Dlaczego nikt nie lubi już starszych systemów?

04.01.2012
Dlaczego nikt nie lubi już starszych systemów?

Dlaczego nikt nie lubi już starszych systemów?

Symbian? Zły. BlackBerry OS? Zły. W obydwu przypadkach użytkownicy, media, analitycy i eksperci praktycznie wymogli na ich producentach najbardziej drastyczną zmianę – całkowitą zmianę systemu operacyjnego, który do tej pory wyróżniał ich telefony oraz smartfony na rynku i przez kilka długich lat zapewniał im nieprzeciętne sukcesy. Teraz jednak, po premierach iOS czy Androida, obydwa okazały się być wolne, nieintuicyjne, nieprzystosowane do oczekiwań klientów. W skrócie: nie mające absolutnie żadnej przyszłości, a jedynym ich miejscem jest śmietnik historii (kto w końcu chce korzystać na co dzień z „archaicznego” systemu?). W praktyce zdaje się to potwierdzać przynajmniej częściowo cały rynek, który według rezultatów większości badań odchodzi od „starych” aby dać miejsce „nowym”.

Jako że (przynajmniej teoretycznie) jestem przedstawicielem tej grupy użytkowników, którzy powinni w najbliższym czasie „zmienić otoczenie”, muszę jednak z przykrością (a może z radością) stwierdzić, że nie jestem w stanie w pełni zrozumieć tego, dlaczego starsze systemy spotykają się z takim brakiem sympatii z praktycznie wszystkich stron, prowadzącym do wniosków, że jeśli firma „X” nie zmieni całkowicie swojego systemu (najlepiej w ogóle na inny, a jeszcze lepiej – na Androida), prawdopodobnie w najbliższym czasie upadnie.

W ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy miałem okazję obcować ze smartfonami i tabletami pracującymi pod kontrolą praktycznie wszystkich dostępnych komercyjnie systemów operacyjnych, ze szczególnym uwzględnieniem dwóch największych – Android i iOS oraz według wielu najlepiej rokującego na przyszłość – Windows Phone. Przy tym wszystkim nie były to w większości ani telefony testowe, które musiałem po tygodniu oddać, ani też telefony pochodzące z tzw. „niższych półek”. W większości były to modele zakupione prywatnie (choć wykorzystywane również w sprawach teoretycznie służbowych, ale nikt nie musiał o tym wiedzieć), przy jednoczesnej realizacji geekowskich założeń – „najnowsze i najlepsze”. Wydawałoby się, że takie stopniowe zaprzyjaźnianie się z innymi, teoretycznie lepszymi systemami operacyjnymi powinno ostatecznie przełamać moje wszelkie opory i  umożliwić życie w lepszym świecie technologicznym, gdzie wszystko jest ładne, szybkie, efektowne i przy tym funkcjonalne. Tak się jednak nie stało.

Jedyną wartością dodaną, którą odkrywałem na kolejnych platformach była właściwie ilość dostępnych aplikacji, które mogłem wykorzystać do realizacji praktycznie wszystkich codziennych zadań, zarówno tych związanych z pracą, jak i tych związanych z rozrywką. Czasem dochodziło nawet do tego, że po instalacji konkretnego programu musiałem znaleźć dla niego zastosowanie na siłę, żeby tylko przypadkiem „nie zmarnował się”. Z czasem jednak okazywało się, że zestaw faktycznie użytkowanych aplikacji ogranicza się coraz bardziej i bardziej, ostatecznie skupiając się do tych, które w praktycznie identycznej lub przynajmniej bardzo zbliżonej formie dostępne są na wszystkie platformy (i nie, nie było wśród nich Angry Birds).

Tym, czym miały zachwycać nowe systemy, według wielu była prostota obsługi, szybki dostęp do najważniejszych opcji i powiadomień. Pomijając już fakt przyzwyczajenia, wiele wskazuje na to, że mobilny OS jest faktycznie prosty w obsłudze, ale wyłącznie do momentu, kiedy nie oferuje jeszcze zbyt dużo możliwości. Windows Phone wciąż dojrzewa i wciąż brakuje mu co najmniej kilku (kilkunastu?) funkcji, które w systemach konkurencji wydają się standardem – jest więc w większości przypadków wręcz banalny w obsłudze, bo praktycznie nie ma się gdzie pogubić. Android i iOS jednak dojrzały w obydwu przypadkach zaczynają w swoich menu budować coraz dłuższe lub coraz bardziej piętrowe listy opcji. Żaden z producentów nie wymyślił bowiem jak naprawdę pogodzić bogatą ofertę możliwości urządzenia, z naprawdę prostym menu. Zamiast tego otrzymujemy początkowo system okrojony, istniejący w tej formie przez czas pozwalający na zdobycie opinii „prostego w obsłudze, ale ograniczonego”, po czym z biegiem czasu jest on aktualizowany, dzięki czemu znika opinia „ograniczonego”, natomiast „intuicyjny” pozostaje on jeszcze przez długie lata.

Pozostaje jeszcze kwestia tego, co rozumiem przez intuicyjność, choć raczej nie jest to aż tak trudne d  zdefiniowania i oznacza mniej więcej tyle, że po naprawdę krótkim kontakcie z urządzeniem, jestem w stanie uruchomić zakładkę „Opcje” i w czasie krótszym, niż potrzebny aby się zniechęcić, odnajduję to, czego potrzebuję. Nie spotkałem się z tym niestety w przypadku żadnego z systemów, a jeśli są one faktycznie intuicyjne, to w tym momencie czuję się naprawdę ograniczony, musząc od czasu do czasu korzystać z pomocy… Google, aby trafić do odpowiednich poziomów menu.

Jest przy tym całkiem spora liczba elementów systemu, które z niewiadomych powodów w nowych, lepszych przecież OS’ach, odchodzą w zapomnienie. Nie ze wszystkich korzysta każdy z nas na co dzień i nie wszystkie są nam faktycznie niezbędne, ale czasem można zacząć się zastanawiać, czy z czasów, kiedy nosiliśmy w kieszeniach urządzenia zbliżone w dużym stopniu do komputerów (prawdziwa wielozadaniowość, host-USB, wyjście HDMI/microHDMI, pełna obsługa Bluetooth, dostęp do systemu plików – przykłady można by mnożyć), nie przenieśliśmy się przypadkiem do okresu, gdzie faktycznie różnice pomiędzy tymi dwoma kategoriami urządzeń są z roku na rok coraz bardziej powiększane, a spora część prób teoretycznego ich zbliżenia, ogranicza się w dużej mierze do… interfejsu użytkownika. Czy tak właśnie powinno być? Jeszcze kilka lat i zaczniemy wspominać to, “jakie kiedyś dobre systemy mobilne robili…”.

Zdjecie: nielsen

Musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji

Advertisement