PeerReach – czy jest miejsce na kolejnego Klouta?

18.12.2012
PeerReach – czy jest miejsce na kolejnego Klouta?

PeerReach – czy jest miejsce na kolejnego Klouta?

Ludzie lubią statystyki, zwłaszcza dotyczące swojej osoby. W sieci jest wiele serwisów, które oferują informacje zebrane na temat nas samych i innych użytkowników sieci, a wiodącym z nich jest Klout. Kolejną stroną, która chce realizować taką funkcję, jest PeerReach. Przyjrzałem się temu, co oferuje w zakresie dostępnych statystyk i w jakiej formie je prezentuje.

Na Klout patrzę z przymrużeniem oka. Co prawda nikt nie wie, na jakiej zasadzie działają wykorzystane w nim algorytmy, a wygląda on czasami wręcz na generator liczb losowych, ale popularności w Stanach Zjednoczonych nie sposób mu odmówić. Nawet niektóre firmy “nagradzają” osoby o wysokim “współczynniku K” za pomocą nagród, chociaż ciężko powiedzieć tak naprawdę, za co. Trudno jednak oceniać podobną usługę, jaką jest własnie PeerReach, bez odniesienia się do Klouta.

Dla osób, które nie znają Klouta, krótkie wprowadzenie: to serwis, którego zadaniem jest indeksowanie i badanie aktywności wszystkich użytkowników sieci, dokładniej serwisów społecznościowych. Ich posty i reakcje na wpisy innych internautów są analizowane w celu oceny “wpływowości” użytkownika w skali od 1 do 100, a także przypisanie do konkretnych grup. Badanie aktywności odbywa się za pomocą śledzenia publicznych postów na Twitterze, Facebooku, Google+, a także LinkedIn, YouTubie, Instagramie, Flickrze i kilku innych.

Czym jest więc PeerReach? W moim odczuciu tak naprawdę niewiele nie wnoszącą kopią. Zakres badanych danych jest dużo mniejszy i obecnie ogranicza się do samego Twittera, a Facebook i Google+ oznaczone są jako coming soon. Nie trudno zauważyć, że ciężko konkurować z Kloutem, a jeśli spojrzeć na PeerReach jako narzędzie badające samego Twittera, to też niczym nadzwyczajnym się nie wyróżnia. Dajmy głos jednak samym twórcom serwisu:

Start talking about what is relevant now with the people that matter most. PeerReach analyses your connections and interactions to determine your interests, expertise and who is most relevant for you

Można odnieść wrażenie, że dzięki serwisowi poznamy ciekawe osoby, które wypowiadają się na interesujące nas tematy i posiadają zainteresowania zbieżne z naszymi. W założeniu ma też analizować listę śledzących nasze konto osób, grupując ją wedle zainteresowań.

W moim przypadku po wejściu na stronę główną widzę, że serwis zaklasyfikował mnie w grupie Webtech przypisując mi 52,320 miejsce na świecie i 17 punktów, czyli gdzieś na końcu peletonu. Szukam więc osób, które mogą mnie zainteresować, skoro serwis nie przypisał mnie do żadnej innej grupy. Po wejściu w ową grupę co widzę? Na pierwszych pięciu miejscach profile TechCrunch, Pete Cashmore (czyli Mashable), samo Google, później Wired i Engadget.  Szkoda, że są to po prostu serwisy, które śledzę przez RSS, a każda osoba interesująca się technologiami i tak zna. To nie zapowiadane wpływowe i ciekawe “osoby”. Sytuacja ta obnaża  problem Twittera, który nie rozróżnia firm i marek od profili osobistych.

Po małym rozczarowaniu i powrocie na stronę główną rzuca się w oczy wykres, który u mnie wygląda bardzo biednie. Ponieważ algorytmy wykryły, że moja publiczność na Twitterze , tak jak i ja, zajmuje się tylko tematyką Webtech, nie jest on dla mnie zbyt przydatny. Co więcej, filtrowanie followersów można podzielić u mnie wyłącznie na globalne, bądź z Wielkiej Brytanii lub Holandii. Na liście nie znajduje się Polska, co w dużej mierze przekreśla szanse strony na zagoszczenie w moich zakładkach.

Kolejna sekcja pozwala podzielić followersów na grupy, w zależności od regionu i obszaru zainteresowań, pokazując najważniejsze z nich. Niestety, u mnie składa się ona w połowie z botów, w drugiej połowie z serwisów, które dają “follow back”. Sporym minusem jest też fakt, że dane na temat profilu nie są odświeżane w czasie rzeczywistym, a to użytkownik musi co jakiś czas klikać “refresh profile”, zupełnie bez sensu.

W moim przypadku wyniki były mizerne, ale może to wina kiepskiej sieci followersów? Chciałem sprawdzić w PeerReach wyniki reszty redaktorów Spider’s Web, dzięki czemu udało mi się obnażyć słabość wyszukiwarki w serwisie. Nicki z Twittera musiałem ręczne wpisać w adresie URL, bo serwis nie rozpoznawał ani nazwiska, ani nazwy użytkownika. Wyniki były podobne do moich, a powody mogą być dwa: albo algorytm sobie nie radzi z polskim językiem, albo nasz redakcja i nasi followersi naprawdę jesteśmy tacy nudni. Ocenę pozostawiam Wam.

W naszym kraju to narzędzie jest zbędne, a jedynym jego zastosowaniem może być “sprawdzanie” obszarów zainteresowania anglojęzycznych celebrytów, dziennikarzy i blogerów obecnych na Twitterze. Czy warto się w takim razie przyjrzeć PeerReach? Moim zdaniem szkoda czasu. Doceniam atrakcyjną formę i przejrzystą nawigację, ale sensowność istnienia tego typu serwisów ładnie podsumowała Ewa w swoim wpisie o Klouchebag – karykaturze wspomnianego we wstępie Klouta.

A jeśli ktoś faktycznie jest zainteresowany “zawodowo” badaniem sieci pod kątem popularności osób w Polsce, marek i ich wpływu, powinien skorzystać z profesjonalnych narzędzi, a nie tego typu zabawek.

Musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji