Największy poplecznik Flasha właśnie go dobił

13.02.2012
Największy poplecznik Flasha właśnie go dobił

Największy poplecznik Flasha właśnie go dobił

Chrome dla Androida przypieczętowuje los Flasha i jemu podobnych wtyczek. Światem Internetu będą rządzić HTML, CSS i JavaScript. I tak jak mechanizm Adobe jest słusznie krytykowany, tak nie można kwestionować jego wkładu w „uczłowieczenie” Internetu.

Flash zaczął bardzo skromnie. Za jego początki uważa się aplikację SmartSketch stworzoną przez Jonathana Gay’a i wydaną przez firmę FutureWave Software. To był prosty program dla dotykowych komputerów z rysikiem pracujących pod kontrolą systemu PenPoint OS. Nie słyszeliście nigdy o tym systemie? Nic dziwnego, rynku on nie podbił. SmartSketch jednak nie chciał umrzeć, został przeportowany na Windows i Mac OS-a. I jego twórcy zobaczyli w nim duży potencjał.

Twórcy aplikacji dodali edycję animacji komórek i wydali nowy produkt: FutureSplash Animator. Chcieli go sprzedać Adobe w 1995 roku, ale firma nie była zainteresowana kupnem aplikacji. Sprawą zainteresował się Microsoft, który wykorzystał FutureSplasha by wzbogacić swój portal MSN, a także Disney, który wykorzystał go do usługi Daily Blast.

To wystarczyło, by przekonać firmę Macromedia do sensowności tego rozwiązania. W 1996 roku kupiła FutureSplasha i zmieniła nazwę produktu na Flash (Future + Splash). No i się zaczęło. Nagle się okazało, że na stronach internetowych można umieszczać interaktywne aplikacje, animacje i różne inne elementy, niedostępne w zwykłym HTML-u. Flash zdominował Internet i nic go nie było w stanie ruszyć. Nawet Microsoft ze swoim Silverlightem. Adobe gorzko pożałował swojej decyzji, ale nadrobił zaległości: w 2005 roku kupił Macromedię. Za dużo więcej pieniędzy, niż mógł zapłacić dziesięć lat temu. Opłaciło się jednak.

Hegemonia Flasha trwałaby jeszcze bardzo długo, gdyby nie Apple. Firma ta nie pobiła Adobe lepszym produktem. Apple najzwyczajniej w świecie pogonił Adobe, nie dodając obsługi Flasha do najlepiej sprzedającego się smartfonu wszechczasów. Adobe zareagował błyskawicznie, bo musiał. I udało mu się kupić jakieś dwa dodatkowe lata egzystencji Flasha na rynku. Przekonał konkurentów Apple’a, że warto mieć obsługę Flasha. Chociażby po to, by się chwalić czymś, czego iPhone nie ma. Podziałało. Google wbudował Flasha w Chrome’a i Androida, Blackberry i Symbiany obsługują Flasha, a Microsoft negocjował dodanie jego obsługi do Windows Phone’a.

Steve Jobs jednak miał rację. Flash względnie dobrze sprawdzał się na urządzeniach obsługiwanych myszką, w których taktowanie procesora mierzone w gigahercach to standard. Dużo wolniejsze od komputerów smartfony, po odwiedzeniu strony z elementami Flash, dosłownie się zatykały. Co więcej, obsługa za pomocą palca nieraz była zwyczajnie niemożliwa.

Adobe chyba sam doszedł do tego wniosku, decydując się na porzucenie rozwoju mobilnego Flasha. Jednak od porzucenia rozwoju do śmierci produktu droga daleka. Ale tu ochoczo pomogą sami producenci. Internet Explorer 10 w trybie Metro nie będzie obsługiwał Flasha. Fani systemu Android od lat chwalą się tym, że ich smartfony, „w przeciwieństwie do szmatławej zabaweczki Apple’a” Flasha obsługują. Otóż, już niedługo moi drodzy fanboje. Przeglądarka Chrome, która ma zastąpić systemową aplikację, Flasha nie obsługuje. Co więcej, obsługiwać nie będzie.

Jedyna licząca się mobilna platforma, która pozostanie przy Flashu, to BlackBerry OS. Co więcej, nie będzie to oficjalna implementacja, a dzieło magików Research in Motion. Google, największy obrońca Flasha, składa broń. To koniec.

Flash będzie dalej rozwijany przez Adobe. Da mu to dodatkowe trzy lata żywota, kiedy to OSX i Ubuntu również mu podziękują, tak jak zrobił to Windows. A pomyśleć, że Google, obecnie sam dobijający produkt Adobe, nie tak dawno temu krytykował Jobsa za jego decyzję i z dumą prezentował integrację Androida i Chrome’a z Flashem…

Maciek Gajewski jest dziennikarzem, współprowadzi dział aktualności na Chip.pl, gdzie również prowadzi swojego autorskiego bloga.

Dołącz do dyskusji

Advertisement