ale dopiero PlayStation 3 i Xbox 360 wystrzeliły ten rynek w kosmos.

Nie śmiem tu sugerować, że nagle wszyscy przesiedli się z PC na konsole, by grać. Tyle że twórcy gier, mając ograniczoną platformę, zaczęli przykładać się do optymalizacji ich kodu. W efekcie zakupiony „przed laty” komputer PC wystarczał do grania w nowe produkcje. Co najwyżej, w niższych ustawieniach graficznych.

Motywacja do aktualizacji komputera zniknęła. A skoro konsumenci stracili główny bodziec do wymiany komputera, twórcy aplikacji również musieli się bardziej postarać. I zaczęło to być widoczne. Na długo przed ipadową rewolucją i erą post-PC. Systemy Windows, zamiast tradycyjnie zwiększać swoje wymagania sprzętowe, zaczęły je… zmniejszać. Producenci PC bowiem, zablokowani przez konsole, zaczęli nas kusić ultramobilnością w formie mini-notebooków.

W efekcie mój sześcioletni laptop w zupełności mi wystarcza. I to nie „wystarcza” na zasadzie „jakoś się przemęczę”. Zapewnia mi on pełen komfort. Jasne, chciałbym mieć Ultrabooka. Fajnie by było mieć dotykowy ekran i mniejszą wagę. Nie jestem jednak w stanie wydać kilka tysięcy złotych, by spełnić swoją zachciankę. Windows 8, Adobe CS6, filmy 1080p i nowy Office pracują tu bez problemu. Bardzo często równocześnie. Po co mi nowy komputer? Bardzo chciałbym mieć nową zabaweczkę. Ale to tyle.

Tablety są na topie, bo są czymś nowym. Tablet nie zastąpi komputera PC, co najwyżej go uzupełni. Przynajmniej na razie, bo pomysł Microsoftu i Intela na hybrydy wydaje się bardzo atrakcyjny. Póki co jednak sprzedaż idzie w dół. Jak przewiduje IDC, będzie jeszcze gorzej. Według ich ekspertyzy, nie tylko dostarczono w ubiegłym roku na rynek o 3,7 procent mniej PC, niż w poprzednim roku, ale i w bieżącym ma być ich o 1,3 procent mniej.

Jak wiele znacie osób, które kupiły tablet i zrezygnowały ze swojego desktopa lub notebooka? A teraz porównajcie to do ilości znanym wam osób, które nie kupują nowego komputera, bo obecny im wystarcza. Windows Vista, który był krytykowany za zbyt duże wymagania sprzętowe, wymuszające na siłę wymianę komputera (co nieraz kończyło się Macbookiem), nie oferując w zamian aż tak dużych korzyści użytkowych, pojawił się w 2007 roku. Windows 7, który zmniejszył zasobożerność Windows, pojawił się w 2009 roku. iPad? Wiosna 2010.

Nie kupujemy nowych komputerów w tych ilościach, co kiedyś, bo ich nie potrzebujemy. Wyłączając specjalistów, którzy potrzebują wydajności do pracy na stu warstwach w Photoshopie, jesteśmy w stanie wygodnie pracować na najnowszych aplikacjach na leciwych już maszynach. Po premierze konsol obecnej generacji przez jakiś czas jeszcze kupowaliśmy nowe komputery. Bo gry z tych konsol to wymuszały, a twórcy aplikacji użytkowych jeszcze mogli to wykorzystać. Z całą pewnością tablety to obecny „bzik” na rynku. Ale nie obwiniałbym ich o „kanibalizację notebooków”.

Maciek Gajewski jest dziennikarzem, współprowadzi dział aktualności na Chip.pl, gdzie również prowadzi swojego autorskiego bloga.

Musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji

Advertisement