Małgorzata Foggin – startup Frostbox. Historia startupu powstałego na serwetce aż po współpracę z Kloutem i Wahooly

09.01.2013
Małgorzata Foggin – startup Frostbox. Historia startupu powstałego na serwetce aż po współpracę z Kloutem i Wahooly

Małgorzata Foggin – startup Frostbox. Historia startupu powstałego na serwetce aż po współpracę z Kloutem i Wahooly

Frostbox jest pierwszy startupem, który został wybrany do udziału w projekcie realizowanym przez Wahooly oraz Klout, którego celem jest promocja młodych biznesów w zupełnie nowej formule. W rozmowie ze Spider’s Web współzałożycielka Frostbox Małgorzata Foggin mówi o polskich korzeniach tego startupu, zebranym dotychczas doświadczeniu w branży startupowej oraz przyszłości, jaką widzi przed usługami pozwalającymi zadbać o bezpieczeństwo danych zgromadzonych w serwisach społecznościowych.

Tomasz Krela: Pierwsze pytanie nasuwa się samo – czym jest Frostbox?

Małgorzata Foggin: Frostbox jest backupem danych, które dzielimy z serwisami społecznościowymi. Zakładając konto, użytkownik ma możliwość zabezpieczyć swoje zdjęcia, wiadomości oraz kontakty z kont takich jak: Facebook, LinkedIn, Twitter, Instagram, Flickr, Foursquare, Vimeo, jak również GMail. My porównujemy się z ubezpieczeniem do kont społecznościowych. Dodatkową funkcją, jaką spełnia Frostbox jest backup dokumentów, nad którym obecnie pracujemy. Chcemy stworzyć platformę, gdzie będziemy mogli wrzucić praktycznie wszystko – od aplikacji, dokumentów, filmów, po parametry i ustawienia postaci Warcrafta.

Czy Twoim zdaniem serwisy społecznościowe tworzą alternatywną wersją naszej rzeczywistości? Czy te obydwa światy się nawzajem przenikają?

Kiedyś spędzaliśmy czas rozbijając kolana pod blokiem, przeżywając pierwsze miłości i wyprawy wakacyjne, dziś dużo z tych rzeczy dzieje się w sieci. Pierwsze randki zamieniły się w Airtime, czy Google Hangout. Wakacje nie są wakacjami, jeśli nie podzielimy się fotkami ze znajomymi, nawet obiad już nie jest tym, co kiedyś, jeśli po wejściu do restauracji nie zapytamy o hasło do Wi-Fi, aby móc zalogować się do Foursquare i wrzucić zdjęcia przystawek na Instagram. Kiedyś do tego wszystkiego mieliśmy pamiętniki – dziś nasze życie jest automatycznie publikowane w sieci. Co siódma minuta, którą spędzamy przed komputerem, jest poświęcona portalom społecznościowym.

Coraz częściej kolekcjonujemy nasze wspomnienia w serwisach społecznościowych. Jakie Twoim zdaniem rodzi to zagrożenia?

Niewielu z nas zdaje sobie sprawę, jak dużą ilością informacji dzielimy się ze światem i jak duża ilość danych jest oddawana w ręce serwisów społecznościowych. Nie wchodzę tutaj w tematy ochrony danych osobowych, bo moglibyśmy o tym zrobić zupełnie oddzielny wywiad. Mówię o zwykłym fakcie zaufania, jakim darzymy “Facebooki” tego świata. Serwisy tego typu nie są backupami, a wielu z nas używa ich do przechowywania jedynej kopii zdjęć z wakacji (Facebook, Flickr, Instagram), czy jako jedynego miejsca, gdzie posiadamy listę najbliższych znajomych (Facebook), albo kontaktów biznesowych (LinkedIn). Jako rodzice zapominamy, że duża cześć zdjęć naszych dzieci, czy filmów wideo, jest pozostawiona w rekach Facebooka czy Vimeo. Większość z nas ma dostęp do wszystkich tych aplikacji poprzez nasze komórki, jednak nie zawsze pamiętamy, aby zabezpieczać dostęp do samego telefonu hasłem.

W sytuacjach, kiedy nasze konta zostaną zablokowane, zaatakowane przez wirusy, hackerów, czy nawet ex, która zna nasze hasło i postanawia wykasować nam połowę znajomych: jesteśmy bezradni. W tym momencie sięgamy po Frostbox.

Jak się domyślam, Frostbox przechowuje nasze dane w chmurze obliczeniowej. To może rodzić pewne obawy odnośnie bezpieczeństwa ich przechowywania. Tym bardziej, że w ubiegłym roku miało miejsce kilka wydarzeń, które mogło nadszarpnąć zaufanie klientów takich rozwiązań.

W Polsce, jak i globalnie w 2012, było co najmniej kilka większych dramatów odnośnie bezpieczeństwa naszego alternatywnego życia w sieci. W lipcu 450 tys. kont Yahoo zostało zaatakowanych przez hackerów, którzy uzyskali dostęp do haseł oraz imion użytkowników. W tym samym miesiącu 6,5 miliona haseł użytkowników LinkedIn dostało się w niepowołane ręce.

Nie ma serwisów niemożliwych do zaatakowania, jednak posiadanie dwóch kopii daje nam dodatkową szansę na odzyskanie naszych danych w przypadku ich utraty poprzez internetowe serwisy. Frostbox automatycznie dodaje wszystkie nowe informacje, zdjęcia, wiadomości, które my sami dodajemy do naszych kont, jednak jedyny sposób, aby usunąć dane z konta Frostbox, to fizycznie usuniecie ich po zalogowaniu do naszego serwisu. W praktyce działa to tak – jeśli wrzucimy na Facebooka album z wakacji, a po miesiącu stwierdzimy, że kilka zdjęć chcemy usunąć, to będą one ciągle dostępne w Frostbox, do momentu, kiedy wyrzucimy je z samego konta “ręcznie”.

Jak sam Frostbox dba o bezpieczeństwo danych?

Jeśli chodzi o bezpieczeństwo samego systemu, Frostbox bazuje na serwerach Amazon S3. Przesyłanie danych do Amazon jest zabezpieczone enkrypcją. S3 daje nam też zabezpieczone przechowywanie danych. Kolejnym krokiem dla naszej firmy jest wprowadzenie desktopowej wersji Frostboxa, umożliwiającej udostępnianie folderów innym użytkownikom, przy zachowaniu wcześniej wymienionych zabezpieczeń. W wersji płatnej, która zostanie wprowadzona w połowie tego roku, enkrypcja będzie w formie opt-out, więc użytkownicy będą mogli tą wersję wybrać dla specyficznych plików i folderów. W zależności od zapotrzebowania i zainteresowania, rozważamy wprowadzenie – podobnie jak Google – podwójnej weryfikacji przy logowaniu.

Z perspektywy czasu myślę, że lokalizacja ma wpływ na biznes, jedynie jeśli mamy biuro w San Francisco.

Zostawmy może na chwilę teraźniejszość związaną z Frostboxem. Jak się narodził pomysł na ten projekt?

“Nie możesz teraz mieć urlopu, firma Cię potrzebuje [..] Nie, za miesiąc też nie, bo musimy finalizować ten kontrakt”. Tak wyglądało moje życie przed Frostboxem. Ja i mój partner uwielbiamy podróżować. Pierwszy powód, dla którego weszłam w świat startupów? Nie chciałam, żeby ktokolwiek, kiedykolwiek mówił mi, kiedy mogę, a kiedy nie mogę jechać na wakacje. Frostbox narodził się w zimowe popołudnie w restauracji Streets, na ul. Jana Pawła w Warszawie. Tak jak wiele innych startupów, zaczęło się od serwetki i miało być małym projektem, zbudowanym zgodnie z zasada MVP (minimum viable product) z książki Erica Riesa “Lean Startup”. Polega ona na budowie produktu podstawowego i przetestowaniu zapotrzebowania rynku na wspomniany produkt. W naszym wypadku naszkicowaliśmy na serwetce coś, co przypominało 50 linii kodu, a skończyliśmy na budowie czegoś, co przypomina wielkością 40 milionów linii kodu Windows XP. Oczywiście żartuję, ale to, co mieliśmy na myśli 2 lata temu, kiedy zaczynaliśmy budowę Frostbox (miała to być jedynie aplikacja oparta o API Facebooka, utylizująca je do backupu zdjęć), rozrosło się poprzez dodawanie nowych funkcji (znany powszechnie grzech deweloperów i managerów projektów).

Jak to się stało, że pomysł zrodzony w Polsce wyemigrował do Wielkiej Brytanii?

Pomysł narodził się w Polsce, ponieważ pracowałam tutaj na pełen etat, jednak większość teamu była już wtedy w Wielkiej Brytanii. Ja byłam jedynym “odludkiem”, a biorąc pod uwagę fakt, że byłam odpowiedzialna za większość spraw związanych z firmą, przeniosłam się do UK i tam też zarejestrowałam firmę. Większość “dorosłego” życia spędziłam pracując w Londynie i prawo spółek angielskich jest mi lepiej znane, niż nasze lokalne. Z perspektywy czasu myślę, że lokalizacja ma wpływ na biznes, jedynie jeśli mamy biuro w San Francisco. Większość wpływowych inwestorów ma tam biura i z rozmów wiem, że mając do wyboru inwestycje w ich lokalny startup, a firmę położoną gdziekolwiek indziej (Polska czy Anglia), zdecydują się na sąsiadów, ponieważ czują, że mają więcej kontroli nad swoimi pieniędzmi, jeśli mogą “wpaść do biura” i zobaczyć, jak wszystko się rozwija. Kultura startupowa w całej Europie, nie tylko w Polsce, ciągle jest w fazie rozwoju, więc relokacja do Wielkiej Brytanii nie była aż tak duża zmianą.

Co według Ciebie było przełomowym momentem w rozwoju startupu?

Przełomowym momentem w rozwoju firmy była nasza pierwsza międzynarodowa konferencja, gdzie otworzyły nam się oczy na prawdziwy świat startupów: jesteś nikim do momentu, kiedy dostaniesz Round A w wysokości przynajmniej miliona dolarów. Widzieliśmy tez setki startupów, biegających za gwiazdami takimi jak Robert Scoble czy Guy Kawasaki. Mam duży szacunek do obu wymienionych, jednak ani ja, ani mój partner nie mogliśmy sobie wyobrazić, że kiedykolwiek możemy stać się takimi.. jak mogłabym to określić… “oddanymi fanami”. Wtedy wiedzieliśmy, że prawdziwa praca dopiero przed nami.

Frostbox rozpoczął współpracę z Wahooly oraz Kloutem w ramach nowo powstałego projektu. Na czym on polega?

Klout, startup oceniający naszą socjalną “wartość” i firma Wahooly, która stara się zamienić tę wartość na gotówkę i udziały dostępne dla użytkowników, którzy zgodzą się promować startupy na platformie Wahooly rozpoczęły współpracę w zeszłym miesiącu. Miały jedno miejsce dla wybranego startupu, aby wziąć udział w tym socjalnym eksperymencie. Rolą Wahooly było znalezienie odpowiedniej firmy, Klout natomiast promuje wybraną firmę do grupy swoich najbardziej wpływowych użytkowników (posiadających Klout 60+ ). Ci z kolei mają za zadanie “reklamować” wybrany startup w gronie swoich słuchaczy poprzez Twitter, Facebook, YouTube oraz blog. Kto zrobi to najlepiej, otrzyma najwięcej udziałów firmy, kiedy ta zostanie sprzedana. Po miesiącach eliminacji, Frostbox został wybrany jako pierwszy startup na świecie biorący udział w tym nowym programie.

Co przeważyło, że to właśnie Was wybrali? Chętnych zapewne było wielu.

Dużym plusem dla Wahooly i Klout było to, że Frostbox jest produktem, który nie dyskryminuje praktycznie nikogo i każdy znajdzie w nim coś dla siebie. Nie zapewniamy serwisu dla malej grupy ludzi, ale praktycznie dla mas.

Nie boicie się ryzyka jakie musi ze sobą nieść realizacja tak nieszablonowego i nie mającego wcześniej miejsce projektu. Jesteście pierwsi, więc niejako prowadzony jest na Was eksperyment.

Lubimy eksperymenty i nie boimy się nowych rzeczy. Firma Wahooly sama w sobie jest nowa, więc była to ogromna szansa, ale też ryzyko. Mogliśmy oddać kawałek firmy i nic w zamian nie otrzymać. Jako Polacy jesteśmy znani na świecie miedzy innymi z tego, że jesteśmy ostrożni i nieufni. Mimo, że lubię nowości i eksperymenty, to jednak jestem przeważnie sceptyczna, więc tak też podeszłam do tej współpracy.

Gdzie jest haczyk? Wahooly, Klout i osoby promujące startupy nie robią tego bezinteresownie. Jaka jest cena udziału w takim przedsięwzięciu?

Zarówno ja, jak i Shane Robinson, mój wspólnik w firmie, spędziliśmy wiele lat negocjując kontrakty, dlatego w momencie, kiedy przyłożyliśmy przysłowiowe pióro do papieru, wiedzieliśmy, że dostajemy dobry deal. Ryzyko w tego typu umowach jest nieuniknione i wielu znajomych z branży odradzało nam wchodzenie w tak “płynny” układ, gdzie jedyną gwarantowaną cyfrą jest procent firmy, który oddajemy, w zamian za “dobre chęci” ze strony Klout oraz Wahooly.Rozmawiając z prezesem Wahooly, Dana Severson odniosłam jednak wrażenie, że jest on rzeczową osobą i dostosował kampanię reklamową do naszych potrzeb. Poza tym tak jak my, Dan pracuje praktycznie 24/7, a to dla mnie jest zawsze dobry znak rozpoczynając współpracę z kimś nowym, ponieważ utrzymując kontakty ze współpracownikami w rożnych strefach czasowych, muszę wiedzieć, że w wypadku nagłych zmian, możemy je wprowadzić o każdej porze dnia i nocy. Najlepszym przykładem był artykuł dla Mashable, który razem z Dana edytowaliśmy 4 godziny przed sylwestrem!

Czy przystępując do tej inicjatywy określiliście jasno cele, jakie chcecie za jej pomocą osiągnąć?

Celem tej współpracy z mojego punktu widzenia nie były tysiące użytkowników – to możemy uzyskać poprzez dobrą kampanię e-mailową. Chcieliśmy zyskać grupę użytkowników, którzy zaangażują swój czas w nasz produkt, zapewnią nam opinie, od których będziemy mogli nauczyć się, co się podoba, co musimy zmienić, nad czym pracować. To jest główny cel tej kampanii. Nie jestem osobą, która lubi robić rzeczy na “pół gwizdka” i mimo, że bycie perfekcjonistką nie popłaca przy startupach, mam wizję naszego produktu i krok po kroku do niej dążę. Dużo osiągnęliśmy, ale mamy przed sobą jeszcze długą drogę.

Życie startupowca nie jest łatwe. Rachunki przychodzą, kobiety odchodzą, nie wiadomo skąd weźmiemy pieniądze na najbliższy czynsz. Jedyne, co trzyma dużą cześć zaangażowanych w tym startupowym świecie i daje nam nadzieje na dobry exit, to właśnie historie typu Instagram.

Z czego żyjecie? Frostbox to nie jest inicjatywa charytatywna, nawet startupowiec musi mieć fundusze, aby zapłacić rachunki.

Frostbox jest obecnie w beta, jednak biznes model będzie oparty na subskrypcji. W obecnym momencie, korzystając ze statystyk, które mamy do dyspozycji, chcemy zobaczyć, jak dużo przestrzeni na backup możemy oddać jako freemium, a od jakiej wielkości kont zaczniemy pobierać opłaty. Pieniądze, którymi opłacamy nasze rachunki pochodzą z innego biznesu. Firma Targeted Media Limited z Wielkiej Brytanii, która zapewniła nam seed funding i której jesteśmy właścicielami, pokrywa nasze bieżące koszty.

Nie tak dawno rozległ się szum odnośnie Instagramu i osób, które zaczęły szukać możliwości archiwizacji swoich zdjęć przed usunięciem konta. Czy odczuliście te nastroje wśród internatutów?

Myślę, że w obecnym czasie, procent osób, które zamknęłyby konto w jakimkolwiek serwisie społecznościowym ze względu na domniemane wykorzystanie zdjęć w celach komercyjnych jest znikome. Wszyscy zdajemy sobie sprawę, że jedynym sposobem na pozostawienie zdjęć “prywatnymi”, jest trzymanie ich na domowym twardym dysku, a nie dzielenie się nimi publicznie. Nie mieliśmy nagłych zmian odnośnie backupu Instagrama.

W ostatnim czasie pewne poruszenie wywołał wpis Artura Kurasińskiego na temat podejścia do tworzenia startupów, własnego biznesu oraz ciągłego inspirowania się opowieściami i złotymi radami pochodzącymi z USA zamiast skupieniu się na polskiej rzeczywistości.. Zgadzasz się z takim podejściem do sprawy?

Jestem fanką Arta i zdecydowanie zgadzam się z większością jego wpisów. W tym wypadku jednak nasze zdania trochę się różnią. Możliwe, że jest tak dlatego, że wiedza Arta odnośnie możliwości na polskim rynku jest zdecydowanie większa niż moja. Życie startupowca nie jest łatwe. Rachunki przychodzą, kobiety odchodzą, nie wiadomo skąd weźmiemy pieniądze na najbliższy czynsz. Jedyne co trzyma dużą cześć zaangażowanych w tym startupowym świecie i daje nam nadzieje na dobry exit, to właśnie historie typu Instagram. Tak – są one jak kropla w morzu. Prawdopodobnie nie sprzedamy firmy XYZ za tyle kasy, ale gdybyśmy opierali nasz wysiłek na logice i prawdopodobieństwie sukcesu, nikt nigdy niczego by nie zbudował.

Zbierałaś doświadczenie zarówno w Polsce, w USA oraz ostatnimi czasy w Wielkiej Brytanii. Czym się różnią osoby tworzące startupy w tych trzech różnych krajach?

Technologiczny rozwój w naszym kraju jest szybszy, niż rozwój jakiejkolwiek innej dziedziny. W marcu zeszłego roku mieliśmy przyjemność zaprezentować Frostbox na konferencji The Next Web w Amsterdamie i z dumą powiem, że polskich startupów było całkiem sporo. Myślę, ze pod tym względem nie mamy się czego wstydzić. Pomysły były fajne i wbrew pozorom nie były to klony krzemowych firm. Miałam okazję pomieszkać trochę w Stanach Zjednoczonych i zauważyłam jedną dużą różnicę, jeśli chodzi o mentalność startupowców zza oceanu, a naszą (chociaż podkreślam, że to też się zmienia na dobre w Polsce). W Stanach w momencie, kiedy jeden pomysł padnie, a wraz z nim dużo gotówki, zaczyna się myślenie nad następnym. W Polsce po klapie biznesu, przeważnie lądujemy z tabliczka: “ten, któremu nie wyszło”.

Zatem nie pozostaje nic innego niż spytać jakie są dobre i mocne strony Polaków w tym biznesie?

Polacy racjonalnie podchodzą do biznesu. Startup to jest taka nowa nazwa. Kiedyś nazywaliśmy to zwyczajnie “firma”. Mieliśmy kartkę, długopis, przychody, rozchody. W Stanach, czy nawet do pewnego stopnia w Anglii, wygląda to trochę inaczej. Zakładamy “startup” i carpe diem, liczymy na szczęście, na to że znajdziemy kogoś, kto będzie tak zapatrzony w nasz wynalazek, że nie zauważy, że nie zarabiamy dolara i co gorsza, nie mamy pomysłu, jak go zarobimy w przyszłości.

W Stanach, w momencie, kiedy jeden pomysł padnie, a wraz z nim dużo gotówki, zaczyna się myślenie nad następnym. W Polsce, po klapie biznesu, przeważnie lądujemy z tabliczka: “ten, któremu nie wyszło”.

Nie tak dawno Bartek Gola na łamach Antyweb napisał dość dosadnie, aby odwalić się od startupów. Postawił w tym tekście tezę, że startupy to nie kolejna hispsterska moda, a są one wręcz koniecznością w naszej rzeczywistości, o ile nie chcemy być tylko biernymi konsumentami tego, co stworzyli inni. Jakie jest Twoje zdanie na ten temat?

Zgadzam się z Bartkiem. Czytając to przypomina mi się zasłyszane gdzieś zdanie: “jeśli nie zaczniesz budować swoich marzeń, ktoś wynajmie Cię, żebyś pomógł wybudować jego”. Jak ze wszystkim – są rożni ludzie, są rożne startupy. Są takie, które od początku są budowane pod sprzedaż, są takie, które są budowane, jako długoterminowy biznes, którego właściciele chcą ułatwić nam życie. Najlepszym przykładem takiego startupu jest Spotify, jedna z moich ulubionych firm i jeden z moich ulubionych startupowców, prezes Daniel Ek. Dlaczego Spotify przetrwało? Bo chcieli udostępnić muzykę dla mas. Daniel sam gra na wielu instrumentach i nie jest ani hipsterem ani gwiazdą. Lubi to, co robi.

Mamy modę na startupy? A może na robienie internetów w stylu Bitsy Boysów ;)?

Nie uważam, że bycie startupowcem to moda, bo aby cokolwiek wartościowego zbudować potrzebujemy energii, talentu (na początku sam robisz wszystko od developement po customer service i marketing), ogromnego wkładu pracy, wysiłku, zapału, wiary w siebie i czystej, ślepej determinacji. Osoby, które w tym świecie nigdy nie wylądowały, krytykują to z boku i nazywają modą. Osoby zaangażowane nie maja czasu się obrażać, bo przeważnie są zajęte budowaniem własnej przyszłości. Śmiejemy się, ze noszą chinos i czarne ramki? Są i tacy startupowcy, którzy siedzą przed Java Script 48h bez kąpieli, wspomagając się jedynie red bullami. Ja wolę tych pierwszych 🙂

Frostbox to startup, czy firma mająca zarabiać duże pieniądze?

Dla mnie Frostbox jest startupem, do momentu, kiedy zacznie przynosić zyski i zacznie rozrastać się w miliony użytkowników – wtedy staje się firmą (yup, my ciągle jesteśmy startupem ;). Traktuję to jako doświadczenie. Z chęcią zaloguję się do banku, żeby zobaczyć, jak Sequoia Capital czy Google Ventures przesyła nam 2 miliardy dolarów za Frostbox któregoś słonecznego dnia. Jeśli to się nie stanie i skończymy tak, jak Google Wave czy Color, to też nie będzie najgorsza rzecz na świecie, bo na koniec dnia, napiszę ebooka o tym, jak nie budować startupów i tez na tym zarobię. (żartuję) Poważnie mówiąc – Frostbox zaczął się jako mała firma, która miała nigdy nie mieć wersji freemium. Wtedy mielibyśmy gwarancję (jeśli słowo “startup” i “gwarancja” może być kiedykolwiek użyte w jednym zdaniu) zwrotu kosztów, ale żywotność takiego projektu byłaby ograniczona. Wiele osób nie zarejestruje się do usługi, która pobiera opłatę za serwis, nieważne jak małą. Zdecydowaliśmy się inwestować. Mieliśmy okazję wziąć pieniądze od inwestora instytucjonalnego, ale nasza niezależność byłaby pogrzebana, więc na dziś i w najbliższej przyszłości w miarę możliwości, chcemy finansować Frostbox sami.

Czy jest coś czego żałujecie i jakich błędów wystrzegalibyście się mając ze sobą doświadczenie zdobyte przy Frostbox?

Gdybym miała zacząć jeszcze raz… Zdecydowanie redukcja funkcji. Zbudujcie prototyp, przetestujcie, zdobądźcie małą grupę wiernych użytkowników i zapytajcie, co chcieliby widzieć jako dodatkowe funkcje. To, co nam wydaje się niezbędne, rzadko jest tym, czego szukają użytkownicy. Negocjujcie umowy w obecności prawnika specjalizującego się w startupach. Brzmi to jak duży wydatek, ale zaoszczędzi wam jeszcze więcej w dłuższym okresie. Posiadanie dobrego dewelopera jako wspólnika, a nie pracownika zmniejszy początkowe koszty. Jesteś startupem, nie Microsoftem. Nie inwestuj pierwszych zarobionych pieniędzy na biuro w szklanym budynku, mimo że fajnie wyglądałoby takie zdjęcie w skórzanym fotelu na Facebooku. To nigdy nie jest najlepszy pomysł i nie ma wpływu na to, czy potencjalny inwestor będzie Tobą zainteresowany.

Dziękuje serdecznie za rozmowę, życzę zatem by rok 2013 okazał się dla Was wielkim sukcesem.

Dzięki!

małgorzata-foggin-startup-frostbox-współpraca-z-klout-wahooly Maggie Foggin – współzałożycielka Frostbox, współwłaścicielka Optimised Solutions Ltd. Ex-partner w firmie finansowej deVere Group, ex- manager firmy Aveda, ex-manager LaPrairie, Xbox. Miłośniczka psów i krwistych steków.

 

Dołącz do dyskusji