Tomek Wawrzyczek: Robert Capa – legenda fotografii wojennej cz. I

Felieton/Foto 05.03.2013
Tomek Wawrzyczek: Robert Capa – legenda fotografii wojennej cz. I

Tomek Wawrzyczek: Robert Capa – legenda fotografii wojennej cz. I

Jest wtorek, 6 czerwca 1944 roku. Bladym świtem do plaż Normandii podpływają barki niosące na swych pokładach wojska sprzymierzonych, które po roku ciężkich walk mają oswobodzić Europę Zachodnią spod okupacji hitlerowskiej. Obsada niemieckich linii obronnych obserwuje nerwowo rozwój sytuacji. Pada komenda: “Feuer!”. Śmierć zbiera wśród lądujących obfite żniwo. Na plaży “Omaha”, w samym sercu rozgrywającej się tam krwawej jatki, znajduje się Endre Ernő Friedmann – uzbrojony w aparat, znany bardziej jako Robert Capa, najsłynniejszy fotograf wojenny XX wieku.

Urodzony w Budapeszcie 22 października 1913, Capa już jako dziecko styka się z bezwzględnym światem pozostającym w nieustannym konflikcie – zarówno globalnie, między narodami, jak i rodzinnie, między jego rodzicami, Dezső and Júlią Friedmann. Cóż, XX wiek nie należał do spokojnych. Biedny, zdolny, znudzony, o sercu romantyka, w młodości Capa początkowo myślał o zostaniu pisarzem. Prześladowany za swoje żydowskie pochodzenie, nie widząc dla siebie przyszłości, w wieku 18 lat opuszcza Węgry i wyjeżdża najpierw do Wiednia, później do Pragi. Ostatecznie ląduje w Niemieczech, w Berlinie.

W stolicy Niemiec Capa studiuje nauki polityczne. Berlin w tamtym okresie był wielkim artystycznym i politycznym tyglem kipiącym nowymi ideami, pomysłami, był miastem, które kusiło, przyciągało jak magnes, wchłaniało dusze artystyczne, jaką niewątpliwie był młody Capa. Odkrywa fotografię. Na początku pracuje jako asystent w laboratorium fotograficznym w wydawnictwie Ullstein, potem jako asystent fotografa w agencji prasowej Dephot. Przełom w jego życiu przyszedł w 1932 roku, kiedy Capa został zaangażowany jako fotograf podczas wystąpienia Trockiego w Kopenhadze na temat znaczenia Rewolucji Październikowej. Zdjęcia, które wykonał tamtego dnia, stojąc jakiś metr od przemawiającego Trockiego, były silne, intensywne, uczuciowe, intymne i na swój sposób technicznie niedoskonałe – po latach te cechy stały się niejako znakiem firmowym Capy.

Robert Capa - legenda fotografii wojennej

Niemcy na początku lat 30-tych XX wieku padają w objęcia faszyzmu. Capa w 1933 roku przenosi się do Paryża. Mniej więcej w tym okresie zaczyna używać swojego przybranego nazwiska, które pochodzi z węgierskiego słowa cápa – rekin, które było szkolnym przezwiskiem fotografa. Uważał, że brzmi bardzo amerykańsko tym bardziej, że było podobne do nazwiska znanego wtedy reżysera filmowego Franka Capry.

Capa traktuje Paryż jak swój nowy dom. Pracuje jako niezależny fotograf. Dokumentuje społeczne niepokoje, które przetaczały się przez robotnicze warstwy francuskiego społeczeństwa w połowie lat 30-tych XX wieku. Poznaje i zakochuje się w Gerdzie Taro, urodzonej w Stutgarcie, pochodzącej ze średnio zamożnej żydowskiej rodziny z Galicji blond piękności, którą pociąga to samo, co Capę: fotografia i ruchy lewicowe. Będąc jego partnerką życiową, akceptując Capę takim, jakim był – czarującym szelmą i nie stroniącym od alkoholu kobieciarzem – dzieliła z nim jego pasje, łóżko i marzenia.

Robert Capa - legenda fotografii wojennej

Gerda Taro – oryginalnie Gerta Pohorylle – pracuje z Capą jako jego asystentka Capy, pracuje też jako fotoedytor w Alliance Photo i jako niezależny fotograf. Oboje z Capą – wtedy jeszcze posługującym się swoim prawdziwym nazwiskiem – robią zdjęcia do gazet codziennych, które jednak sprzedawane są jako zdjęcia “bogatego, utalentowanego, słynnego amerykańskiego fotografa Roberta Capy”, co zdecydowanie podbijało ich wartość, z drugiej strony pozwalało przebić się z nimi przez narastającą w Europie nietolerancję rasową i polityczną. Ten nieco szatański plan, który Taro i Capa uknuli, okazał się sukcesem. Fotograf z czasem zaczyta używać nazwiska Capa jako swojego, nie tylko jako pseudonimu artystycznego. Jego partnerka przyjmuje nazwisko Taro, które zapożyczyła od japońskiej artystki Tarō Okamoto.

W 1936 roku Capa i Taro wyjeżdżają do ogarniętej wojną domową Hiszpanii by, jak mówili, walczyć z totalitaryzmem przy pomocy aparatów fotograficznych. Bronią Capy była małoobrazkowa Leica, Taro używała średnioformatowego Rollei, czasami używała też aparatu małoobrazkowego. Taro publikuje zdjęcia pod przybranym nazwiskiem Capy. Z czasem zaczęła używać swojego. Za jej sprawą Capa poznaje wiele sławnych osób, które jawnie głoszą swoje antyfaszystowskie poglądy i czynnie wspierają stronę republikańską podczas wojny w Hiszpanii – między innymi Ernesta Hemingwaya i George Orwella.

Robert Capa - legenda fotografii wojennej

Rok po przyjeździe do Hiszpanii Taro ginie. W samochód, którym jechała, przewożący rannych żołnierzy republikańskich, wjeżdża czołg nacjonalistów. Według naocznych świadków Taro zostaje przejechana przez cofający czołg. Umiera w szpitalu na skutek odniesionych ran kilka godzin później. Inna wersja, głoszona między innymi przez Willy’ego Branta, przyjaciela Taro z Hiszpanii, późniejszego Kanclerza Republiki Federalnej Niemiec, Taro zostaje zamordowana w trakcie czystek, które w latach 30-tych XX wieku na rozkaz Stalina przeprowadzono wśród komunistów i socjalistów.

Dzięki zdjęciom wykonanym w Hiszpanii Capa staje się sławny w Paryżu. Pierwsza ich seria, która została opublikowana, zawierała jego słynne zdjęcie “Śmierć hiszpańskiego republikanina”, przedstawiające upadającego na ziemię żołnierza w chwilę po tym, jak dosięgła go kula – do dziś najbardziej rozpoznawalnego zdjęcia Capy, najczęściej omawianego, będącego swoistą ikoną – symbolem wojny, będącego też przedmiotem nie do końca rozstrzygniętych sporów.

Robert Capa - legenda fotografii wojennej

Początkowo przypuszczano, że zdjęcie zostało zrobione na froncie kordobańskim koło Cerro Muriano, a uwiecznioną postacią był żołnierz Robotniczej Partii Marksistowskiej Unifikacji. Później rozpoznano w nim Frederico Borell Garcię. Potem pojawiły się głosy kwestionujące fakt, że zdjęcie przedstawia żołnierza trafionego kulą – przypuszczano, że żołnierz ze zdjęcia Capy poślizgnął się podczas ćwiczeń, kiedy zbiegał ze stromego wzgórza. Oliwy do ognia dolał w tym roku film dokumentalny nadany w lutym przez japońską stację telewizyjną NHK prezentujący Gerdę Taro jako fotografa. W filmie ujawniono między innymi wyniki szczegółowych badań, które przeprowadził Kotaro Sawaki, z których wynika, że to Taro jest autorką “Śmierci hiszpańskiego republikanina”. Jakby tego było mało, Sawaki potwierdza wcześniejsze wątpliwości co do autentyczności zdjęcia – wskazuje, że upadający żołnierz nie znajduje się na polu walki, czego dowodem ma być trzymany w rękach nie gotowy do strzału karabin Mausera.

Prawdziwe czy nie, zdjęcie Capy przeszło do historii i jest jednym z najważniejszych obrazów wojny w dziejach fotografii. Prawda tego zdjęcia nie leży w tym, czy upadający żołnierz ginie w walce, czy przewraca się podczas ćwiczeń. Jak powiedział Alex Kershaw, brytyjski dziennikarz i autor jednej z biografii Roberta Capy: “Prawda jego słynnego zdjęcia tkwi w symbolicznej śmierci, którą przedstawia”. “‘Śmierć hiszpańskiego republikanina’, zdjęcie prawdziwe lub udawane, jest też dowodem skłonności politycznych i ideałów Capy”, pisze Kershaw w swojej książce i dodaje: “Wkrótce i Capa doświadczy brutalnego szaleństwa i śmierci ideałów, której doświadczają wszyscy świadkowie, którzy zbliżyli się dość blisko do nieludzkiego oblicza wojny”.

Po śmierci Gerdy Taro Capa wyjeżdża z Hiszpanii. Był z nią zaręczony – jej śmierć była dla Capy ogromnym szokiem. Do końca życia nie ożenił się z inną kobietą, choć przez jego życie i łóżko przewinęło się ich wiele. W 1938 roku trafia do Chin, gdzie dokumentuje obronę przed inwazją Japońską w okolicach miasta Hankow, dziś znanego jako Wuhan. Wybuch II Wojny Światowej zastaje Capę w Nowym Jorku, do którego wyjechał w poszukiwaniu pracy i w obawie przed represjami ze strony nazistów. Szybko wraca do Europy fotografować okropności wojny.

Robert Capa - legenda fotografii wojennej

Fotografia wojenna budzi wątpliwości przez niejednoznaczność etyczną fotografa robiącego zdjęcia w sytuacji, kiedy ginie człowiek, a inny potrzebuje pomocy, obdzierającego w ocenie wielu ofiary wojny z ich prywatności, traktując je przedmiotowo. Ale czy tylko fotografia wojenna? Taka oto sytuacja codzienna: kobieta poprawia odruchowo na ulicy biustonosz, mężczyzna podciąga opadające spodnie, kogoś, kto się potyka i leci na spotkanie z chodnikiem. Rejestruje to fotograf – profesjonalista lub amator. Momenty decydujące. Kwintesencja fotografii ulicznej. Główni aktorzy zastygli w niecodziennych pozach, niekiedy wzbudzających śmiech. Zdjęcie, na którym ich utrwalono, trafi do prywatnego zbioru, może też stać się publicznie rozpoznawalne, znane, sławne. Oglądający go będą cenić kunszt fotografa. A bohater zdjęcia? Czy nie został obdarty z prywatności? Czy robiąc mu zdjęcie, fotograf nie naruszył jego prywatności?

Podobne pytania zawsze towarzyszyć będą fotografom polującym na temat wśród ludzi przemieszczających się po linii czasu z własnymi problemami, ruchami, gestami, prywatnie, bez świadomości, że gdzieś obok stoi człowiek uzbrojony w aparat fotograficzny. Bez względu na to, czy fotograf stoi na środku spokojnej ulicy pogrążonej w codzienności, czy znajduje się w oku wojennego cyklonu, zawsze pojawia się to pytanie, czy robiąc zdjęcia nie kradnie się prywatności fotografowanych osób. Żywych lub martwych. Lub właśnie umierających. Robert Capa zderzył się z tymi dylematami niejednokrotnie. To i barbarzyństwo wojny, którego był świadkiem, odcisnęły na nim piętno w postaci zespołu stresu pourazowego, nader częstego sięgania po alkohol i depresji połączonej z ukrywanym nihilizmem.

Bez względu na różną ocenę pracy fotoreportera wojennego, Capa budzi podziw za talent do pokazywania uczuć i cierpień ludzi podczas wojen światowych, domowych, globalnych i lokalnych konfliktów i zamieszek za pomocą pojedynczego zdjęcia. Wartość jego twórczości tkwi w tym, że Capa potrafił w mistrzowski sposób uchwycić i uwypuklić cienką granicę między ludzkim pędem do życia i pędem do samozagłady. To uczyniło z niego najsłynniejszego fotografa wojennego ubiegłego stulecia. Jego zdjęcia nie tylko wyznaczyły kanony obowiązujące dziś w fotografii wojennej – były manifestem kierowanym przeciw wojnie, niesprawiedliwości i opresji.

 

Tomasz Wawrzyczek – rocznik 1969, z wykształcenia informatyk, z zawodu projektant GUI, z zamiłowania fotograf, dumny ojciec, szczęśliwy mąż, miłośnik bardzo, bardzo starych aparatów fotograficznych.

Dołącz do dyskusji

Advertisement