Piec opalany gotówką, czyli cały Microsoft przegrywa z jednym smartfonem

08.02.2012
Piec opalany gotówką, czyli cały Microsoft przegrywa z jednym smartfonem

Piec opalany gotówką, czyli cały Microsoft przegrywa z jednym smartfonem

Pamiętacie rok 2007, kiedy Steve Ballmer wyśmiał pierwszego iPhone, twierdząc, że telefon bez fizycznej klawiatury nie ma szans na rynku? Tak, wszyscy wiemy co było potem. Prezes Microsoftu został wielokrotnie – słusznie – poddany grillowaniu za te nieprzemyślane słowa, a telefon Apple stał się kurą znoszącą złote jajka (liczone w miliardach). To jednak nie czas na kolejną rundę pastwienia się nad Stevem Ballmerem, ekstrawertycznym sprzedawcą produktów wymyślonych w latach 80. XX wieku.

Gdzieś w połowie ubiegłego tygodnia w zalewie zachwytów nad rewelacyjnymi – naprawdę – wynikami finansowymi Apple nieco umknął nam fakt, że w rywalizacji Microsoftu i Apple padła niesamowita bariera psychologiczna. Śmieszny telefon bez klawiatury wygenerował w ostatnim kwartale roku 24,4 mld dol. przychodu. Przychody Microsoft u w tym samym czasie to 20,9 mld dol. Całego Microsoftu – działów zajmujących się Windows, pakietem Office i takimi produktami jak konsola Xbox i Kinect.

Przychody oczywiście nie świadczą o wszystkim. Można niczym duże sklepy internetowe obracać sporymi ilościami gotówki przy małych marżach i księgować zyski godne osiedlowego warzywniaka. Jednak także w tej kategorii iPhone bije cały Microsoft na głowę wynikiem 9,3 do 8,2 mld dol.

Te wyniki robią wrażenie, szczególnie jeśli spojrzeć szerzej. Jeszcze w 2007 r. Microsoft był wyceniany przez giełdę na ok. 350 mld dol., a Apple był wciąż niszowym konkurentem. Na temat tego, jak Steve Jobs prześcignął konkurenta, zapisano już tysiące analiz i kilka dobrych książek, więc nie będę tego wątku tu rozwijać. Jeśli jednak przyjrzeć się uważnie danym giełdowym, widać że Microsoft nie jest w stanie w pełni odbudować zaufania inwestorów, które utracił wraz z załamaniem rynków finansowych w 2008 r. W tym czasie wszyscy tracili. Wartość Microsoftu w ciągu roku spadła o ponad 100 mld dol. Bardzo dużo, choć trochę mniej, straciło Apple. Firma wykorzystała okazję, by w czasie kryzysu, kiedy rynki finansowe ze zrozumieniem przyjmują gwałtowne spadki i odważne decyzje, przedefiniować swój biznes (rozwój iPhone, stworzenie App Store).

Co zrobił w tym czasie Microsoft, okryty chwałą, jaką przyniósł mu Windows Vista? Oprócz naprawdę dobrego poprowadzenia działu zajmującego się konsolą Xbox, zaoferował klientom powtórkę z rozrywki – nową, kosmetycznie zmienioną wersję Windows, w której zabrakło np. mechanizmów migracji z poprzednich wersji (działy IT w firmach się ucieszyły) i kolejne wersję pakietu Office ze lekko zmienionym interfejsem i nowymi formatami plików. W jakimś stopniu Office 2007 przyczynił się do zacieśniania znajomości. W sieci zaczęło krążyć więcej e-maili o treści np. „wyślij mi ten plik Worda jeszcze raz, w formacie „.doc”, bo nie mogę tego „.docx” odczytać”.

W tym samym czasie, pod presją inwestorów przekonanych, że biznes, którego podstawą są Windows i Office jest niezagrożony, Microsoft uruchomił piec opalany gotówką. W ciągu ostatniej dekady firma poniosła w sumie ponad 10 mld dol. strat w segmencie online, próbując konkurować z Google takimi wyszukiwarkami jak Live Search i Bing. Zdarzało się, że straty w segmencie online przekraczały 700 mln dol. Kwartalnie. Owszem, jest lepiej, w ostatnich trzech miesiącach 2011 r. było to już tylko ponad 400 mln.

Coś się zmienia na rynku. Tak jak pisał wcześniej Przemek, żyjemy już w erze post-PC, a smartfony sprzedają się lepiej niż komputery. Choćby z tego powodu rynkowych triumfów iPhone nie należy rozważać tylko w kontekście rywalizacji Apple z Microsoftem. Wydaje się jednak, że koncern stworzony przez Billa Gatesa ma coraz większy kłopot z przekonaniem klientów, że kolejne wersje jego produktów są potrzebne. Spróbujcie przekonać członka rodziny, który nie jest geekiem, ale używa np. Office 2003, by kupił sobie wersję 2010. Trudne zadanie. Brak uzasadnienia dla kupowania nowych produktów może mieć jednak mało zabawne skutki w czasach, kiedy inwestorzy i rynki nie oczekują stabilizacji, a ciągłych, najlepiej dwucyfrowych wzrostów. Spójrzmy choćby na Research In Motion.

Dołącz do dyskusji

Advertisement