Fragmentacja systemów to strasznie wydumany problem

13.03.2012
Fragmentacja systemów to strasznie wydumany problem

Fragmentacja systemów to strasznie wydumany problem

Niedawno na Spider’s Web pojawiła się ciekawa dyskusja. Ewa zaczęła wytykać Windows Phone’owi problem fragmentacji. Paweł z kolei wziął system Microsoftu w obronę, wytykając androidowe problemy. Moim zdaniem, problem leży zupełnie gdzie indziej.

Tak jak pisała Ewa, niedługo pojawią się tańsze smartfony z Windows Phone, na których nie wszystkie aplikacje będą działać. Według Ewy, to spory problem dla ekosystemu Microsoftu i może na niego bardzo negatywnie wpłynąć. Mam inne zdanie, które zaraz chcę uzasadnić. Bliżej mi do stanowiska Pawła, aczkolwiek ten jako kontrargumentu użył przykład Androida, którego, w zależności od producenta i modelu, wykorzystuje się zupełnie inaczej. Zgoda, ale to również, w mojej ocenie, nie jest problemem. Fragmentacja, według mnie, to ogólnie dość wydumany problem. Już tłumaczę o co mi chodzi.

Na początek, zacznę od polemiki z Ewą. Faktycznie, Windows Phone na smartfonach z 256 MB pamięci RAM zostanie pozbawiony kilku funkcji, z których szczególnie dotkliwa może być „fast app switching”, czyli sprawniejsza wielozadaniowość. Jednak czy to oznacza fragmentację? Czym właściwie ona jest? Przenieśmy się na chwilę do świata notebooków. Powiedzmy, że mam notebooka z „zintegrowaną”, zamiast „osobną” kartą graficzną (dziwne jest to nazewnictwo). Oznacza to, że niektóre gry i zaawansowane aplikacje mi nie zadziałają, inne się uruchomią, ale ich funkcje będą ograniczone (nie zobaczę wszystkich tekstur, wieloboków na ekranie, komfort z grania będzie niższy). Nie słyszałem, by ktokolwiek mówił o fragmentacji na laptopach. Problem ten pojawił się znikąd na smartfonach. Twórcy aplikacji dla Windows Phone nie muszą nic robić w związku z telefonami z 256 MB RAM. Po prostu bardziej wymagające gry i aplikacje nie zadziałają, a użytkownik zostanie o tym poinformowany zanim spróbuję je kupić i / lub zainstalować. Smartfony z Tango będą dalej aktualizowane. Nawet jeśli nie dostaną Apollo, czyli nowego systemu operacyjnego Microsoftu, hotfixy i bugfixy dalej będą się pokazywać. W czym właściwie jest więc problem? W tym, że najtańsze telefony nie będą umiały tyle samo, co najdroższe?

Entuzjaści Windows Phone za to szczególnie chętnie wytykają palcami Androida. Że Ice Cream Sandwich jest niedostępny dla większości smartfonów. Mało tego, z każdą nową generacją Androida pojawiają się problemy z jej dostępnością. Mili państwo, kupiliście smartfon z Gingerbreadem, Froyo czy czymśtam. Wróćmy teraz do analogii z notebookami. Czy ktoś płacze, że w Apple Software Update nie pojawia się Lion dla Snow Leoparda? Czy ktoś narzeka, że w Windows Update nie mamy Windows 7 dla użytkowników Visty? Pewnie, że fajnie by było, gdyby nowe Androidy były dla wszystkich, za darmochę. Popieram! Ale nie uważam tego za problem. Nie mam o to pretensji ani do Google’a, ani do producentów smartfonów, ani do operatorów. Powiem więcej: gdyby nagle się okazało, że nowy Android jest do pobrania, ale za opłatą (tak jak nowy Windows czy OS X) stwierdziłbym, że to świetny pomysł. Płacę, więc wymagam. Producent telefonu byłby wobec mnie zobowiązany do udostępniania nowego oprogramowania tak długo, jak długo mój sprzęt jest z nim zgodny. Nie byłoby wymówek, że „przystosowanie TouchWiza do nowego Androida jest nieopłacalne”.

A skoro o TouchWizie mowa, akurat uważam, że nakładki na system nie są niczym złym. Bardzo sobie cenię zmodyfikowaną belkę powiadomień Samsunga, gdzie są skróty do Wi-Fi, Bluetooth i innych przełączników. Uwielbiam integrację usług w HTC Sense. Co więcej, odchodząc na chwilę od Androida, HTC z Windows Phone mają również zestaw pomocnych aplikacji, a także, uwaga, modyfikacji systemowych. Nokia dodaje świetną nawigację do Lumii. A że HTC Sensation używa się w inny sposób, jak Samsung Galaxy S II? Odpowiem pytaniem na pytanie: a jakie to ma znaczenie? Galaxy S II za to wyda się bardzo znajomy użytkownikom Samsunga Wave czy Samsunga Avila. Moim zdaniem więc, argument Pawła jest nietrafiony. Wydaje mi się, że o wiele częściej ludzie kupują „kolejną Nokię” i „kolejnego Samsunga” niż „kolejnego Androida”.

Czy to oznacza w takim razie, że problemu nie ma? Oczywiście, że nie. Są dwa. Po pierwsze, ten deweloperów. Programiści piszący na smartfony skarżą się, że jest tyle wersji oprogramowania i sprzętu, że sobie nie radzą. I to nie jest tylko problem Androida. Proponuję zajrzeć do statystyk dotyczących iPhone’a. Co z tego, że te smartfony mają aktualizacje, skoro użytkownicy ich nie stosują? A, po drugie, skarżą się nieliczni. Cała reszta, zarówno potężne firmy jak i niezależni producenci, spokojnie publikują swoje programy i gry w sklepiku Play. Czasami, świadomi tego, że sprzęt się różni, podają listę modeli, na których ich produkt był testowany i działa. Na dodatek, raz jeszcze wróćmy do notebooków z Windows. Tam panuje taki chaos, że Android przy tym to wzór stałości i jednorodności. Tysiące konfiguracji sprzętowych, setki różnych wersji zainstalowanych bibliotek, różne wersje Windows, różne nakładki… a jakoś nie słyszę narzekania deweloperów. Nowy Photoshop zasuwa. Tak jak Firefox, Chrome czy Battlefield 3.

Użytkownicy też jednak mają pewien problem. I ten problem jest realny, mimo iż większość z tych użytkowników jest tego nieświadoma. Chodzi o dystrybucję łatek dla Androida. Nie aktualizacji, a łatek. Tak jak nie mam problemu z tym, że mój Android nie dostanie systemu w nowszej generacji, tak mam już spory problem w tym, że jak zostanie wykryta usterka w systemie lub jego zabezpieczeniach, to zazwyczaj mam przerąbane. Gdybym wciąż miał Vistę, nie byłbym wkurzony, że nie mogę bezpłatnie zaktualizować systemu do Windows 7. Ale za to miałbym duże pretensje do Microsoftu, że usterka w systemie uniemożliwia mi, na przykład, wyświetlenie pulpitu na dwóch ekranach czy pozwala danemu trojanowi ominąć zabezpieczenia. I tu jest główna bolączka aktualizacji w Androidzie. Na rozwiązanie problemu ze sporadycznym wysyłaniem SMS-ów do losowych adresatów, zamiast tych wskazanych, czekałem bodajże trzy kwartały. Ja nie chciałem Gingerbreada tak bardzo, jak chciałem łatki do Froyo, która problem usuwa. Moim zdaniem, ten problem nijak nie podpada pod powszechnie stosowaną definicję fragmentacji.

Na samym końcu, podjęty jest argument pani Zosi. Że ta oczekuje, że smartfon ma przede wszystkim działać, być przyjemny w obsłudze, łatwy i wygodny. Święte słowa, zgadzam się z Pawłem, natomiast nie zgadzam się z argumentacją. Moim zdaniem pani Zosia ma w nosie, że pani Grażynka ma inny zegarek w menu głównym. Grażynka ma HTC, a Zosia Samsunga, więc to „oczywiste”. Problemem Androida jest jego skomplikowany interfejs a przede wszystkim to, że „user experience” leży z uwagi na straszliwe czkawki tego systemu, nawet na drogich, high-endowych telefonach. Darujmy sobie argumentację, że przecież są CyanogenMod czy MIUI. To nie interesuje nie tylko Zosię, ale też również poważniejszych użytkowników. To rozwiązanie wyłącznie dla geeków. Prosty przykład, z własnego doświadczenia. W momencie przedłużania abonamentu w Erze dostałem możliwość zakupu Galaxy S za złotówkę. Wziąłem, oddając mojego HTC Desire dziewczynie, z którą wtedy dzieliłem życie. Zaciekawiony, obserwowałem jak ona obsługuje ten smartfon. Dziewczyna bardzo inteligentna, umie się ogarnąć w komputerowych sprawach, po prostu się nimi nie pasjonuje jak ja czy wy. Jedyne aplikacje, jakie zainstalowała, to widżet z kwiatkiem, który pokazuje stan baterii, jakiś tam ogródek z kwiatkami, który trzeba sobie pielęgnować, i… Operę Mini. Tym ostatnim byłem bardzo zdziwiony. Opera Mini, jak dla mnie, to rozwiązanie dla powolnych low-endów lub na roaming. Na Desire przeglądarka systemowa działa przyzwoicie. Czemu Opera Mini, a nawet nie Opera Mobile? W odpowiedzi usłyszałem, że Mini jest po prostu szybsza, bardziej responsywna (OK., nie użyła takiego słowa, tłumacze na „nasze” ;-)). To jest dla Zosi ważne. By jak kliknie w książkę telefoniczną, to ma się ona pojawić natychmiast, a nie po sekundzie. A jak przewijamy treści, by odbywało się to płynnie, a nie ekran się zamraża, użytkownik zaczyna nerwowo pukać palcem, a po chwili telefon się budzi i dzwoni do „pukniętego” kontaktu, mimo iż nie do tego mieliśmy dzwonić.

Problemem Windows Phone’a nie jest fragmentacja. Problemem systemu Microsoftu jest to, że jest drogi, ma nieumiejętnie prowadzoną kampanię reklamową, i to, że wygląda zupełnie inaczej niż ikonki i tapetki z iPhone’a i Androida. Problem jest też z nazwą. „Microsoft” i „Windows” nie kojarzą się za dobrze. Z kolei problemem Androida również nie jest fragmentacja, ani też jego odmienność na różnych słuchawkach, a to, że usterki nie są usuwane a także na fatalny „user experience”. Dajmy już spokój więc tej fragmentacji i lamentom, że Galaxy S nie dostał Ice Cream Sandwich, a na Tango nie zadziałają wszystkie aplikacje. Nie to jest problemem.

A tak na marginesie: śledziłem komentarze pod oboma wpisami, gdzie, nazwijmy ich, entuzjaści, nawzajem wyśmiewają Androida i Windows Phone’a. Mili państwo. Porównujecie systemy dla totalnie różnych użytkowników. Rozumiałbym ten flame wśród laików, bo telefony z obiema platformami promowane są w sposób mylący. Ale Spider’s Web z reguły czytają entuzjaści nowych technologii. Windows Phone ma być łatwy, szybki i wygodny. Z kolei Android ma być potężny, elastyczny i wszystkoumiejący. To tak jak by się spotkali fani ciężarówek Volvo i sportowych Lexusów. Jasne, obie rzeczy służą do transportu. Tak jak obie platformy mobilne służą do komunikacji. Ale nabijanie się, że Windows Phone mało umie a Android jest ociężały, to mniej więcej to samo, co nabijanie się z Volvo, że do setki rozpędza się w godzinę i jest dość niekomfortowy, a Lexusem nijak nie przewieziemy mebli przy przeprowadzce czy nie udamy się w rajd cross-country. To prawda, tylko co z tego wynika?

I na jeszcze mniejszym marginesie: to zdumiewające, że tak niszowy systemik, jak Windows Phone, wzbudza tyle emocji. Chciałbym zobaczyć flame dotyczący Samsung bada kontra iPhone… 😉

Maciek Gajewski jest dziennikarzem, współprowadzi dział aktualności na Chip.pl, gdzie również prowadzi swojego autorskiego bloga.

Dołącz do dyskusji