Piotr Lipiński: ŚWIAT BEZ INTERNETU, taki jak w Chinach i Tybecie

18.12.2012
Piotr Lipiński: ŚWIAT BEZ INTERNETU, taki jak w Chinach i Tybecie

Piotr Lipiński: ŚWIAT BEZ INTERNETU, taki jak w Chinach i Tybecie

Takiej postaci na stałe na łamach Spider’s Web jeszcze nie mieliśmy. Nie jest typowym ekspertem – nie jest wybitnym programistą, nie zjadł zębów na budowaniu start-upów i nie robił doktoratu z finansów. Jest za to świetnym reporterem, fotografem, filmowcem i autorem kilku ciepło przyjętych książek. Publikował m.in. w “Gazecie Wyborczej” i tygodniku “Polityka”. Za swoje teksty był wielokrotnie nagradzany przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich i nominowany do najbardziej prestiżowych nagród w branży dziennikarskiej miesięcznika “Press”. Panie i Panowie, jest mi niezwykle przyjemnie zaanonsować debiut Piotra Lipińskiego na łamach Kącika Eksperckiego Spider’s Web. przemekspider

A gdyby tak nagle zniknął internet?

Korzystanie z sieci staje się czymś tak oczywistym, jak dostęp do prądu albo wody. Używając internetu łatwo ulec złudzeniu świata bez granic. Cyfrowego miejsca umożliwiającego nieskrępowaną wymianę myśli.

Guzik z pętelką. To fałszywe wrażenie człowieka, który żyje w dość wygodnych warunkach w środku Europy.

Co ósmy człowiek na świecie ogląda sieć dramatycznie inną od tej, jaką my widzimy.

Chińczycy żyjący w swoim kraju używają takiego internetu, jaki zaakceptują komunistyczne władze.

Widziałem taką okrojoną wersję sieci, kiedy w tym roku podróżowałem między Chinami a okupowanym Tybetem. W wielu miejscach udawało mi się połączyć z internetem, ale wszędzie był inny, niż nasz. Uboższy. Cenzurowany.

Mój reportaż o przygnębiającym życiu Tybetańczyków znajdziecie w nowym numerze kwartalnika „Kontynenty” – tu chciałbym się opowiedzieć o tym, jak wygląda chiński cyfrowy świat. Jeżdząc między kolejnymi miastami nie mogłem wysłać żadnego zdjęcia na Instagram, nie mogłem niczego napisać na Twitterze ani na Facebooku. Te serwisy są po prostu w Chinach całkowicie zablokowane. To bardzo charakterystyczne, że komunistyczne władze najbardziej obawiają się serwisów społecznościowych, które z definicji służą do łączenia ludzi. Dyktatorzy nie znoszą, kiedy ludzie mogą „gromadzić” się, choćby cyfrowo, w niekontrolowany sposób.

Bez problemu wszędzie otwierałem jednak skrzynkę pocztową i moją stronę www.piotrlipinski.pl. Działały wszystkie polskie serwisy internetowe, na które wchodziłem. Informacje w naszym języku prawdopodobnie nie wymagają cenzurowania, bo i tak są dla większości niezrozumiałe.

W Chinach i Tybecie odcięcie od serwisów społecznościowych pogłębia uczucie oddalenia od kraju.

Dobitnie czułem, że znalazłem się w obcym świecie. To tak, jakby człowiek wyjechał nie tylko za fizyczną granicę, ale jakąś cyfrową. Jakby między Facebookiem a Chinami również przebiegała granica, po przekroczeniu której człowiek znajduje się na zupełnie obcej ziemi, odcięty od swojego świata. To dość zaskakujące, bo w końcu serwisy społecznościowe wrosły w nasze życie dopiero w ostatnich latach. Jednak wniknęły tak głęboko, że usunięcie ich wydaje się niemalże zamachem na naszą wolność. To jednak przykra codzienność Tybetańczyków i Chińczyków, którzy wciąż są otoczeni wielkim murem, tym razem cyfrowym. Facebook i Twitter to owoc zakazany.

Zaskoczyło mnie, że bez problemu mogłem uruchomić Skype’a i „dzwonić” do komputera w Polsce. Może ten komunikator internetowy uznano za mniej niebezpieczny, bo nie pozwala równie szybko przekazywać wiadomości dużym grupom odbiorców, jak robią to sieci społecznościowe?

Chińska cenzura polega nie tylko na całkowitym zablokowaniu konkretnych serwisów. Dotyczy też poszczególnych stron, a właściwie haseł, które do nich prowadzą. W wyszukiwarkach zablokowane są niektóre słowa: „demokracja”, „ludobójstwo”, „Playboy”. Niekiedy blokada jest całkowita, jak w przypadku korzystania w Google. Innym razem częściowa – tak dzieje się w bardziej popularnej, miejscowej wyszukiwarce Baidu. Chińskie Baidu po prostu kieruje na w miejsca, które „demokrację” przedstawiają zgodnie ze stanowiskiem chińskich komunistów. Ponieważ Chińczycy nie mają wpływu, dokąd odsyła Google, odcinają połączenie, kiedy Internauta wpisze kluczowe słowo.

Google przeszło długą drogę od współpracy z chińskimi władzami w sprawie cenzurowania sieci do dystansowania się od tych działań.

Przeniosło się do Hong Kongu, który – choć należy już do Chin – stosuje mniej restrykcyjne prawo. Ale Google nie ma żadnego wpływu na to, że Chiny po prostu zrywają połączenia Internautów, szukających informacji na drażliwe dla komunistów tematy.

Niektórzy Chińczycy i Tybetańczycy potrafią obejść cyfrowe ograniczenia, korzystając z sieci VPN. To jednak wymaga większych niż przeciętne umiejętności. I nie pomoże, kiedy władza zdecyduje o całkowitym wyłączeniu sieci! A to zdarza się w rejonach objętych protestami. Ktoś naciska symboliczny „czerwony guzik” i internet przestaje działać.

Sieć znika też wtedy, kiedy po prostu zabraknie prądu. A to w Tybecie zdarza się dość często. W wielu hotelowych pokojach można znaleźć ważny element wyposażenia: świeczki i zapałki.

Wydaje się, że cyfrowy świat niesie poczucie wolności. Tymczasem to też poważna broń w rękach rządzących. W Tybecie wszechobecne są kamery obserwujące ludzi poruszających się po świątyniach, ulicach, placach. Obrotowe, wyposażone w doświetlenie. Ponoć niektóre z nich potrafią również podsłuchiwać rozmowy.

Za to właściwie nigdzie nie widać anten satelitarnych. Zobaczymy ich las nad najbiedniejszą arabską medyną. Ale nie w Chinach. Anteny satelitarne to nie symbol bogactwa lecz wolności.

W tybetańskich hotelach internet działa głównie w postaci kablowej. Tyle dobrego, że w pokojach są przewody do podłączenia notebooka, nie trzeba wozić swoich. Bezprzewodową sieć można spotkać czasami w okolicach recepcji. Brak szerszego wykorzystania wi-fi nie ma jednak związku z polityką, tym razem to sprawa wyłącznie opóźnienia technologicznego i gospodarczego. Tybet jest niesłychanie biedny. Tam, gdzie hotele są modernizowane, pojawia się też dostęp bezprzewodowy.

Chociaż opis cyfrowego Tybetu brzmi przygnębiająco, to wychodząc na ulicę stolicy Lhasy nie ma się wrażenia odcięcia od nowoczesnych technologii. Buddyjscy młodzi mnisi, ubrani w ciemnoczerwone szaty, uwielbiają smartfony. W każdej świątyni można zobaczyć kilku, którzy z namaszczeniem pochylają się nad ekranikami „komórek”. Ale nigdy nie można być pewnym, czy mnich jest „prawdziwy”, czy to funkcjonariusz wszechobecnych chińskich tajnych służb.

Smartfony odgrywają ważną rolę w kontaktach okupowanego Tybetu z wolnym światem.

W antychińskich protestach od 2008 roku dokonało samospalenia prawie stu Tybetańczyków. Za granicę przedostały się drastycznego fotografie, dokumentujące te wydarzenia, wykonane właśnie „komórkami”. Przekazanie tych zdjęć wymagało odwagi i pokonania barier. Kiedy Chińczycy odcinają cyfrowo całe duże obszary Tybetu, przestają działać telefony komórkowe, znika całkowicie internet. Informacje, jak przed wiekami, wydostają się tylko dzięki przenoszącym je ludziom.

Fotografowanie w Tybecie może być niebezpieczne nawet w najzwyklejszych sytuacjach. Wszędzie zabronione jest robienie zdjęć chińskim policjantom i żołnierzom. Ten zakaz obowiązuje również turystów. W najlepszym razie można stracić kartę pamięci, w gorszym Chińczyk potłucze aparat.

Wojna o panowanie nad internetem toczy się nie tylko w Chinach. Jeszcze niedawno mogliśmy cieszyć się, jak wielką rolę odgrywa sieć w rodzeniu się demokracji. „Arabska wiosna”, która zaczęła się pod koniec 2010 roku, pokazała, że serwisy społecznościowe pomagają ludziom organizować się też w realnym świecie. Facebook i Twitter ułatwiały zwoływanie antyrządowych demonstracji.

Ale to była nauczka też dla rządzących, którzy zaczęli korzystać z chińskich doświadczeń. Teraz więc syryjska dyktatura odcięła kraj od internetu, zwalając winę na terrorystów. Egipskie władze ograniczył cyfrowe kanały komunikacji. Własny, odcięty od świata, „internet” buduje ponoć Iran.

Taki internet, jaki kraj. I choć wydaje nam się to nieprawdopodobne, władze w każdym kraju mogą szybko wyłączyć sieć. Jak telefony w Polsce stanu wojennego.

Piotr Lipiński – reporter, fotograf, filmowiec. Pisze na zmianę o historii i nowoczesnych technologiach. Autor kilku książek, między innymi „Bolesław Niejasny” i „Raport Rzepeckiego”. Publikował w „Gazecie Wyborczej”, „Na przełaj”, „Polityce”. Wielokrotnie wyróżniany przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich i nominowany do nagród „Press”. Laureat nagrody Prezesa Stowarzyszenia Filmowców Polskich za dokument „Co się stało z polskim Billem Gatesem”. Bloguje na www.piotrlipinski.pl. Żartuje ze świata na www.twitter.com/PiotrLipinski. Nowy ebook „Humer i inni” w księgarniach Virtualo – http://goo.gl/ZaNek  Empik – oraz Apple iBooks – http://goo.gl/5lCGN

Dołącz do dyskusji