Jeździliśmy w pełni elektrycznymi samochodami Renault

18.12.2012
Jeździliśmy w pełni elektrycznymi samochodami Renault

Jeździliśmy w pełni elektrycznymi samochodami Renault

Mimo wielu prognoz mówiących co innego, szybkie przejście świata motoryzacji na pojazdy elektryczne wydaje się być mrzonką. Trudno przy tym jednoznacznie określić jaka będzie przyszłość motoryzacji, jednak to raczej inne rozwiązanie zastąpi samochody spalinowe. Tymczasem na rynku jest już parę elektrycznych aut, a my mogliśmy przyjrzeć się bliżej i przejechać całą gamą samochodów linii Z.E. od Renault.

Na początek pozwolę sobie na małą dygresję blogersko-dziennikarską. Większość konferencji, spotkań i innych ciekawych wydarzeń odbywa się w Warszawie, a tym razem Renault Polska wspólnie z łódzkim dealerem Przyguccy Inter-Car postanowiło przybliżyć elektryczne auta mediom lokalnym. Taka miła odmiana cieszy, szczególnie że Łódź ma coraz więcej atutów jako miasto przyjazne biznesowi motoryzacyjnemu.

Renault nie jest jedynym producentem samochodów elektrycznych na rynku, ale oferuje już w tej chwili 3 różne modele oraz wykorzystuje bardzo ciekawy model biznesowy. Skrót Z.E. pochodzi od francuskiego Zéro Émissions. Nazwa ta oczywiście odnosi się do braku emisji dwutlenku węgla, ale dla mnie równie dobrze mogłaby oznaczać zerową emisję dźwięku. Samochody elektryczne poruszają się praktycznie bezszelestnie.

W regularnej sprzedaży, na chwilę obecną, dostępne są elektryczne wersje dostawczego Renault Kangoo (w wersji krótszej, maxi oraz van) oraz sedana Fluence. Mogliśmy przyjrzeć się mikrusowi Twizzy, którego dostępność i cena w Polsce nie są jeszcze ostatecznie potwierdzona. W przyszłym roku linia Z.E. zostanie powiększona o miejski kompakt ZOE, który poza napędem elektrycznym cechować się będzie dostępem do funkcji internetowych. Samochód umożliwi instalowanie dodatkowych aplikacji, dostęp do wiadomości e-mail, czy serwisów społecznościowych.

Aktualnie, osoby, które myślą o samochodzie elektrycznym marki Renault mogą wybierać pomiędzy Kangoo a Fluence. Już w czerwcu na łamach Spider’s Web informowaliśmy, że francuski koncern podszedł w nietypowy sposób do sprzedaży e-samochodów. Aby obniżyć cenę tego typu pojazdów, nabywca kupuje auto bez akumulatora, który jest jedynie wynajmowany przez Renault. Dzięki temu sam samochód jest tylko o kilka tysięcy droższy od wersji benzynowej. Niestety koszty abonamentu na baterię dla większości nabywców będą zbliżone do kosztów eksploatacji pojazdów o tradycyjnych jednostkach napędowych.

Cena użytkowania takiego pojazdu oraz ograniczony zasięg sprawiają, że nie są to samochody dla wszystkich. Sensowność zakupu dla klienta indywidualnego jest raczej niewielka, natomiast dla wielu firm kupno elektryka to kwestia wizerunkowa, bądź też próba zastąpienia innych niestandardowych środków transportu. Dzięki braku emisji CO2 samochody takie mogą swobodnie poruszać się po pomieszczeniach zamkniętych. W Polsce nabyciem elektrycznych samochodów Renault zainteresowane są już porty lotnicze oraz firmy energetyczne. Kilka dni po naszych testach, te same samochody testowało łódzkie przedsiębiorstwo taksówkarskie.

Jak jeździ się samochodem elektrycznym? Właściwie nie ma różnicy w porównaniu do tradycyjnego samochodu. W końcu ma on kierownicę, hamulec i pedał gazu jak każde inne auto. Jeździliśmy zarówno Kangoo, jak i Fluence, i sam komfort podróży był zależny tylko od specyfiki tych pojazdów. Kangoo, mimo zastosowania elektrycznego silnika, to wciąż kompaktowy dostawczak, natomiast Fluence to dobrze wyposażony sedan. Przy silniku elektrycznym nie ma skrzyni biegów, stosuje się za to reduktor obrotów w stosunku 1:2. Otrzymujemy więc jedynie dźwignię zmiany biegów, taką jak w samochodach z automatyczną skrzynią, ale to wyłącznie dwa biegi do przodu i wstecz. To jeden z tych elementów, do których osoba jeżdżąca samochodem z manualną przekładnią musi się przyzwyczaić. Przy silniku elektrycznym, już od 100 obrotów uzyskujemy maksymalny moment obrotowy, więc prowadząc taki samochód na pewno odjedziemy ze świateł jako pierwsi.

Kolejnym wyczuwalnym elementem jest hamowanie. Wystarczy praktycznie zdjąć nogę z pedału gazu, aby samochód zaczął silnie hamować (jednocześnie samochód odzyskuje energię). To wrażenie niczym ze słabej gry wyścigowej, gdzie w momencie, gdy przestajemy trzymać strzałkę na klawiaturze to samochód staje w miejscu. Oczywiście w przypadku prawdziwego pojazdu nie jest to tak drastyczne doznanie, ale różnica w porównaniu do klasycznego auta jest zauważalna.

Choć dziś większość najnowszych pojazdów jest świetnie wyciszona, to nie można powiedzieć, że są one bezgłośne, szczególnie dla osób znajdujących się poza samochodem. W przypadku Z.E. w środku słychać jedynie szum drogi, natomiast na zewnątrz samochód jest praktycznie niesłyszalny. To w chwili obecnej może powodować niebezpieczne sytuacje, dlatego w kolejnych modelach elektrycznych Renault montować będzie specjalne głośniki, które symulować będą jeden z dźwięków pojazdu. Co więcej, to sam kierowca będzie mógł wybrać jeden z kilkunastu rodzajów sygnału.

Zegary w Twizzy

Skoro zimowa aura za oknem to nie sposób przemilczeć kwestii ogrzewania. Silnik elektryczny nie nagrzewa się tak mocno jak ten spalinowy, dlatego w samochodach elektrycznych do ogrzewania stosuje się elektryczne grzałki. To oczywiście wpływa także na większy pobór energii.

To właśnie szybkie zużywanie się akumulatorów jest dziś największym mankamentem samochodów elektrycznych. Niska wydajność baterii doskwiera nam podobnie jak w przypadku smartfonów. Gdybyśmy dziś kupili taki samochód to analogicznie jak w przypadku współczesnych telefonów ładować musielibyśmy go codziennie. To problem, którego szybko nie rozwiążemy, co niestety przy okazji sprawia, że wcale nie jest przesądzone, czy to rzeczywiście samochody elektryczne zastąpią te spalinowe, czy nadal czekamy na rewolucje i jeszcze inną technologię napędzania pojazdów.

Jazda Renault Kangoo oraz Fluence z linii Z.E. to jak prowadzenie zwykłych samochodów, natomiast Twizzy to pojazd w pełni futurystyczny. W tym francuskim mikrusie zauroczył się już Paryż oraz słoneczna Ibiza, i to właśnie w cieplejszych rejonach Europy ma on większe szanse na sukces niż w Polsce.

Twizzy to dwumiejscowe autko elektryczne będące czymś pomiędzy samochodem, hinduską rikszą, a zwykłym skuterem. Pasażer siedzi za kierowcą; nie ma praktycznie miejsca na bagaże. Co więcej, samochód ten nie ma w drzwiach okien, co przy obecnej aurze kompletnie go dyskwalifikuje. Producent zapewnił pasażerom jedynie peleryny przeciwdeszczowe (na wyposażeniu niestety zabrakło zimowych polarów).

Twizzy na Zachodzie, a wkrótce zapewne i w Polsce, dostępny jest w dwóch wersjach. Tańsza kosztująca ok 5 tysięcy euro (+ wynajem akumulatora) ma prędkość ograniczoną do 50 km/h, natomiast model droższy o 2 tysiące euro pojedzie nie szybciej niż 80 km/h. Te ograniczenia i niewielkie kółeczka sprawiają, że jest ciekawą alternatywą tylko w śródziemnomorskich kurortach, czy zakorkowanej francuskiej stolicy. Niemniej jednak, mnie swoim wyglądem totalnie urzekł.

Samochody elektryczne jako pojazdy dla klientów indywidualnych trudno traktować dziś inaczej niż w kategorii ciekawostki. Tylko w nielicznych przypadkach zakup takiego samochodu będzie uzasadniony. Obecnie są to samochody prestiżowe zarówno dla samych producentów, jak i dużych przedsiębiorstw, które dzięki nim mogą pochwalić się innowacyjnością, ekologią itd.. Niemniej jednak, cieszy fakt, że takie projekty powstają i mogą z powodzeniem jeździć po naszych drogach. Na finiszu roku 2012 z niecierpliwością czekam, co nowego w tej materii przyniesie przyszły rok.

Dołącz do dyskusji