Avengers to ostateczny pokaz bezsilności kinematografii

16.05.2012
Avengers to ostateczny pokaz bezsilności kinematografii

Avengers to ostateczny pokaz bezsilności kinematografii

Uwielbiam kino. Bywają tygodnie, w których odwiedzam ulubione sale kinowe kilka razy. Niestety w ostatnich miesiącach coś się zmieniło. Zmieniło zdecydowanie na gorsze. Bilety są coraz droższe, cena popcornu i innych dodatków to już w ogóle ponury żart. Do tego liczba reklam, marketingowego przepychu, który w każdej możliwej sytuacji bije z ekranu. Pytanie ile można? Gdzie jest granica?

Oprócz tego, że kocham kino, jestem nałogowym domowym kinomaniakiem. Na bieżąco zarywając noce oglądam kilkanaście, czasem kilkadziesiąt seriali w jednym sezonie. Wciąż powiększam kolekcję płyt DVD (na chwilę obecną jest ich ponad 100 sztuk). Lubię o filmach rozmawiać, lubię o nich czytać, uwielbiam je oglądać, ale w ostatnim czasie szczerze boję się angażować w kolejne seanse.

Coraz więcej filmów okazuje się koszmarem i tragicznym rozczarowaniem. W tym roku było już tak kilkukrotnie. Oglądałem Sherlocka, Johna Cartera, ostatnio miałem nieprzyjemność oglądać Avengers – film, do którego przygotowania trwały ładnych kilka lat. Marketingowa maszyna promowała go przy okazji każdego dzieła bazującego na postaciach ze stajni Marvela. Apetyt rósł w miarę jedzenia. Po świetnych obydwu częściach Iron Mana, po bardzo dobrym Hulku z Edwardem Nortonem, po kilku innych filmach, które może nie były najwyższych lotów – apetyt rósł.

Dodatkowo zapowiadano, że pod względem efektów specjalnych, reżyserii oraz innych parametrów, które mają wpływ na odbiór filmu, Avengers będzie przełomem. W związku z tym wszystkim miałem nadzieję, że obejrzę dobrą hollywódzką produkcję. Miałem nadzieję, że po jej obejrzeniu nie będę zażenowany jej jakością. Pozytywne recencje, wpisy znajomych na Facebooku, to wszystko sprawiło, ze idąc do kina miałem naprawdę spore oczekiwania.

Skończyło się na tym, że obejrzałem marną komedię, pastisz, w którym “poważnych” komiksowych bohaterów z olbrzymim potencjałem zmieniono w stado pajaców, z których każdy musiał zabłysnąć lepszej lub gorszej jakości poczuciem humoru. Efekt tego był taki, że zamiast filmu w stylu akcji i science-fiction obejrzałem komedię dla nastolatków połączoną z czymś w rodzaju “Transfomers”. Rzecz w tym, że w filmie Michaela Baya nikt nie próbował udawać, że dzieło jest czymś więcej niż tylko kilkudziesięciominutową dawką ekstremalnej technologicznie i wizualnie jazdy. Nawet efekty specjalne w Avengers były momentami tak słabe, że aż bolało serce. Efekt 3D miał wbijać w fotel, a był kompletnie niezauważalny. Wielka bitwa, która zapowiadana była na epicki pojedynek pomiędzy dwoma światami (Ziemia kontra Asgard) wyglądała jak marna kopia prawdziwej wymiany ognia z wyżej wspomnianego Transformers.

Dlaczego o tym piszę? Dlaczego w ogóle tekst tego rodzaju pojawia się na łamach Spider’s Web? Otóż jeżeli kino ma dalej iść tą drogą, jeżeli efekty specjalne (swoją drogą i tak słabe) mają maskować to, że twórcy robią firmy tak jakby kierowali je do osobników z IQ na poziomie pierwotniaka, to bardzo proszę – wolno im. Ale po co w takim razie wciąż pompuje się temat najnowszych rozwiązań technologicznych? Po co tworzyć telewizory z krystalicznie czystym obrazem, skoro nawet twórcy tych obrazów nie szanują swoich odbiorców? Przecież do średnich efektów wystarczą średnie telewizory…

Z drugiej jednak strony fakt, że Avengers zarobili ponad miliard dolarów w niespełna dwa tygodnie znaczy, że ludzie są coraz mniej wymagający. Efekty specjalne wcale nie muszą być najlepsze, gra aktorów wcale nie musi być olśniewająca – wystarczy wyłożyć miliony dolarów na marketing i na pewno się uda.

Ostatnia nadzieja, mimo długiej listy interesujących premier, w The Dark Knight Rises. Jeżeli również tam technologia zostanie zepchnięta tylko i wyłącznie do roli marketingowej, jeżeli Nolan przy wykorzystaniu technologii IMAX w największym jak do tej pory stopniu (w sumie około 50 minut filmu ma być pokazane w tej technologii) nie udowodni, że kino mimo swojego technologicznego przepychu może być ciekawe, dobre, po prostu warte oglądania to znaczy, że nie ma ratunku dla jakości kina. Jeżeli i w tym przypadku będziemy mieli do czynienia z podobnym poziomem, oznaczać to będzie, że prawdziwego kina w masowej skali już nie ma.

A może po kilku takich filmach dojdzie do sytuacji, w której ludzie stracą cierpliwością i kino będą odwiedzać coraz rzadziej.

Tagi: , , ,

Dołącz do dyskusji