Piotr Lipiński: ROZMIAR MA ZNACZENIE, czyli komputer dla King Konga

Sprzęt 27.02.2013
Piotr Lipiński: ROZMIAR MA ZNACZENIE, czyli komputer dla King Konga

Piotr Lipiński: ROZMIAR MA ZNACZENIE, czyli komputer dla King Konga

Rozmiar ma znaczenia – powiadają wszyscy, duzi i mali. Choć różnie rozumieją, jaki jest lepszy.

W normalnym życiu zwykle popularnością cieszy się to, co większe. Dlatego powstały wieża Eiffla, Pałac Kultury (i to niejeden), a nawet amerykańskie samochody.

Kiedyś myślałem, że największa gigantomania panuje w Związku Radzieckim. Dopóki nie zobaczyłem Chin. Stanów nie znam, jednak sądząc po ich hamburgerach też lubią raczej większe, niż mniejsze.

Ale wyraźnie innego zdania są elektronicy. W życiu im większe, tym lepsze, w elektronice odwrotnie – im mniejsze, tym bardziej cenione. Dziś więc komputery trzymamy na biurkach, a nie w przydomowych ogródkach. Bo powstają na układach scalonych, a nie jak kiedyś na lampach.

Najpierw w studiach Hollywood w 1933 r. powstał King Kong, a 10 lat później konstruktorzy zasiedli nad planami pierwszego na świecie komputera – Eniaca. Wspominam o King-Kongu, bo tylko on mógłby potraktować Eniaca, tak jak my dziś PC-ta – czyli jako komputer biurkowy.

Eniac | źródło: pl.wikipedia.org
Eniac | źródło: pl.wikipedia.org

Praojciec wszystkich komputerów, czyli właśnie ów Eniac był olbrzymi (pomijam tu kwestię dokładniejszego ustalenia „praojcostwa”, bo podejrzewane o nie są również inne maszyny). Ważył dwadzieścia siedem ton i zajmował powierzchnię kilku polskich przeciętnych mieszkań – około stu pięćdziesięciu metrów kwadratowych.

Komu by się chciało serwisować taką wielką maszynę? Zwłaszcza, że lampy co chwilę się przepalały i trzeba było szukać w tym kolosie tej jednej – spośród prawie 18 tysięcy – zepsutej. Podejrzewam więc, że z wrodzonego ludziom lenistwa postanowiono zbudować coś mniejszego.

I tak w największym skrócie można by opowiedzieć całą historię komputeryzacji: lampy, tranzystory, układy scalone. A co tam będzie później, to wie tylko wróż Maciej, a my usłyszymy w swoim czasie. W każdym razie moja kryształowa kula podpowiada, że będzie to coś jeszcze mniejszego.

W elektronice – również rosyjskiej, chińskiej i amerykańskiej – chodzi właściwie o jedno: napakować jak najwięcej w jak najmniejszym elemencie. Ile jeszcze rdzeni wejdzie do procesora? Trochę to przypomina średniowieczne teologicznie rozważania, ile diabłów zmieści się na główce od szpilki.

Ale czasami w elektronice również dochodzi do zaburzenia przyjętej hierarchii. Niekiedy urządzenia rosną. Bo ludziom na przykład kiepsko obsługuje się zbyt małe smartfony. Albo po prostu jakaś firma potrzebuje poprawić bilans roczny i zaczyna nam wmawiać, że potrzebujemy większych smartfonów.

To swoją drogą ciekawy trend – smartfony rosną a tablety maleją. Właściwie dlaczego? Być może to na tyle nowe urządzenia w naszym życiu, że nie końca wiemy, jaki rozmiar ekranu okaże się najwygodniejszy.

Z ekranami w ogóle mam problem. Wyraźnie umykają tezie o miniaturyzacji. Pamiętam, jak kilka lat temu radziłem się ludzi, czy taki kolos, jak osiemnastocalowy monitor, nadaje się do użytku w domu. Czy tylko do studia graficznego. Przygodę z komputerami zaczynałem chyba od ekranu o rozmiarze 14 cali i wszystko co większe wydawało mi się olbrzymie. A dziś te 18 cali uważam za bardzo małe. Z ekranami więc jest tak, że choć z roku na rok są coraz większe to i tak wydają się coraz mniejsze.

Wracając do wygody – to ona prawdopodobnie wyznacza granicą miniaturyzacji. Bo ostatnio nawet James Bond porzucił te wszystkie swoje ulubione malutkie gadżety. W przeciwieństwie do pewnej mojej koleżanki.

Dzięki niej dowiedziałem się, że nie każdy aparat fotograficzny służy do robienia zdjęć. Kiedyś zachwalała mi swój nowy nabytek, który miał chyba mniej niż centymetr grubości. Twierdziła, że bardzo wygodnie się do nosi.

Przyznałem jej rację – to był znakomity aparat do noszenia. Wchodził do każdej kieszeni, nawet w kąpielówkach. Ale do robienia zdjęć raczej się nie nadawał. Wyślizgiwał się przy każdej próbie naciśnięcia spustu. Jednak był przynajmniej różowy, czyli miał hardweare’ową funkcję odpowiedzialną za „keep smiling” na ustach wszelkich fotografowanych tubylców.

Ostatnio jednak w fotografii dostrzegam nowy, coraz bardziej wyraźny trend. Zresztą trudno go nie zauważyć właśnie ze względu na rozmiar. To robienie zdjęć tabletami.

Jeśli ktoś czegoś nie widział, to pewnie mi nie uwierzy. A jak już to gdzieś dostrzegł, to zapewne do tej pory zwija się ze śmiechu.

Fotografowanie przy pomocy tabletu przypomina wbijanie gwoździ młotem pneumatycznym. Albo kupowanie lokomotywy, żeby dojechać do pracy.

fotografia tabletowa

Od przynajmniej roku dostrzegam ten dziwny trend w przeróżnych zakątkach świata. Ludzie wyciągają dziesięciocalowy tablet, żeby sfotografować Mona Lisę albo słitaśnego kotka. Ostatnio zauważyłem panie fotografujące tabletami na 2 Kongresie Wolności w Internecie. Strach pomyśleć, co się będzie działo, gdy kamery wbudują w pięćdziesięciocalowe telewizory.

Najpierw sądziłem, że to wyłącznie sprawa przypadku – ot, ktoś zapomniał zabrać z domu aparat fotograficzny i dlatego sięga po tablet. Ale w takim razie problemy z pamięcią ma coraz więcej ludzi i producent Buerlecithiny powinien zacierać ręce.

Może właśnie narodziła się tabletografia? Tak jak kiedyś fotografia wielkoformatowa, wykonywana olbrzymimi aparatami na potężnych statywach? Tylko że wtedy rozmiar rzeczywiście miał znaczenie – bo wielkoformatowe negatywy „rejestrowały” mnóstwo szczegółów, czym na głowę biły aparaty małoformatowe. Ale w tablecie tkwi matryca mniej więcej tak malutka, jak w smartfonie. W wielkim ciele mały duch.

Nic na to nie poradzę – wydaje mi się to śmieszne. Jak przymocowanie haka holowniczego do ferrari. Choć wcale nie wydawało się to zabawne 20 lat temu twórcom polskiego kapitalizmu, którzy z upodobaniem montowali haki w eleganckich mercedesach w myśl zasady, że samochód musi na siebie zarobić.

Na wielkim tablecie co prawda kadr widać bardzo dobrze, ale trzymanie na wyciągniętych rękach czegoś tak dużego wygląda nie tylko śmiesznie, ale jest umiarkowanie wygodne. To szczególna odmiana fotografowania „na zombie” – jak zawodowcy nazywają tych, którzy kadrują na ekranikach, nawet posługując się „lustrzankami” ze świetnymi celownika optycznymi.

Rzecz jasna można to logicznie wytłumaczyć – skoro ktoś nosi ze sobą tablet, to po co mu jeszcze aparat fotograficzny? Jednak dotąd nie zauważyłem, aby ktoś tabletem skrobał śnieg z szyby samochodowej – chociaż przecież też by się do tego jakoś tam nadawał.

Tu właśnie dochodzimy do sedna sprawy – „jakoś tam” można zrobić zdjęcie i wielkim tabletem, i maciupkim „kompaktem”. Nawet bardzo dobre. Ale jest niewygodnie. I ze względu na kiepską obsługę ogranicza się szansę na wykonanie świetnej fotografii.

Jaki więc jest dobry rozmiar – mały czy duży? Odpowiedź jest prosta – wygodny. Choć dla każdego będzie to znaczyć coś innego.

 

Piotr Lipiński – reporter, fotograf, filmowiec. Pisze na zmianę o historii i nowoczesnych technologiach. Autor kilku książek, między innymi „Bolesław Niejasny” i „Raport Rzepeckiego”. Publikował w „Gazecie Wyborczej”, „Na przełaj”, „Polityce”. Wielokrotnie wyróżniany przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich i nominowany do nagród „Press”. Laureat nagrody Prezesa Stowarzyszenia Filmowców Polskich za dokument „Co się stało z polskim Billem Gatesem”. Bloguje na www.piotrlipinski.pl. Żartuje ze świata na www.twitter.com/PiotrLipinski. Nowy ebook „Humer i inni” w księgarniach Virtualo – goo.gl/ZaNek Empik – goo.gl/UHC6q oraz Apple iBooks – goo.gl/5lCGN

Dołącz do dyskusji