Rok z Ubuntu – nie wracam do Windowsa
Mija rok, odkąd na poważnie zaczęłam używać Ubuntu, w zasadzie jako nie tylko podstawowego, ale i jedynego systemu. Do Ubuntu przekonała mnie dopiero wersja 11.04 (już w becie), ponieważ ona pierwsza opierała się na interfejsie Unity. To właśnie Unity był tym, czego wtedy poszukiwałam: świeżością i innym podejściem do systemu. Po tym roku mogę powiedzieć śmiało, że nie wyobrażam sobie już życia bez Ubuntu i powrotu na Windowsa.
Zdaję sobie sprawę, że Ubuntu nie jest dla wszystkich. Niestety część komputerów nie jest dobrze wspierana, nie da się też korzystać a Microsoft Office, Photoshopa czy Lightrooma etc. Ja jednak mam chyba szczęście, bo oba komputery, z których korzystałam przez ten rok są lepiej obsługiwane przez Ubuntu niż Windowsa, a ponieważ bez problemu znajduję odpowiedniki wszystkich programów, które używałam (plus więcej), to korzystanie z tego systemu jest dla mnie przyjemnością.
W kwestii sterowników do sprzętu nie miałam żadnego problemu. Na netbooku Ubuntu lepiej dogadywało się z portami USB, które potrafiły ładować sprzęt w stanie hibernacji czy lepiej obsługiwano touchpada dodając mu obsługę multitouch bez dodatkowego kombinowania, jak to było na Windowsie. Toshiba R700 o dziwo też radzi sobie lepiej z Ubuntu. Porównanie instalacji czystego Ubuntu a czystego Windowsa to niebo a ziemia. Znalezienie sterowników do karty sieciowej czy modemu 3G na “Siódemce”, bo oczywiście nic nie działa od razu po długiej instalacji? Życzę powodzenia. Z Ubuntu jest całkiem inaczej. Po pierwszym uruchomieniu systemu w magiczny sposób wszystko działa, nawet ten nieszczęsny modem od Ercissona. Więcej: ma już wpisane, gotowe polskie APNy, tylko wybrać i używać.
To niby drobnostki, bo przecież system instaluje się i konfiguruje raz, a potem tylko używa. Niestety, ta konfiguracja była nie do przebrnięcia, a potrzebowałam komputera “tu i teraz”.
Nie wyobrażam sobie teraz też życia bez skrótów klawiszowych, ale nie tych narzuconych z góry. Ubuntu posiada genialną rzecz – kreator skrótow, gdzie w banalny sposób można zmienić te gotowe klub przypisać nowe do praktycznie każdej czynności. Dzięki temu w 2 minuty jestem w stanie dostosować każde Ubuntu “pod siebie” tak, że jest mi nie tylko wygodnie, ale i szybko, i nawet po zmianie komputera mam wszystko tak, jak lubię. Na przykład banalna głośność. Na netbooku zmieniałam ją klawiszami FN+strzałki. Na Toshibie jest to rozwiązane mniej ergonomicznie (zmieniam głośność bardzo często), bo przez FN+3 i 4. Nie ma problemu, bez żadnego grzebania w systemie czy wykonywania tricków zmieniłam to… Na takie, które jest dla mnie wygodniejsze, czterema klikami. To samo z przełączaniem aplikacji czy pulpitów, których domyślne skróty dla mnie są mało wygodne.
Aplikacje uruchamiam bez odrywania dłoni od klawiatury. Wiem, w Windowsie też to działa, ale raz, że jest wolniejsze, to dwa – nie potrafi tak szybko wyszukać aplikacji do zainstalowania czy plików, dodatkowo przedstawiając je w atrakcyjnej graficznie i przejrzystej formie.
Nie mam tez problemu z aplikacjami. Centrum Oprogramowania zawiera odpowiedniki najpopularniejszych programów z Windowsa. W ciągu tego roku pracowałam na wielu grafikach, zdarzyło mi się edytować ze 3 filmy, obejrzeć ich mnóstwo, a nawet pograć. Nie jestem specjalnie zapalonym graczem i zatrzymałam się gdzieć w okolicach GTA Vice City, ale na Ubuntu pogram czasem w proste gierki, World of Goo czy 0 A.D. Więcej nie potrzeba…
Wracając do Windowsa zawsze mam wrażenie, że brak niektórych funkcji jest tam zabójczy. Na co dzień używam GNOME Shell, więc centrum powiadomień znam zanim jeszcze “wymyśliło” je Apple. W Windowsie tego mi brakuje. Jeśli w finalnym Windowsie 8 nie pojawi się miejsce skupiające wszystkie powiadomienia to wiem, że do tego systemu na pewno nie wrócę. Kafelki to nie wszystko, a na pewno nie są wygodne.
Wiem, że o gustach się nie dyskutuje, ale wizualnie Ubuntu też pasuje mi bardziej, niż fajerwerkowy Windows. Może to nie aktywność przeciętnego użytkownika, ale wizualnie dostosowałam system pod swój gust. Wcale nie musiała w tym celu grzebać gdziekolwiek. Wystarczył TweakTool z Centrum Oprogramowania. Dzięki temu mój system naprawdę odpowiada oczekiwaniom, nic wizualnie nie przeszkadza mi w pracy i jest tak, jak ja lubię. To chyba wszystko, co “nagrzebałam” w systemie:)
To nieprawda, że na Linuksach trzeba korzystać z terminala. Wcale nie trzeba i nie odczuwam takiej potrzeby. Poruszając się tylko po wersjach finalnych terminal okazuje się jakąś funkcją, z której korzystają zaawansowani użytkownicy. Wszystko działa, programy ściąga się z Centrum Oprogramowania, najważniejsze rzeczy można łatwo zmienić w ustawieniach.
Nie wiem też już, jak mogłam żyć bez dodatkowych pulpitów. Każdemu, kto korzystał, nie muszę chyba tłumaczyć, jak bardzo są przydatne. Porządkują aktywności, pozwalają na szybsze przełączanie się pomiędzy na przykład zestawem programów do pracy a rozrywkowych itp. Ułatwiają też pracę w trybach pełnoekranowych… Zastosowań jest dużo. Wiem, na Windowsie można też uzyskać taki efekt po doinstalowaniu dodatkowych programów, ale niestety sam system ich nie posiada.
Jest jeszcze jedna, unikalna funkcja, z której korzystam dopiero od około 2 miesięcy, a nie wyobrażam sobie już bez niej życia. Chodzi o HUD, o którym pisałam kiedyś więcej. HUD działa tylko w Unity i jest jedną z najlepszych innowacji ostatnich czasów. Dzięki niemu wykonując jakąś czynność, na przykład edytując grafiki, kompletnie nie muszę odrywać się od klawiatury i znajduję pożądane opcje kilkoma stuknięciami w klawiaturę. Bez grzebania po menu, bez szukania w rozwijanych listach… HUD mocno zmienił to, w jaki sposób wchodzę w interakcje z interfejsem.
Zresztą tak samo jest z Dashem, launcherem czy jak to się nazywa też na GNOME Shell. Chcę porozmawiać konkretnym kontaktem? Naciskam klawisz, wpisuję pierwsze litery i wyświetla mi się kontakt. Chcę uruchomić program? Robię to samo. Chcę włączyć film? Znów w ten sposób. Chcę zainstalować na przykład Skype’a, którego nie mam, obejrzeć film z YouTube’a, znaleźć jakieś konkretne ustawienia, na przykład klawiatury? Też w ten sposób… Wszystko dostępne z każdego miejsca w systemie, pod jednym przyciskiem, w atrakcyjnej i przejrzystej formie.
Zresztą smaczków jest więcej. Nautilius, czyli wbudowana przeglądarka plików obsługuje na przykład karty. Jak to przydatne chyba nie trzeba mówić? Komunikatory zintegrowane są całkowicie z systemem, tak samo jak odtwarzacze muzyki… Dużo tego.
Nie jestem programistą. Dla mnie system to interfejs. Interfejs, który w Ubuntu jest nieustannie usprawniany, jak to jest na przykład z inteligentnym HUDem. Dodatkowo ten rozwój nie odbywa się kosztem rezygnacji z możliwości.
Cieszę się, że nie muszę używać Office’a czy Photoshopa. Dobrze być w miarę przeciętnym użytkownikiem, bo dzięki temu Ubuntu okazuje się idealnym narzędziem do pracy i rozrywki. Po roku mogę stwierdzić, że Ubuntu zmienił sposób, w jaki korzystam z komputera. Zmienił pozytywnie, bo nie muszę już grzebać w systemie, a skupiam się na wykonywaniu zadań. I nie mam na razie żadnych planów powrotu do Windowsa. To był dla mnie dobry komputerowo rok.



