Cały internet jest w wiecznej wersji beta

11.07.2012
Cały internet jest w wiecznej wersji beta

Cały internet jest w wiecznej wersji beta

Autorem tego gościnnego wpisu jest Piotr Grabiec

Pomysł na ten tekst pojawił się w mojej głowie już z pół roku temu. Co najgorsze, to z upływem czasu zyskuje on na aktualności, zamiast tracić. Wyścig producentów i developerów na nowe wersje sprzętu i oprogramowania sprawia, że jako użytkownik końcowy dostaję produkt wiecznie zabugowany, a aktualizacje rozwiązując jeden problem powodują kolejny. Pal sześć, gdy są to usługi bezpłatne, gorzej – gdy jest to oprogramowanie do telefonu, lub aplikacja, za które zapłaciłem niemałe pieniądze. Oczekuję wtedy niezawodności, ale niestety muszę ratować się własnymi kopiami zapasowymi i trzymać w pogotowiu alternatywy dla używanych programów i usług. 

Z racji wykonywanej pracy oraz hobby testuję wszelkie nowinki techniczne jakie wpadną mi w ręce. Począwszy od smartfonów i tabletów, przez rozmaite aplikacje mobilne, na usługach webowych skończywszy. Wiele z nich zaadaptowałem i zdecydowałem się z nich korzystać na co dzień. Niestety coraz częściej wszystkie te usługi po kolei potrafią bez wyraźnego powodu się wykrzaczyć, zawiesić, zgubić dane lub coś pomieszać. Pewnie ktoś mi powie, że przesadzam, ktoś inny że nie mam nic lepszego do roboty, to narzekam – ok, dziś to ja mogę być “naczelnym narzekaczem” .

Z pamiętnika geeka

W przeciągu ostatnich paru(nastu) dni spotkało mnie naprawdę sporo niemiłych niespodzianek, m.in:

– aktualizacja mobilnego Pocket zepsuła możliwość udostępniania linków. Będąc poza domem nie mogłem swoich linków nawet wyświetlić w przeglądarce;

– mobilny Facebook na smartfonie sam z siebie się wylogował. Przez dłuższą chwilę nie mogłem sprawdzić nawet nieprzeczytanych wiadomości i musiałem poświęcić kilkanaście minut na ponowne połączenie kontaktów;

– od konferencji Google I/O i wprowadzeniu wydarzeń w Google+ ciągle dostaję masę powiadomień, których nie mogę wyciszyć;

– kupione w Google Play GTA III dla Androida po kilkukrotnych próbach instalacji poleciało do śmieci. Poddałem się, a ciągłe błędy nie pozwoliły jej pobrać;

– iTunes (w wersji na Windowsa) pomieszał mi coś w bibliotece plików i usunął kilka MP3. Dobrze, że mam kopię na Dropboksie;

– nie obejrzałem konferencji Google I/O, bo mobilny YouTube nie odpalił streamingu live;

– musiałem wyczyścić telefon do ustawień fabrycznych, ponieważ HTC popsuło coś w ustawieniach tapety i rozjeżdżała się niemiłosiernie;

– rozszerzenie Pocket do Chrome zgubiło część zapisanych artykułów;

– aplikacja i serwis od Dark Horse miały awarię. W wolnym czasie nie mogłem poczytać zakupionych wcześniej komiksów;

– mobilny Messenger Facebooka po aktualizacji nie pozwalał przez cały dzień przesyłać obrazów;

– aplikacja do iMediaShare Lite do DLNA zawiesiła mi… telewizor. Musiałem wyciągać wtyczkę z gniazdka;

– sporą awarię Instagramu mógłbym pominąć, bo bez tej aplikacji w sumie mogę żyć;

-Więcej bugów nie pamiętam, ale z pewością to nie wszystko.

Większość wymienionej z listy problemów można wykryć w kilka minut po uruchomieniu aplikacji lub wejściu na stronę internetową serwisu. Były też niezależne ode mnie, a ja mogę jedynie czekać aż developer naprawi swój błąd wraz z kolejną wersją. Zastanawia mnie, jak wygląda w takim przypadku proces udostępnienia wadliwej aktualizacji programu. Czy ktoś uznał, że testowanie aplikacji jest niepotrzbne? A może zauważył błędy, ale i tak wypuścił aktualizację “bo harmonogram, bo szef gonił, bo cośtam”? Z jednej strony to rozumiem: użytkownicy sami zgłoszą błędy, nie trzeba płacić betatesterom, a kolejny numerek oprogramowania będzie można wypuścić ten dzień szybciej…

1.0 Beta?

Kiedyś był bardzo wyraźny rozdział: produkt w wersji finalnej, pozbawiony większości błędów, oraz wersje alpha bądź beta, przeznaczone dla osób, które zdecydowały się korzystać z nowych funkcji biorąc pod uwagę perspektywę awarii. Teraz mam wrażenie, że wszystkie usługi i serwisy z których korzystam z powodu za dużej konkurencji zrezygnowały z tych stabilnych wersji. Użytkownik, oczywiście “w imię wprowadzenia nowych, świetnych funkcji i lepszych wrażeń z użytkowania serwisu/aplikacji”, dostaje po prostu produkt niepełny.

Disclaimer: Jeśli chcecie mi powiedzieć, że wąskim gardłem jest tutaj nie software, a user, to prawie bym się z Wami zgodził – ale praktycznie każdy z tych problemów, które wymieniłem zgłaszali znajomi. A ich istnienia wyszukiwarka Google jest zazwyczaj świadoma jeszcze zanim ją o to spytam.

Powyższa lista to i tak nic przy tym co działo się przy wprowadzeniu Google Plus – tym ruchem gigant narobił mi poważnego bałaganu w kontaktach i byłem bardzo szczęśliwy z powodu posiadania kopii zapasowej. Regularnie bywają dni, gdy cała przeglądarka Chrome przestaje mi odtwarzać filmy na YT. Nowo dodane kontakty z poziomu telefonu nie zostaną zapisane na serwerze, czasem zgubię gdzieś zakładki. Kiedyś znikło mi kilka godzin pracy w Google Docs – i ja to rozumiem, jak zdarzy się raz na rok. Ale raz w tygodniu? Jak na tych komórkach, komputerach i tym internecie mam polegać? Mimo całej mojej sympatii do Androida i Gmaila, mam wrażenie, że ze wszystkich firm “najbardziej beta” jest właśnie Google.

Smartfony i tablety

Jeśli już przy Androidzie telefonach jesteśmy, to jest jeszcze gorszy problem. Serwisy takie jak Facebook i Google+ nic nie kosztują, więc ciężko mi tutaj wymagać bezawaryjności. Jednak w przypadku, gdy płacę niemałe pieniądze za telefon komórkowy, to naprawdę chciałbym, aby działał on bezproblemowo. Prywatnie nigdy nie miałem większych problemów z oprogramowaniem (nie licząc sytuacji “na własne życzenie”, czyli po zrootowaniu urządzenia) – ale przecież Antennagate w iPhonie miała miejsce. To fakt, że posiadacze Wildfire S dostali wadliwą aktualizację od HTC powodującą problemy z łącznością WiFi. Maciek Gajewski na łamach Spider’s Web wielokrotnie wspominał o swoich problemach z pierwszym Galaxy S od T-Mobile. Sam byłem świadkiem, gdy testowany przeze mnie Galaxy Tab 10.1 nie potrafił odtworzyć filmu w oficjalnej aplikacji YouTube, na co nie było fixa. W takich przypadkach już nie chodzi o problem fragmentacji, bo to osobny temat. Producenci sprzedają, za niemałe pieniądze, niedopracowany sprzęt. Nawet Nokia, która prowadziła akcję “nie bądź betatesterem” miała wpadkę z krótko trzymającą baterią. Najgorsze jest to, że nie ma alternatywy i wpadki zdarzają się u wszystkich wiodących producentów.

(nie)świadomy betatester

Jestem/byłem zwolennikiem aktualizacji automatycznych. Zwłaszcza, że pamiętam czasy kilka lat temu, gdy nie dbałem o to, jakiej wersji oprogramowania używam. Często wymieniałem się ze znajomymi płytkami z przestarzałymi wersjami plików .exe Adobe Readera czy WinAmpa. Dziś programy same krzyczą, żeby je zaktualizować, a w przypadku przeglądarki Google Chrome już od dawna nie mamy nawet wpływu na aktualizacje. Tak samo jest w przypadku webaplikacji takich jak Facebook czy Gmail – po otwarciu przeglądarki zostajemy po prostu zaskoczeni nowym interfejsem. Wszystko byłoby w porządku, gdyby te aktualizacje były wcześniej sprawdzone – dwa lata temu, gdy używałem przeglądarki Chrome z kanału beta lub dev, bo chciałem mieć szybciej dostęp do nowości. Nie miałem żadnych zastrzeżeń, jeśli przeglądarka uraczyła mnie uroczym komunikatem “Kurza twarz! Google Chrome się zawiesił”, ale gdy to samo widuję po przejściu na wydanie stabilne, to po prostu coś jest nie tak. Doszło do tego, że jeśli mam wybór, to często przed aktualizacją pytam znajomych i sprawdzam w Google, czy jest ona “bezpieczna”. Z tego powodu wyłączyłem aktualizacje automatyczne w telefonie i za każdym razem po aktualizacji aplikacji, których używam do pracy (Catch Notes, Pocket, Google Drive, Dropbox) lub w inny sposób polegam na nich (aplikacja banku, PKP lub JakDojade.pl) uruchamiam ją i nerwowo sprawdzam, czy wszystkie funkcje działają.

Wyścig bez mety

Dotarliśmy do momentu, gdzie w tym całym wyścigu o nowe funkcje i nowe udogodnienia dla użytkownika, ten sam użytkownik stanął na szarym końcu i przestał kogokolwiek obchodzić. Zdecydowanie wolałem internet te kilka lat temu, gdy aktualizacje np. przeglądarki wychodziły nie co kilka dni, a co kilka miesięcy – ale przy okazji nie resetowały mi zakładek i nie powodowały zawieszania się całego komputera (jak to ostatnio miało miejsce w przypadku Google Chrome i konkretnego modelu Maca).

Ameryki nie odkryłem. Wiem, że nie tylko ja mam takie problemy. Wiem, że producenci muszą się ścigać z czasem, bo konkurencja nie śpi, a za każdym takim błędem stoi przyczyna w braku czasu, braku dolarów, złotówek i euro. Po prostu tyle się mówi o tym całym społecznościowym web 2.0… a tak naprawdę wciąż czekamy na stabilny Internet 1.0RC.

 

Piotr Grabiec (pgkrzywy) – Redaktor pcworld.pl oraz androidlife.pl, bloger na pgkrzywy.pl. Entuzjasta ery postPC, web 2.0 i Social Media, a przy tym trochę geekowaty fan Androida i Gwiezdnych Wojen.

Musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji

Advertisement