To (nie)skomplikowane – w obronie wytwórni filmowych

Blog Forum 27.11.2012
To (nie)skomplikowane – w obronie wytwórni filmowych

To (nie)skomplikowane – w obronie wytwórni filmowych

Nie jest łatwo bronić w internecie prawa autorskiego, a jeszcze trudniej – bronić przed niesłusznymi zarzutami wytwórnie filmowe czy muzyczne. Nawet pobieżna lektura artykułów czy – przede wszystkim – komentarzy i wypowiedzi na forach pozwala zauważyć, że aktualny wizerunek koncernów medialnych jest zadziwiająco podobny do podobizny „kapitalisty” w radzieckich filmach propagandowych.

Podobieństwo to zasadza się między innymi na kwestii ciemiężenia – w komunistycznym Związku Sowieckim „kapitalista” to obrzydliwie bogaty i nieludzko nieczuły oprawca ludu pracującego miast i wsi, a „wytwórnia” to bezosobowy, ale wszechmocny twór trzymający w szachu twórców i próbujący wyssać pieniądze z kieszeni ludzi zbyt biednych, by mogli sobie pozwolić na „dostęp do dóbr kultury”.

Budowanie antynomii internauci-wytwórnie jest bardzo praktycznym rozwiązaniem. Pozwala to bowiem na usprawiedliwianie piractwa czy – dla purystów, dla których „pirat” to jednooki mężczyzna z brodą, polujący na cudze okręty – niczym nieskrępowanej swobody dzielenia się cudzymi utworami w sieci. Skoro wytwórnie są złe, to okradanie ich (a pośrednio twórców) z użyciem takich serwisów jak MegaUpload wydaje się być czymś moralnie przynajmniej neutralnym.

Swoją drogą, zawsze mnie fascynowało, jak wiele osób pod pozornie szczytnymi hasłami hołubiącymi „wolność kultury” i swobodny do niej dostęp de facto promują dobrze funkcjonujące (przynajmniej do czasu) przedsiębiorstwa, takie jak MegaUpload czy Chomikuj. Czy ktokolwiek wierzy, że Kim Dotcom uważa za swoją misję promowanie wysublimowanej kultury filmowej Azji Środkowej? Nie, takie szemrane biznesy opierają się na hostingu popularnych plików, i nie muszę chyba udowadniać, że więcej seedów na The Pirate Bay będzie mieć hollywoodzki hit o bojowych robotach, niż koncert smyczkowy.

Zresztą, nawet jeśli uznamy, że faktycznie wymienione wyżej serwisy – oprócz czysto legalnej strony działalności – ułatwiają dostęp do niszowych, a często niedostępnych materiałów, to czy miałoby to w jakikolwiek sposób usprawiedliwiać taki model działalności? Prawna konstrukcja dozwolonego użytku wyłącza – i słusznie, z wielu względów – odpowiedzialność biernych członków pirackiej społeczności, ale czemu równie chętnie usprawiedliwiamy MegaUpload (który przecież nie był serwisem charytatywnym)?

Jednocześnie wiele osób próbuje dokonywać nieco bardziej merytorycznej oceny prawa autorskiego, zazwyczaj ograniczając się do negacji istniejącego systemu. Ale tu z kolei dochodzimy do innej kwestii – aby móc konstruktywnie krytykować, wymagana jest znajomość komentowanej tematyki, albo przynajmniej wewnętrzna chęć zrozumienia rzeczywistości. Dlatego wielce zdziwiła mnie popularność raportu omawianego we wpisie Michała Strzyżewskiego (www.spidersweb.pl/2012/11/zamkniecie-megaupload-zmniejszylo-przychody-branzy-filmowej.html ) o tym, że upadek MegaUpload rzekomo odbił się negatywnie na wynikach finansowych koncernów medialnych.

Nie trzeba być specjalistą w dziedzinie statystyki, by zauważyć, że proste porównanie kilku liczb (zachęcam do samodzielnej lektury raportu – papers.ssrn.com/sol3/papers.cfm?abstract_id=2176246 ) przy tak skomplikowanej materii jak zamknięcie jednego z wielu serwisów hostingowych wpłynęło na branżę, której produkty stanowiły część „oferty” MU jest po prostu sprzeczne z podstawowymi zasadami pracy badawczej.

Zresztą, sam raport to jedna rzecz – drugą jest to, z jakim entuzjazmem podeszły do tego różne serwisy, w tym niestety Spider’s Web. Mało kto (wyjątkowo chlubny wyjątek stanowi tekstu Marcina Przasnyskiego na Antyweb antyweb.pl/marcin-przasnyski-pseudonaukowa-praca-o-megaupload-to-megabzdura ) skupił się na metodologii raportu i tego, czy on faktycznie cokolwiek udowadnia, czy też jest zwykłą hucpą zorientowaną na wywołanie medialnego szumu. Jeszcze jakiś czas temu takie traktowanie „po łebkach” poważnej skądinąd tematyki mogłoby zdziwić, ale coraz częściej można odnieść wrażenie, że odwieczny cel mediów – przedstawianie rzeczywistości – zmierza wyjątkowo szybko w kierunku kreowania rzeczywistości.

To jest oczywiście kwestia niejako filozoficzna – skoro nie da się w krótszym lub dłuższym artykule przedstawić całej złożoności dowolnej tematyki, to rolą dziennikarza czy blogera jest dokonanie odpowiednich skrótów i uproszczenie rzeczywistości. Szkoda tylko, że wyjątkowo często to uproszczenie jest wypaczeniem – nie przybliża omawianej materii, lecz rozbija ją na lekkostrawne, ale pozbawione głębszej treści zdania.

Na tej samej zasadzie dokonywane jest uproszczenie roli wytwórni, producentów, wszelkich pośredników na rynku pracy twórczej. Niechęć do płacenia za dzieła kultury wynika może częściowo z faktu, że w dobie cyfryzacji tworzenie idealnych kopii filmu czy piosenki jest absurdalnie tanie i łatwe, a jednak dystrybutorzy wymagają od potencjalnych klientów zapłaty jak najbardziej realnych pieniędzy. Obrońcy MegaUpload nie biorą pod uwagę, że wytworzenie tych „wtórnych”, jak je często z pogardą określają, dzieł wymaga równie konkretnych sum gotówki, których nie wykładają artyści – piosenkarze, aktorzy czy reżyserzy – ale właśnie bezduszni producenci, którzy inwestują w konkretnym celu, czyli uzyskania zwrotu zainwestowanych środków.

Ale takie spojrzenie wymaga odejścia od popularnego schematu „zła korporacja – dobroduszni internauci i artyści” oraz zrozumienia, że prawo autorskie, jakkolwiek niedoskonałe, jest oparta na bardzo prostych i głęboko słusznych podstawach. Dyskusje o ewentualnych zmianach są oczywiście mile widziane, z jednym, dużym „ale”: to wszystko przy założeniu, że zgłaszane postulaty będą brały pod uwagę całokształt systemu, jego przewidywane konsekwencje, wpływ na kształt prawodawstwa przy uwzględnieniu różnic w systemach prawa poszczególnych państw, gruntowanych analiz ekon…

Żartuję oczywiście. W internecie takich merytorycznych dyskusji o prawie autorskim nie ma i nie będzie.

Dołącz do dyskusji

Advertisement