User-generated crap

Blog Forum 09.10.2012
User-generated crap

User-generated crap

Internet coraz bardziej przypomina wysypisko śmieci, na którym można od czasu do czasu znaleźć przypadkowo wyrzuconą, miśnieńską porcelanę, ale zazwyczaj trafia się na zgniłe odpadki i resztki połamanego krzesła. Na szczęście smród jest mniej dotkliwy, bo ciężko go poczuć zza ciekłokrystalicznej matrycy.

Na świecie są miliardy twórców – to jedna z tez lansowanych m.in. przez Piotra „Vaglę” Waglowskiego (prawo.vagla.pl/node/7220 ) czy Jarosława Lipszyca (jaroslawlipszyc.salon24.pl/11678,na-swiecie-sa-miliardy-tworcow-czyli-media-to-my ) w dyskusji o prawach autorskich. Z czysto prawnego punktu widzenia zapewne tak jest – jeśli utworem jest, zgodnie z ustawą – każdy przejaw działalności twórczej o indywidualnym charakterze, to nawet komentarz pod wpisem na blogu (o samym wpisie nie wspominając) czyni z jego autora Twórcę.

Szkoda tylko, że popularyzacja dostępu do Sieci (idea skądinąd słuszna) idzie w parze z ogromną ilością śmieciowych treści, generowanych (bo ciężko to nazwać kreacją) przez anonimową, internetową tłuszczę #dziecisieci. Zalew informacyjnego błota powoduje, że znalezienie wartościowych informacji w internetowym śmietniku przychodzi z coraz większym trudem.

Ale motłoch ma jedną, niezwykle istotną cechą: jest liczny. Ilość komcionautów (uwielbiam to określenie Wojtka Orlińskiego) stawia prawdziwych twórców cyfrowej treści w niezręcznym położeniu: nie można się ich pozbyć, ale należy się do nich dostosować. Ilość userów co prawda nie przekłada się na jakość, ale na ilość comiesięcznych wpływów jak najbardziej. A to, że poziom artykułowanych „myśli” stale spada…

Dyskusje w komentarzach na Spider’s Web (i nie tylko) nie spełniają właściwie żadnej cechy „dyskursu idealnego”, scharakteryzowanego przez Jurgena Habermasa (pl.wikipedia.org/wiki/J%C3%BCrgen_Habermas ). Zatrważająca ilość negatywnych emocji, niechęć do racjonalnego, logicznego argumentowania tez i twierdzeń, chęć dopasowania każdego zagadnienia do czarno-białej wizji rzeczywistości i – przede wszystkim – brak wiedzy dotyczącej omawianej tematyki zabijają chęć dyskusji.

Na jakość dyskursu internetowego negatywnie wpływa również zaskakująco częste milczenie autorów wpisów, gdy formułowane zarzuty są merytoryczne. Pomijając chlubne, choć rzadkie przypadki, redaktorzy m.in. SW niezwykle rzadko potrafią przyznać się do błędu (pomijam tutaj błędy językowe, takie uwagi są jednak ochoczo przyjmowane). Brak cenzury (nie bójmy się tego słowa), choć uargumentowany, powoduje, że wartościowe komentarze giną w zalewie fanbojowsko-hejterskiego szamba.

Nie będę ukrywał, że najbardziej fascynującym zjawiskiem w internetowych dyskusjach jest strasznie wysoki poziom emocji, zazwyczaj tych negatywnych. O ile jestem w stanie zrozumieć wzburzenie w rozmowach np. o obniżce/podwyżce podatków, o tyle nie pojmuję przyczyn, dla których komukolwiek może podskoczyć ciśnienie w „dyskusji” o wyższości iPhona Piątego nad Galaktyką Trzecią (albo na odwrót, sami wybierzcie). I nie chodzi mi tutaj, jak może się na pierwszy rzut oka wydawać, o moją osobistą niechęć do poznania czyjegoś zdania, opinii – ale opinię od hejtu dzieli odległość roku świetlnego. Nadmiar emocji szkodzi rzetelności, i ze swojej natury zabija obiektywizm.

Ale wracając do treści generowanej przez użytkowników, nie sposób nie zauważyć, pojęcie „twórczości” zdewaluowało się. Jeśli twórczością jest każdy głupawy wpis na blogu, każdy komentarz z tezą wyssaną z palca i okraszony argumentum as personam, to należy zastanowić się nad rewizją tego pojęcia. Anglosasi – ludzie praktyczni, jak na potomków protestantów przystało – używają określenia „zawartość”, co jest dużo bliższe rzeczywistości i realnej wartości treści produkowanej masowo przez rzesze komcionautów.

Dlatego też tak mało wpisów z Blog Forum utkwiło mi w pamięci: większość z nich nie jest warta uwagi. Chlubne wyjątki, takie jak felietony Brunona Bierżeniuka – dobre merytorycznie i językowo, stanowią potwierdzenie reguły. Reguły, która głosi, że pisanie (w dowolnej formie) wymaga doświadczenia, wiedzy i umiejętności co najmniej dobrego posługiwania się słowem pisanym.

W przeciwnym wypadku mamy do czynienia z Web 2.0.

Dołącz do dyskusji