Kubeł zimnej wody na bezkrytycznych entuzjastów mediów społecznościowych

19.03.2012
Kubeł zimnej wody na bezkrytycznych entuzjastów mediów społecznościowych

Kubeł zimnej wody na bezkrytycznych entuzjastów mediów społecznościowych

Kubeł zimnej wody na bezkrytycznych entuzjastów mediów społecznościowych. W USA, najbardziej rozwiniętym rynku internetowym świata, tylko 9 proc. użytkowników dociera do newsów za pośrednictwem Facebooka i Twiittera. Największe strumienie konsumentów online generują wciąż wyszukiwarki i strony internetowe.

„Social” i „społeczności” to najważniejsze, oprócz „smartfona” i „tabletu” słowa w branży technologicznej ostatnich lat. „Społeczność” jest kołem zamachowym napędzającym zbliżający się giełdowy debiut Facebooka, który będzie najważniejszym IPO na Wall Street w tym roku. Jedną z podstaw przekonania rynków, inwestorów i użytkowników o rosnącym, niemal nieskończonym potencjalne Facebooka ma być trend, polegający na przenoszeniu do społeczności coraz to nowych treści do społeczności. „Social” ma być miejscem, w którym znajdujemy oferty handlowe, spersonalizowane reklamy, interesujące nas aplikacje, rozrywkę i newsy. Założenie jest takie, że sieć znajomych działa jak najlepszy, najbardziej zaufany filtr, który dopuszcza do nas tylko najbardziej wartościowe informacje, a rekomendacja od przyjaciela, jest 100 razy bardziej wartościowa i wiarygodna od najlepszej reklamy.

Ten model zrobił na mnie wrażenie jakieś dwa lata temu, kiedy czytałem „The Facebook Effect” Davida Kirpatricka. Mark Zuckerberg wykładał w niej podstawy swojego pomysłu na biznes, a ja nie miałem wątpliwości, że twórca Facebooka jest geniuszem. Dziś, w czasie gdy Facebook zapełnia się automatycznie generowanymi powiadomieniami, nie jestem już przekonany o sile rekomendacji od znajomych. Po prostu, z powiadomienia o tym, że znajomy Jasiu przeczytał np. artykuł w aplikacji „The Guardian” niewiele dla mnie wynika. Nie wiem, czy artykuł był ciekawy, oryginalny, czy też stanowił zbitek głupot wygenerowanych przez farmę kontentu. Ok, odkładam jednak na bok własny sceptycyzm i uprzedzenia.

W USA pojawił się arcyciekawy raport z badań przeprowadzonych w ramach Project for Excellence in Journalism w Pew Research Center. Wynika z niego, że tylko tylko 9 proc. dorosłych Amerykanów często dociera do newsów za pośrednictwem Facebooka i Twittera. To niezwykle mało w porównaniu ze strumieniem konsumentów docierających do newsów za pośrednictwem stron internetowych. Jest ich aż 36 proc. (warto w tym kontekście zastanowić się, co zostało z tezy „The Web is Dead” Chrisa Andersona z „Wired” http://www.wired.com/magazine/2010/08/ff_webrip/all/1). Kolejna duża część konsumentów newsów znajduje je za pośrednictwem wyszukiwarek (32 proc.). Resztę zgarniają agregatory, typu Google News i inne.

Raport Pew Reserach musiał poruszyć ważny problem mediów internetowych. Zadziwiające, jak zareagował na niego All Things Digital, technologiczny serwis dziennika Wall Street Journal. Jego twórcy bez entuzjazmu przyznali, że także u nich nie jest różowo pod względem generowania ruchu za pomocą mediów społecznościowych. W przypadku „ATD” za ich pośrednictwem (głównie Twittera) do kontentu dociera tylko 15 proc. konsumentów, mimo że mówimy o jednym z najpopularniejszych serwisów technologicznych w USA, gdzie pisuje taka ikona branży jak Walt Mossberg. Weźmy jeszcze pod uwagę, jak bardzo popularny jest Twitter w USA (korzysta z niego np. 87 proc. gwiazd, które łapią się do top 100 listy Billboardu, czy 85 proc. Senatorów), i widzimy, że opowieści o wiodącej roli serwisów społecznościowych w konsumowaniu wszelkiego typu zawartości mogą co najmniej wymagać weryfikacji. Podobnie budżety marketingowe i PR-owe przeznaczane na media społecznościowe, w szczególności na mniej rozwiniętych rynkach internetowych, jak choćby Polska.

Studzące zapał dane nie dotyczą zresztą tylko społeczności. Z innego raportu Pew Research, „State of The News Media” wynika, że spośród użytkowników, którzy czytają newsy za pośrednictwem komputera, tylko 34 proc. robi to także na smartfonie, a zaledwie 17 proc. na tablecie. Znów, dane dotyczą tylko USA, a wskaźniki dla Polski z pewnością trzeba zweryfikować w dół.  Materiał do przemyśleń dla domów mediowych i entuzjastów tabletów takich jak Grzegorz Hajdarowicz, wydawca „Przekroju” i „Rzeczpospolitej”. Choć jemu i bez danych z Pew Research entuzjazm zdaje się spadać (https://www.spidersweb.pl/2012/03/sladu-nie-ma-po-rewolucji-przekroju-rok-temu.html).

Dołącz do dyskusji

Advertisement