Google Wave: żegnamy absolutnie bezkonkurencyjną usługę

02.05.2012
Google Wave: żegnamy absolutnie bezkonkurencyjną usługę

Google Wave: żegnamy absolutnie bezkonkurencyjną usługę

Wczoraj pożegnaliśmy jedną z najużyteczniejszych usług Google w całej jego historii. Przez pewien czas była ona podstawą pracy redakcji Chip.pl. Fenomenalne, niezastąpione narzędzie z niezrozumiałych dla mnie przyczyn zostało porzucone praktycznie tuż po debiucie. Pa, pa, Google Wave…

Z usług Google korzystam bardzo różnie. Bardzo często wykorzystuję Wyszukiwarkę i Mapy z uwagi na to, że w Polsce realnych alternatyw brak. Jeśli chodzi o resztę usług Google, raczej preferuję rozwiązania konkurencji. Było jednak takie narzędzie, które nie tylko było bezkonkurencyjne w Polsce, ale i na świecie, a jego nieudolne imitacje posiadały raptem małą część funkcji oryginału. Mowa tu o Google Wave.

Wave to usługa pozwalająca na jednoczesną, wspólną pracę kilku użytkowników nad danym projektem. Jestem przekonany, że możliwości kolaboracji w Dokumentach Google to właśnie efekt doświadczeń przy pracy i testach Wave’a. Ciężko jednak oba narzędzia porównywać. Dokumenty Google to klasyczny edytor tekstu, arkuszy kalkulacyjnych czy prezentacji. Wave nie był tak wyspecjalizowany, to było bardziej narzędzie do edycji… czego chciałaś lub chciałeś. Wspaniałe narzędzie do wspólnego kreowania nowych treści, nowych pomysłów, do przeprowadzenia burzy mózgów. Podstawa pracy redakcji Chip.pl. Próbowaliśmy wielu alternatyw. Niestety, nie były nawet w połowie tak dobre.

Historia Wave’a była burzliwa i niestety dość krótka. Usługę zaprezentowano 27 maja 2009 roku na konferencji I/O. We wrześniu tego samego roku 100 tysięcy ochotników zostało wylosowanych do testów usługi. 19 maja 2010 roku Wave był już otwarty i dostępny dla wszystkich (były niestety problemy z dostępnością dla kont Google Apps, ale to już u Google’a smutna tradycja). Można było do usługi doklejać własne wtyczki. Radość trwała jednak krótko.

4 sierpnia 2010 roku, czyli raptem w niecały kwartał po premierze, Google zapowiedział, że Wave… nie będzie już rozwijany. Serwery będą jednak dalej czynne a usługa utrzymywana. Ale, niestety, i to nie potrwało długo. 22 listopada ubiegłego roku Google ogłosił, że warto powoli się z Wave’a wynosić, bowiem od lutego usługa będzie dostępna w trybie tylko do odczytu, a od dziś nie będzie dostępna wcale. Google dotrzymał obietnicy. Wave nie żyje. Istnieje co prawda jego otwarta, okrojona wersja, udostępniona przez Apache Software Foundation pod nazwą Wave in a Box. Ale owa wersja cierpi na dokładnie to samo, co konkurencja: brakuje wielu kluczowych funkcji.

Nigdy nie podano powodów zamknięcia Wave’a. Czyżby był zbyt drogi? A może w jakiś sposób „przeszkadzał” w promowaniu Dokumentów Google? A może moi znajomi, koledzy i recenzenci stanowili nastawioną entuzjastycznie mniejszość, a większość usługę miała w nosie? Tak, czy inaczej, wielka szkoda.

Swoją drogą, jakbym był przesądny, obarczyłbym winą… nazwę usługi. „Wave” to termin z genialnego* serialu science-fiction Firefly. Owe „fale” to metoda wideorozmów. Emisja serialu została zakończona przed zakończeniem pierwszego sezonu, bez podania konkretnej przyczyny. I tak samo skończył Google Wave. Mam nadzieję, że kiedyś powróci, w ramach Dokumentów Google. Był i jest bezkonkurencyjny.

*Wyobraź sobie serial o przygodach Hana Solo (ale bez licencji na Gwiezdne Wojny), pomieszaj science-fiction z westernem, dodaj do tego charakterystyczne, barwne postacie i inteligentny scenariusz i… jeszcze to czytasz? Czemu już nie zamawiasz Blu-ray z serialem?

Maciek Gajewski jest dziennikarzem, współprowadzi dział aktualności na Chip.pl, gdzie również prowadzi swojego autorskiego bloga.

Dołącz do dyskusji

Advertisement