Z wycieczki do Doliny Krzemowej i Cupertino

02.04.2012
Z wycieczki do Doliny Krzemowej i Cupertino

Z wycieczki do Doliny Krzemowej i Cupertino

Autorem wpisu jest dobry kolega Spider’s Web Błażej Marciniak, CEO startupu eMBT.

Przypomina mi się stary kawał z Andropowem i strefami czasowymi. ‘Jetlag is a b**ch, budzisz się o 3ciej rano i nie ma spania’. W pewnym momencie, po przeczytaniu i odpisaniu na wszystkie maile, byłem bliski czytania spamu. Teraz jest 3:27 rano i przestawiam się ponownie o 9 godzin do przodu po powrocie z ponad dwutygodniowego wyjazdu do Doliny Krzemowej.

Opracowaliśmy w naszym startupie nową technologię gatelessvpn – GVN, będącą połączeniem VPN z P2P. Właśnie na niej opiera się nasz projekt PrivacyProtector. Pojechaliśmy do Doliny Krzemowej z inwestorem po opinie i weryfikację naszych pomysłów. Właśnie tak to działa: “poproś o pieniądze – dostaniesz radę, poproś o radę – dostaniesz pieniądze“.

Zaczęliśmy od BlackBox – to takie gniazdo dla startupów, gdzie się szkolą i szlifują swoje pomysły. To naprawdę najlepsze miejsce do startu na wycieczkę po Dolinie – Atherton jest położone w połowie drogi między San Francisco a San Jose, po sąsiedzku jest Stanford, Palo Alto, Mountain View, Sunnyvale, oraz Cupertino. I najlepsze: kto zarządza BlackBox Mansion? Glennskii z zespołu Blenders!

Tu łatwiej się umówić na spotkanie z ciekawymi ludźmi, jak na przykład Dave McClure ze 500 Startups, który zwykł mówić: “Don’t do a fucking start-up, it is a bad idea you idiots!“. To naprawdę świetny gość 😉 Podstawą jest networking – ludzie znają ludzi i w ten sposób możesz się spotkać z prawdziwymi autorytetami w swojej branży. Pomagają też FoundersNetwork i LinkedIn.

 

Poza tym spotkania, dużo spotkań, najlepiej 3-4 dziennie. Jeśli poważnie myślisz o swoim pomyśle, musisz go wystawić na miażdżącą krytykę i spojrzenie przez pryzmat widzenia innych ludzi. Jak pomysł (i ty sam) przetrwasz, to znaczy że jest w tym coś wartościowego. My także “pivotowaliśmy” z naszym pomysłem tak długo, aż kolejne osoby, które go słyszały zaczęły kiwać głowami z uznaniem zamiast nimi kręcić.

Oczywiście będąc tak blisko Cupertino nie mogliśmy sobie odmówić odwiedzenia Apple. Pojechaliśmy po pracy, w sobotę. Lało jak cholera. Podjeżdżamy do Apple, a tam… zamknięte wszystko na cztery spusty. No jasne, kto by pracował w sobotę mając tyle na koncie? I jeszcze w deszcz 😉

Wróciliśmy w poniedziałek po południu. Tym razem przywitał nas piękny słoneczny dzień. Na parkingu, obok klasyki amerykańskiej motoryzacji, same elektryczne Tesle, Nissany i BMW, oraz stacje do ich ładowania. Mam znajomego z poprzedniej firmy z “wewnątrz” budynku Apple’a. Miałem nadzieję, że nas oprowadzi, ale pech chciał, że był w tym tygodniu w Irlandii.

Spacer wokół campusu zrobił na mnie duże wrażenie – końcu spacerowałem tymi samymi chodnikami, którymi przechadzał się Jobs. Steve Jobs. Niedawna lektura jego biografii odczarowała mi go nieco jako człowieka z wadami jak wszyscy. Jednak będąc tutaj w Curpertino widać wyraźnie, że koleś zostawił po sobie niezwykłe dziedzictwo w branży komputerowej, muzycznej, filmowej i książkowej.

Zajrzeliśmy do Company Store tuż obok. Miałem nadzieję wybrać jakiś gadżet dla syna. Tu kolejna niezbyt miła niespodzianka – jak to się mówi: “I was not amazed”. Naprawdę nie było z czego wybierać i jakość wykonania była kiepska. Może jestem zepsuty tym, że moja żona w swojej firmie zajmuje się programami lojalnościowymi i wiem jakie naprawdę fajne gadżety firmowe można zrobić, ale po Apple spodziewałem się nieco więcej.

Może być to też pochodną faktu, że Amerykanie generalnie nie przywiązują wagi do ubioru i na ulicach widać, jak niektórzy bardzo się starają to udowodnić… Zabrałem na wyjazd marynarkę i nie założyłem jej ani razu. Nawet koszule wydawały się niepotrzebne. Z jednej strony dobrze to świadczy o braku przywiązywania wagi do takich pozorów jak wygląd, ale wyznaję starą zasadę, że ubiór jest formą wyrazu szacunku dla osoby, z którą się spotykam. Pewnie wyrzuciłbym więc młodego Jobsa za drzwi, kiedy przyszedłby na spotkanie boso i nogi położyłby na biurku.

Jedno trzeba przyznać – Apple wytworzył w Kalifornii bąbel “swojej rzeczywistości” – na spotkaniach są same MacBooki, laptop PC jest zjawiskiem rzadszym niż u nas Mac. Kiedy byłem w Stanach w 2006 roku, 9 na 10 osób na ulicy miało Motorole z klapką, teraz praktycznie wszyscy mają iPhone’y. Apple zrobił świetną robotę przekonując klientów w każdym przedziale wiekowym do swojego produktu. Ja też wolę iPhone’a, choć cieszy mnie rozwój Androida, ponieważ konkurencja jest zawsze dobra dla klientów i każdy może wybrać to, co mu odpowiada.

Dołącz do dyskusji

Advertisement