92-letni pirat, przed którym ukłonili się właściciele praw autorskich

28.04.2012
92-letni pirat, przed którym ukłonili się właściciele praw autorskich

92-letni pirat, przed którym ukłonili się właściciele praw autorskich

O tym, jak dziwne i niezrozumiałe jest dla mnie prawo autorskie i patentowe, a także podejście jego posiadaczy do swoich klientów, pisałem już tu i w wielu innych miejscach nieraz. Dlatego też jak zacząłem czytać o pewnym 92-letnim piracie, weteranie z Drugiej Wojny Światowej, zanim doczytałem całość, pomyślałem sobie „biedny staruszek, będzie ciągany po sądach”. Tymczasem stało się coś zupełnie innego. Czyżby pierwsze zmiany u wytwórni filmowych?

Hyman Strachman to 92-letni żołnierz, który walczył w Drugiej Wojnie Światowej. Człowiek oddany pewnym ideałom, które miał wpojone. Kochał swoich braci w wojsku. Również tych młodszych, żółtodziobów, którzy teraz stacjonują w Iraku i Afganistanie. Bardzo mu zależało, by móc jakoś ich podnieść na duchu. Wiek i zdrowie nie pozwalały mu na wiele. Ale i tak coś wymyślił.

Postanowił, że nauczy się obsługi komputera, tylko po to, by móc to wykorzystać na rzecz mundurowych na służbie poza granicami kraju. Stworzył trzysta tysięcy kopii z pirackimi filmami na DVD i za darmo, na własny koszt, wysyłał je braciom-wojakom.

Nie podpisywał się imieniem i nazwiskiem, bo nie chciał by ktoś czuł się wobec niego zobowiązany. Filmy wysyłał pod pseudonimem „Big Hy”, a cała operacja zajmowała mu 60 godzin tygodniowo. Strachman wysyłał żołnierzom same nowości, filmy nagrywane kamerą w kinie lub wycieki z wytwórni. Zdawał sobie sprawę, że jego „bracia” bardzo by chcieli obejrzeć najnowsze Transformersy czy Kac Vegas, a nie mają na to szans.

Strachman nie kupował filmów, bo zależało mu na tym, by „bracia” mieli dostęp do nowości. Na początku kopiował je sztuka po sztuce na swoim domowym komputerze. Potem kupił replikator płyt za 400 dolarów, który może tworzyć siedem kopii nośników równocześnie. Płyty kupował od handlarza ulicznego. Po wysyłce zawsze je niszczył. Nigdy nic nie pobierał z sieci. Nie wiedział jak.

Sprawa w końcu wyszła na jaw. Musiała wyjść. „Big Hy” był bohaterem, a takim ludziom ciężko pozostać w cieniu. Jego historię czytałem ze smutkiem. Byłem przekonany, że po wykryciu tożsamości pirata-oldtimera odpowie on przed sądem, dostanie gigantyczną grzywnę, której nie będzie mógł spłacić i spędzi resztę życia w więzieniu, mimo iż chciał dobrze.

The New York Times udał się więc do MPAA, stowarzyszenia tak żarliwie walczącego o prawa filmowców. Stowarzyszenia które potrafiło nie odpuścić nawet osobom, które nie wiedziały jak używać komputera a były podejrzewane o piractwo. Dura lex, sed lex…. Tymczasem stowarzyszenie wystosowało bardzo krótkie oświadczenie redakcji NYT: Jesteśmy wniebowzięci, że materiały rozrywkowe zapewniane przez nas dają radość tym, którzy są tak daleko od domu. Brak pozwu, jak zawsze? Brak wyliczeń księgowych, ilu miliardów dolarów Strachman pozbawił filmowców?

Chciałbym, by to nie była jednorazowy, PR-owy zabieg. Chciałbym uczłowieczenia prawa, które ma służyć obywatelom. Chciałbym mieć motywację, by po obejrzeniu filmu w kinie pójść do sklepu, kupić płytę, albo po prostu zamówić ją w VOD. I chcę być przy tym traktowany jako dobry klient. Jak na razie to tylko mrzonki. Ale jeżeli wytwórnie płytowe i filmowe zmienią podejście, na takie jak wyżej, to jesteśmy na dobrej drodze, by zredukować problem piractwa do minimum. Zamiast wsadzać fanów rozrywki do więzienia, zachęcać ich, by płacili za rozrywkę, by mogło być jej więcej i w lepszej jakości. Tędy droga, MPAA. Gratuluję i mam nadzieję, że jutro nie wrócicie do swojej rutyny.

Autorem wszystkich zdjęć w notce jest Todd Heisler z The New York Times.

Maciek Gajewski jest dziennikarzem, współprowadzi dział aktualności na Chip.pl, gdzie również prowadzi swojego autorskiego bloga.

Dołącz do dyskusji

Advertisement