Kinect i wielkie granie nie idą ze sobą w parze. Star Wars ostatecznym dowodem

04.04.2012
Kinect i wielkie granie nie idą ze sobą w parze. Star Wars ostatecznym dowodem

Kinect i wielkie granie nie idą ze sobą w parze. Star Wars ostatecznym dowodem

Nikt nigdy nie mówił, że Kinect zrewolucjonizuje gaming, Microsoft nie miał takich aspiracji. Od początku wydawało się, że to raczej prosty gadżet, któremu chyba nawet zewnętrzne podmioty nadały większe właściwości niż w rzeczywistości posiada. Ale to dobrze, bo dzięki temu Kinect 2 czy choćby nawet Kinect 3 pewnie pozwolą nam na naprawdę fantastyczne przygody. Póki co jednak – słabo.

Już teraz uważam Kinecta za całkiem fajny gadżet w przyzwoitej cenie, który nie ustępuje wiele na przykład gitarom od Guitar Hero. Śmiało może być hitem każdej (nie aż tak suto zakrapianej) imprezy, szczególnie w bardzo fajnie wykonanych grach tanecznych. Szybko jednak okazało się, że wciskanie Kinecta na siłę do profesjonalnych produkcji nikogo przesadnie nie interesuje, a odblokowywane przez niego opcje to troszkę kpina. Również gry fabularne tworzone pod kontroler Microsoftu nie stanowią… cóż, delikatnie mówiąc: esencji grywalności.

Najlepszą odpowiedzią na to, że wielkiego grania tutaj nie uświadczymy są pierwsze recenzje Kinect Star Wars, czyli gry zapowiadanej niemal od samego początku istnienia kontrolera (a która wyszła półtora roku po jego premierze, co też nie jest powodem do dumy). Już przed rokiem osoby, które miały okazję testować Gwiezdne Wojny w akcji przyznawały, że jeśli gra w ogóle jest w stanie prawidłowo zinterpretować ich ruchy, to jest z tego frajda jak przy wiązaniu butów.

Od pierwszych pokazów minął mniej więcej rok, a od początku kwietnia zachodnie portale w końcu zaczynają publikować pierwsze recenzje. Średnia ocen na metacritic.com jest i tak wyższa, niż początkowo mogło się to wydawać – 58%. Najbardziej prestiżowe portale i magazyny zamknęły się w przedziale od 45% do 60%. Oznacza to wprost – choć media growe są nadto pobłażliwe, Kinect Star Wars nie jest aż tak beznadziejny, jak mówiono jeszcze przed rokiem.

Zachodnie media są zaskakująco zgodne – Kinect Star Wars jest dokładnie taki, jak wygląda na filmach promocyjnych. To dalej jedna wielka zbierania mini-gier, które przez pewien czas potrafią nawet bawić. Ale to nie jest zabawa dla poważnych graczy czy fanów Gwiezdnych Wojen, którzy na widok tej produkcji mogliby zresztą dostać zawału. To dalej głaskanie piesków widocznych na ekranie, z tą różnicą, że tym razem w roli pieska występuje Jabba the Hut.

A tymczasem kolejne gry robione specjalnie dla Kinecta już pukają do drzwi. Peter Molyneux po raz kolejny zapowiada rewolucję (ktoś jeszcze wierzy w te głodne kawałki?) w kinectowym Fable. Obawiam się jednak, że niezależnie od autorytetu (lub utraconego autorytetu) twórcy, funduszy, zaangażowania czy pomysłu, na Kinecta nie da się stworzyć dobrej produkcji dla hardkorowych graczy. A i ci okazjonalni mogą szybko rozczarować się proporcją zapowiedzi do rzeczywistej jakości.

Dołącz do dyskusji

Advertisement