Przybyło twitterowiczów w Polsce

Felieton/Social media 16.02.2013
Przybyło twitterowiczów w Polsce

Przybyło twitterowiczów w Polsce

Polski twitter to dla mnie miejsce, w którym regularnie produkuje się trzydziestu tych samych użytkowników pod artystycznym patronatem Zbigniewa Hołdysa, Jarosława Kuźniara i jakiegoś publicysty Faktu, o którym lubię mówić “internetowy polski Usain Bolt” bo w absurdalności swoich twittów przebił już całą trzydziestkę, a teraz próbuje przegonić już tylko samego siebie.  

Twitterowicze w Polsce są dość zgodni – serwis jak na razie jest nad Wisłą małym niewypałem, jeśli weźmiemy pod uwagę jego międzynarodowy potencjał. Na całe szczęście nie pocieszają się absurdalną googleplusową teorią “im nas mniej, tym elitarniej”, natomiast cały czas wierzą w to, że eksplozja twittera może dopiero nadejść.

Co przemawia za ewentualną eksplozją? Przede wszystkim celebryci. Ktoś w jednym z moich wielu żartobliwych wpisów na temat twittera na Spider’s Web ładnie napisał mi, że “Facebook to miejsce, gdzie dodajesz osoby, które już znasz – Twitter to miejsce, gdzie dodajesz osoby, które chciałbyś poznać”. To prawda, znani jeszcze nigdy nie byli tak blisko ludzi. Możliwość śledzenia osobistych przemyśleń, a czasem nawet wymieniania uwag ze znanymi piosenkarzami, aktorami, politykami (nawet samym Premierem), dziennikarzami czy sportowcami może być kusząca, choć w Polsce może trochę mniej, bo jak powszechnie wiadomo, nienawidzimy ludzi sukcesu.

Nad Wisłą niemal niezrozumiała jest idea hashtagów, nawet twitterowicze rzadko z nich korzystają albo zdarza im się używać ich niepoprawnie. Rozczulające są polskie telewizje, które od czasu do czasu starają się wzorem amerykańskich kolegów lansować hashtag na ekranie, a biedne gospodynie domowe przed telewizorami ze ścierką i frustracją w głosie próbują zmyć te krzaczki z ekranu (“Wiesiek, dzieciaki znowu ufajdały telewizur!”).

My, Polacy, lubimy nowe technologie, ale też lubimy być w jednym miejscu na raz. Część z nas wychowało społecznościowo Grono, część Nasza Klasa, dziś większość jest natomiast na Facebooku. Facebook jest serwisem, w którym możemy się pochwalić fotkami z wakacji, nową fryzurą, bo serwis aktywnie wspiera multimedia. To także kapitalny kanał prywatnej komunikacji zastępującej mail, Gadu Gadu i telefon. Twitter swoje usługi multimedialne rozrzuca tak naprawdę na kilka innych kanałów, zresztą nie jest miejscem, w którym przesadnie personalne multimedia są w ogóle mile widziane. To przede wszystkim kanał wymiany krótkiej informacji, nawet nie opinii, bo ograniczenie znaków sabotuje każdą rozmowę (argument o nauce zwięzłości wypowiedzi przemawia do mnie mniej więcej w takim samym stylu, jak “Windows 95 uczył samokontroli”). Trudno się dziwić fenomenowi Facebooka – to serwis społecznościowy z prawdziwego zdarzenia.

Twitter w Polsce jako społecznościówka w zasadzie nie istnieje, nie ma tam ani jednej osoby z mojego podwórka, szkoły, gimnazjum, liceum, ze studiów są trzy, ale nie korzystają, bo nie mają takiego szczęścia jak ja i Przemek Pająk nie kupuje im followersów na Allegro, by czuli się lubiani i doceniani. Nic dziwnego zatem, że Twitter musi u nas wegetować na pograniczu serwisu informacyjnego, poletka do podziwiania celebrytów z bliska i społeczności stricte “branżowych”.

Wszystkie te przemyślenia, wbrew pozorom, pojawiają się nie bez powodu. Twitter jeszcze nigdy nie był w Polsce tak popularny, jak ostatnio.  W roku 2012 zyskał mniej więcej pół miliona użytkowników, zwiększając swój zasięg do prawie 9%. Widzicie ten dość spektakularny skok od listopada? Potwierdza się jedna z powyższych teorii. To nie przypadek, chyba że przypadki nazywają się Benedykt XVI i Donald Tusk.

twitter-w-polsce

Wracając jeszcze do wyczekiwanej twitterowej rewolucji. Wspominam sobie początki Facebooka w Polsce. W grudniu 2008 wedle tych samych danych megapanelu miał jedynie 680 tysięcy real users, czyli mniej więcej tyle, co twitter dwa lata temu. W grudniu 2009 miał ich jednak już 3,1 miliona,  a na koniec 2010 roku cieszył się zasięgiem na poziomie 9,5 miliona. Tutaj możecie prześledzić wyniki serwisu Zuckerberga za grudzień 2012.  To właśnie zjawisko nazywamy rewolucją.

Pochód twittera można natomiast nazwać swoistą ewolucją. Nie da się jednak ukryć, że to zwykły pisklak wśród orłów, który na dodatek nie jest w tym swoim zasięgu stabilny i wydaje mi się, że choć wszystkich 35 jego użytkowników żyje w pełnej sielanki enklawie, w skali całej polskiej sieci, jak mało który serwis społecznościowy na świecie, jest uzależniony od wielkich wydarzeń, nieszczęść i polityki.

To wbrew pozorom wielki potencjał, mam jednak nadzieję, że ewentualnego boomu na twittera nie będzie nam musiała przynieść jakaś wielka katastrofa.

PS Na Wirtualnych Mediach piszą jeszcze, dlaczego wielcy ludzie biznesu na razie nie wierzą w twittera i nie chcą się tu reklamować. Niczego nowego w tej kwestii nie odkryję, więc po prostu odsyłam zainteresowanych do lektury.

Dołącz do dyskusji