Outlook bez spersonalizowanych reklam. Jak Microsoft chce na tym zarobić?

02.08.2012
Outlook bez spersonalizowanych reklam. Jak Microsoft chce na tym zarobić?

Outlook bez spersonalizowanych reklam. Jak Microsoft chce na tym zarobić?

Microsoft już podczas rejestracji konta na Outlook.com daje użytkownikowi do zrozumienia, że jest dużo bardziej przyjazny, niż Gmail. Obiecuje, że nie będzie przetwarzał danych, w tym treści maili, by serwować spersonalizowane reklamy. To miłe z jego strony, ale w takim razie jak chce zarobić na swoich użytkownikach?

Uruchomiony właśnie Outlook.com w wersji beta zrobił na mnie bardzo dobre wrażenie. Migracja konta z Hotmaila to raptem kilka klików myszki. Schludność, czytelność i wygoda interfejsu to jego niewątpliwe atuty. Integracja z Office, Skype i SkyDrive to miód na moje serce. Na webmaila co prawda zaglądam rzadko: na swoim komputerze mam zainstalowanego Outlooka 2010 i nie dam się namówić na żadne webowe odpowiedniki jeszcze przez długi czas. Ale z rzadka zaglądać na udany webmail jest dużo lepiej, niż z rzadka zaglądać na ten spartolony. Jedyne, co mnie ubodło, to konieczność wykonania fabrycznego resetu mojej Lumii 800. Niestety, tak jak Android, Windows Phone 7 nie pozwala na usunięcie domyślnego konta powiązanego z telefonem. Mógłbym co prawda dalej operować na hotmailowym aliasie, ale chciałem zachować spójność. To jest zdecydowanie do poprawy. Tak jak obsługa polskich czcionek i kilka mniejszych bugów.

To, co jednak zwróciło moją uwagę, to komunikat witający mnie przy rejestracji. Aplikacja informuje mnie, że „to ja kontroluję moje dane, a moja korespondencja nie jest przetwarzana by móc generować reklamy”. Czytelny atak na Gmaila. Warto też dodać: symboliczny. Microsoft i tak przetwarza pocztę chociażby po to, by zdeterminować, czy przysłany do mnie list należy umieścić w skrzynce odbiorczej, czy spamie. Miły, ale głównie wizerunkowy ruch, mający zachęcić do Outlooka zmęczonych wścibstwem Google’a.

Sama deklaracja jest jednak dość zaskakująca. Następca Hotmaila jest w pełni darmowy. Jest dobrze zrobiony. Obsługuje już teraz ponad milion użytkowników. To wszystko kosztuje. By zwrócić poniesione koszty i zarobić na tym wszystkim, giganci tacy, jak Facebook i Google dokładnie profilują swoich użytkowników i sprzedają dane na ich temat reklamodawcom. Dla nich to bezcenne dane, bo dzięki nim mogą serwować reklamy produktów i usług, które mają szansę mnie zainteresować. Reklamy na Outlook.com, jak rozumiem, będą generyczne. A więc tanie.

Fakt faktem, nawet jeśli miejsce reklamowe na Outlooku będzie nieporównywalnie tańsze, to Microsoft i tak ma szanse na tym zarobić. Ciężko mi tu podać jakiekolwiek estymacje finansowe, bo nie mam odpowiednich danych rozliczeniowych, ale wiem jedno: Hotmail (który po testach Outlooka będzie do niego całkowicie zmigrowany) odnotował w czerwcu 325 milionów unikalnych użytkowników (według comScore). Widownia jest więc olbrzymia, żaden inny webmail, nawet Gmail, nie może się pochwalić takim wynikiem.

Po pierwsze, informacja Microsoftu o braku skanowania korespondencji jest nieprecyzyjna, żeby nie powiedzieć nieprawdziwa. Jak stwierdził Bruce Hal, dyrektor generalny Windows Live i Internet Explorer, webowy Outlook rozróżnia korespondencję od newsletterów. Korespondencja z twoim klientem, dziewczyną, szefem czy kimkolwiek nie będzie przetwarzana. Ale leżeli subskrybujesz, na przykład, hipotetyczny newsletter Spider’s Web, gdyby takowy istniał, Outlook będzie wiedział, że interesuje cię elektronika użytkowa. Nie podoba mi się to. Nie fakt skanowania, a to, że Microsoft o tym nie wspomina. Mógłby, bo przecież nie ma w tym nic złego. Hall nie miał żadnych oporów by odpowiedzieć mi na to pytanie, nikt nie robi z tego żadnej tajemnicy. A mimo to informacja przekazywana klientom może zostać „źle” zrozumiana. Cudzysłów, bo dla mnie „korespondencja” uwzględnia również newslettery, i również ten komunikat „źle” rozumiem.

Newslettery to jednak wciąż bardzo mało w porównaniu do tego, co robi konkurencja. Gdzie tkwi haczyk? W tym, że cel webowego Outlooka dla Microsoftu jest inny, niż konkurentów. Tak przynajmniej tłumaczy Hall. Nie jest on pomyślany jako samodzielny twór (aczkolwiek, rzecz jasna, może być tak wykorzystywany). To uzupełnienie Windows Phone, Windows RT i Windows. Outlook ma być więc jak najlepszą platformą, by mógł na niej zarobić Microsoft. Outlook ma być jak najlepszą platformą, by zachęcić użytkowników do korzystania z software’owych produktów Microsoftu, na których zarabia.

Cwane. Jak się okazuje, Outlook nawet nie jest nadzorowany przez dział usług online, pod który podlegają Bing i MSN. To część działu Windows Live. Tym bardziej cwane, że Microsoft zaczyna rozumieć swoje słabości. W branży online idzie mu co najmniej beznadziejnie. W branży software’owej zjawiskowo dobrze. Gigant stawia więc na swoje mocne strony. Outlook.com jest środkiem nie do sprzedaży reklam, a do sprzedaży oprogramowania. A to, że przy okazji jest kolejnym internetowym przyczółkiem Microsoftu jest bonusem, a nie celem.

Bardzo cwane.

Maciek Gajewski jest dziennikarzem, współprowadzi dział aktualności na Chip.pl, gdzie również prowadzi swojego autorskiego bloga.

Dołącz do dyskusji

Advertisement