EA i Activision na rynku FPS biorą (prawie) wszystko

24.04.2012
EA i Activision na rynku FPS biorą (prawie) wszystko

EA i Activision na rynku FPS biorą (prawie) wszystko

Po raz ostatni rynek FPS był tak zdominowany przez konkretne marki gdzieś na początku lat 90-ych, kiedy po emocjach zamku Wolfenstein o prym walkę toczyły marki Doom i Quake. Obie wprost z tego samego studia, więc rywalizacja ta nie była aż tak gorąca, jak obecne starcia Battlefield i Call of Duty. Strzelanki od EA i Activision zdominowały rynek FPS w stopniu niemal całkowitym. Czy i kiedy doczekają się swojego Unreala?

Pomiędzy rywalizacją Dooma i Quake, a Battlefielda i Call of Duty jest oczywiście kilka istotnych różnic. Pierwsze dwie produkcje powstały w czasach kiedy gatunek FPS był wciąż jedną wielką niewiadomą i mało kto potrafił robić go dobrze (produkcji wartych uwagi z tamtego okresu jest jak na lekarstwo). W chwili obecnej każdego roku dobrych FPS-ów powstaje przynajmniej kilkanaście, w sumie – pewnie około kilkuset.

Dooma i Quake’a robiło legendarne (i chyba trochę rozleniwione z tego powodu) idSoftware. Jakby nie patrzeć – fani mogli się kłócić na konwentach i grupach dyskusyjnych w internecie, ale wszystko zostawało w rodzinie. Za Battlefielda i Call od Duty odpowiadają kolejno EA i Activision, czyli chyba najbardziej pazerne firmy w historii przemysłu elektronicznej rozrywki, dla których sprzedanie samego pudełka to dopiero początek wielkiego zarabiania. To nie jest wojna o dusze fanów, wojna o ideę i grozę wojny, tu się rozchodzi o wielką kasę.

Seria Call of Duty od początku dawała radę, ale absolutnym kultem otoczyli ją gracze w 2007 roku, kiedy zadebiutowała czwarta część gry o podtytule Modern Warfare. Producent dał naprawdę czadu podczas projektowania trybu multiplayer, który przyciągał nawet mniej twardy elektorat wiecznie młodego Counter-Strike’a i starzejącego się już nieco Battlefield 2. Zaryzykuję nawet stwierdzenie, że w gatunku FPS było to największe wydarzenie od czasu premiery Half-Life 2.

Paradoksalnie jednak, Modern Warfare 4 był najlepszą i ostatnią tak dobrą częścią Call of Duty. “Boża iskra” gdzieś zanikła, a fani z każdym kolejnym wydaniem zarzucali Activision pazerność. Zarzucali i dalej zagrywali się w niepokonanym trybie multiplayer. W tę atmosferę znakomitego, ale jednak nieco spoczywającego na laurach znakomicie wstrzeliło się EA z nowym powiewem jakości. Battlefield 3 był znakomity. I kto nie grał w Call of Duty, a lubił FPS lub ta część fanów CoD, której skończyła się cierpliwość szybko przeszli na stronkę strzelanki Electronic Arts. Rynek został podzielony niemal bezwzględnie i bez litości.

W chwili obecnej trudno sobie wyobrazić, by ktoś mógł zepchnąć te dwie produkcje z podium, na którym są zresztą tylko dwa miejsca. Powodów jest kilka. Pierwszy i oczywisty – to po prostu bardzo dobre gry. Po drugie – EA i Activision doskonale wiedzą co robić, aby utrzymać przy sobie graczy. Po trzecie – lwia część fanów obu marek to gracze, którzy nie pamiętają lub nie dostrzegają potrzeby pamiętania innych strzelanek. Po czwarte – specyfika gatunku pozwala skupić się raczej tylko na jednej produkcji na raz.

Choć sieciowe FPS to nie wszystko, dziś w strzelaniu liczy się najpierw multi, a dopiero później cała reszta. Dlatego też produkcje takie jak choćby Crysis 2, niebawem zapewne Ghost Recon czy Rainbow Six trafiają do stosunkowo wąskiej grupki odbiorców – często entuzjastów serii. Podobnie było zresztą ze znakomitym Bulletstorm z Polski, o którym niebawem trochę więcej pobloguję, a który okazał się finansowym rozczarowaniem. Trudno jest się dziś wybić na rynku FPS.

Kto może się wybić? Będę szczery – nie liczyłbym w tej materii na rewolucję. Teoretyczne szanse ma Far Cry 3, choć kazus Crysis 2 pokazuje, że fani chyba już nieco odwrócili się od pięknych gier na Cry Engine. Nie wydaje mi się też, by nowy Counter-Strike dał radę. Wręcz przeciwnie – przeczuwam klapę, ale i o tym będę blogował w najbliższych dniach.

Mój kandydat na przerwanie dominacji jest jeden. I bez niespodzianki. Przełamie ją dopiero Half-Life 3, a serwery obu gier opustoszeją, jeśli Valve zdecyduje się podnieść rękawicę. Już Portal 2 pokazał, że w przypadku strzelanek Amerykanie nie biorą jeńców, a przecież Portal nigdy nawet nie był robiony całkiem serio.

Musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji

Advertisement