Z dziennika fanboya, rozdział #1: “Poszukiwanie własnego Ja”

Blog Forum 19.01.2013
Z dziennika fanboya, rozdział #1: “Poszukiwanie własnego Ja”

Z dziennika fanboya, rozdział #1: “Poszukiwanie własnego Ja”

Pierwszy wpis na Blog Forum poświęcę lekkiej charakterystyce zmagań z moją naturą geeka komputerowego. Jest to pierwsza część, trzyczęściowego cyklu pt. “Z dziennika fanboya”. Jest to mój debiut w internetowej blogosferze, proszę zatem o odrobinę wyrozumiałości:)

Jako komputerowy zapaleniec i otwarty na nowe koncepcje umysł, od wielu lat wypatruję systemu operacyjnego, który będzie idealnie skrojony do potrzeb aktualnego użytkownika, zapewniając odpowiedni komfort i stabilność pracy. Z racji, że każdy ma inne preferencje i wymagania, stworzenie systemu idealnego jest zapewne niemożliwe. Jednak zawsze warto szukać optymalnego rozwiązania, które pokryje się w większości z naszymi oczekiwaniami.

Jeszcze nie tak dawno, bo kilka lat temu, szkoła była miejscem, gdzie większość młodzieży w naszym kraju, po raz pierwszy miała szansę obcować z komputerem. Własny pecet, bardziej przystępny i coraz powszechniejszy wśród Polaków, wciąż nie gościł pod każdą strzechą. Zajęcia z informatyki, były zatem i nadal są interesującą odskocznią od standardowej nauki dla większości uczniów. Obcowanie z komputerem, samo w sobie, przysparza wielu wrażeń i pobudza wyobraźnię młodych, chłonnych umysłów.

Ze mną było podobnie. Pierwszy raz z komputerem zetknąłem się w podstawówce. Windows XP królował wówczas na większości pecetów, stwarzając nowym użytkownikom przyjemne środowisko do poznawania świata nowoczesnych technologii. Zaadoptowany synonim komputera z systemem Microsoftu, ciągnął się za mną przez wiele lat i nadal ciągnie się za większością użytkowników komputera, bo jak to mówią, czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci.

W czasach gimnazjum nastąpiła jednak w moim życiu mała informatyczna rewolucja, która odmieniła moje podejście do komputera i systemu operacyjnego. Nowa szkoła była wyposażona w pracownie informatyczną, składającą się z iMaców, które wyglądem nie przypominały znanego mi peceta, a prostotą i designem przywodziły na myśl futurystyczne wizje z filmów science-fiction. Nie ma osoby, która nie zadziwiłaby się tak odmienną aparycją od tego, co ludzie przez lata uważali za wzorzec komputera. Jak się okazało,również po uruchomieniu, nie przywitała nas znajoma kompozycja muzyczna i napis: ”Zapraszamy”. Zamiast tego, ujrzeliśmy szare logo nadgryzionego jabłka z wirującym, zębatym kołem, a po załadowaniu, niespodziewaną eksplozję barw i kolorowych ikonek. Paski zadań i programy o niewiadomej użyteczności, budziły ciekawość i dezorientację zarazem. OS X Tiger, który napędzał maszynę, był wyzwaniem na miarę pierwszego kontaktu człowieka z technologią, więc trzeba było pozbyć się przyzwyczajeń i na nowo uczyć się obsługi komputera. Jednak z upływem lat, mogę stwierdzić, iż było warto przeżyć taką rewolucję. Moje oczy, dotąd przymknięte, szerzej otworzyły się na świat, w którym nie dominuje już jeden system operacyjny, lecz istnieje wachlarz możliwych opcji i kombinacji.

W liceum otrzymałem pierwszy własny komputer z przeinstalowaną Vistą na pokładzie. Upatrzony w markecie, miał w miarę przyzwoite parametry i do dziś pozwala uruchamiać wszystkie najnowsze gry, jakie się ukazały się na przestrzeni lat, od czasu jego kupna. Mając możliwości i stojąc przed olbrzymim wyborem otwartoźródłowych systemów operacyjnych, skakałem z kwiatka na kwiatek, sprawdzając, który z nich będzie dla mnie najbardziej odpowiedni. Mandriva, Mint, Debian, czy Ubuntu? Wybór Linuxów był wielki. Żaden z nich nie zabawił jednak na moim dysku dłużej, niż kilka tygodni. Nie miałem doświadczenia jako power user i niektóre rzeczy, jak obsługa bardziej zaawansowanych programów z poziomu konsoli lub rozwiązywanie problemów z zależnościami pakietów, wykraczały poza moje umiejętności. Obok zawsze, czuwał ”stary dobry” Windows, który w nowszej wersji besztany był zewsząd falą krytyki zagorzałych użytkowników poczciwego XP-ka. Osobiście nie demonizowałem go jednak, widząc jego dużą przewagę nad poprzednikiem i nie wyobrażając sobie powrotu do starszej wersji okienek.

Potem nastały czasy monotonii, kiedy to starałem się zaakceptować ”okna” i odpuściłem sobie poszukiwania idealnego systemu, który zaspokoiłby pustkę w żołądku takiego wygłodniałego geeka, jak ja. Cały czas czułem jednak, że system Microsoftu nie zadowala mnie wystarczająco. Denerwowały błahostki i problemy, które nie miały miejsca w darmowych dystrybucjach Linuxa. Np. żmudna instalacja sterowników i podstawowych programów po reinstalacji Windowsa, czy konieczność posiadania programu antywirusowego i skanowania ”na wszelki wypadek” każdego pendriva lub karty pamięci, którą podłączałem do swojego komputera. Przywodziło mi to na myśl, archaiczne już czasy Windows 95, czy 98, gdzie wszystko trzeba było robić samemu. Czasy niby tak odległe, ale jakże aktualne i bliskie ówczesnym realiom. W 2007 roku od drogiej i komercyjnej technologii, można by oczekiwać odrobinę więcej, niż automatycznej defragmentacji dysku i półprzeźroczystego interface’u użytkownika.

Wtedy zniechęcony codziennym użeraniem się z podstawowymi czynnościami, mając na uwadze dość dobre doświadczenia w pracy na komputerach Apple za czasów szkolnych, zainteresowałem się stworzeniem hackintosha. Nie było mnie stać na zakup drogiego iMaca, czy nawet Maca Mini, spróbowałem więc sprostać wyzwaniu zainstalowania Mac OS X na moim ”piecu”. Nie propagując piractwa, płytę instalacyjną Leoparda zakupiłem na aukcji internetowej, w okazyjnej cenie. Droga do sukcesu była długa i wyboista, ale zagraniczne fora internetowe służyły pomocą w krytycznych momentach. Podkrążone, oczy, były niczym bruzdy na spracowanych dłoniach polskiego rolnika, ceną, jaką płaciłem za bycie geekiem. Jednak zarywanie nocy opłaciło się ostatecznie. Po dwóch tygodniach, rozpracowałem wszystkie usterki i mogłem cieszyć się działającym systemem, z którym przez długi czas nie miałem żadnych problemów. Niestety, z racji kompatybilności, nie mogłem liczyć na aktualizacje do nowszych wersji OS’u, lecz jako system do codziennego użytku i do przeglądania zawartości internetu wystarczała mi obecna wersja. Z Vistą na osobnej partycji, pozostawioną do obsługi gier i programów, w które nie były dostępne na OS X’a , systemy tworzyły uzupełniający się duet.
Pecet ostatecznie trafił w ręce mojego brata, a ja sprawiłem sobie używanego Macbooka Pro, który służy mi do dziś bezawaryjnie (odpukać w niemalowane) i spełnia moje oczekiwania co do komputera osobistego. Snow Leopard na spółkę z 7-ką pozwalają na komfortową pracę w obu środowiskach i oszczędzają cenny czas, którego w zabieganej, szarej rzeczywistości, niby tyle samo co zawsze, ale jednak, jakby coraz mniej.

Musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji

Advertisement