Z pamiętnika młodego technika – wrzesień 1984

13.12.2011
Z pamiętnika młodego technika – wrzesień 1984

Z pamiętnika młodego technika – wrzesień 1984

Tym razem, w swoim przeglądzie archiwów Młodego Technika, Tomek Wawrzyczek zabiera nas na podróż w czasie do roku 1984 r. To wtedy jego kolega z liceum wpadł na pomysł, który miał szansę wywrócić do góry nogami przemysł odzieżowy. Na szczęście pomysł podchwycił tylko Apple…

Wrzesień 1984 był w kraju nad Wisłą miesiącem intensywnych zwózek z pegieerowskich pól plonów rolnych wszelakiej maści, co w wieczornych wydaniach Dziennika Telewizyjnego relacjonowano z użyciem telewizyjnej kamery, reporterskiego mikrofonu i “wydajności z kwintala”. Za Wielką Wodą wrzesień 1984 roku był gorącym miesiącem kampanii, która na stanowisko prezydenta Stanów Zjednoczonych wyniosła ponownie emerytowanego aktora-kowboja Ronalda Reagana. Kraj Rad spędzał wrzesień Anno Domini 1984 na lizaniu ran po łomocie, jakie dzielnym radzieckim sołdatom spuszczać zaczęli w Afganistanie miejscowi przy pomocy rakiet “Stinger”. A ja? A ja we wrześniu 1984 zadebiutowałem w roli licealisty.

Miałem w liceum nauczycielkę techniki, która zachęcała nas do wymyślania “pomysłów genialnych, zwariowanych i takich sobie” do rubryki Młodego Technika o takim samym tytule, posługując się w zachętach metodą kija (za brak pomysłów nie będzie “piony” na koniec roku) i marchewki (za każdy pomysł będzie “plus”, a za trzy “plusy” “piona” w dzienniku). Skuteczność tej metody była imponująca – uczniowie mojego liceum brylowali na łamach Młodego Technika niekoniecznie genialnością publikowanych pomysłów, poziomem szaleństwa w nich zawartego i desperacji w walce o kolejne “plusy” w dzienniku już bardziej.

Jeden z moich starszych kolegów opublikował we wrześniowym numerze Młodego Technika patent, który miał wszelkie szanse na wywrócenie do góry nogami przemysłu odzieżowego w temacie zapinania ubrań. Otóż wymyśli on guzik magnetyczny – zamiast dziurki zaproponował drugi magnes, takiego samego kształtu i wielkości. Zapięcie jakiejś części ubrania polegałoby na zbliżeniu par magnesów. Dekadę-dwie później na podobny pomysł wpadli projektanci z Cupertino i zastosowali go we wtyczkach i gniazdkach zasilania komputerów przenośnych z pogryzionym owocem na obudowie.

O ile patent z magnesem w laptopach przyjął się i jest powszechnie znany każdemu prawdziwemu fanbojowi Apple’a, o tyle pomysłu z guzikami na magnes nie wdrożono nigdy. Poniekąd całe szczęście – wyobraźcie sobie, jakie taki guzik mógłby wywołać protesty mas sfrustrowanych konsumentów, którym koszule i spodnie same by się porozpinały na oczach współmałżonków, potomstwa, teściów i stryjostwa, w wyniku gwałtownego przyrostu obwodu pasa, spowodowanego nadmierną ilością pochłoniętych potraw podczas takiej, na przykład, rodzinnej kolacji przy suto zastawionym wigilijnym stole.

Redakcja Młodego Technika z września 1984 w dziale “Rozmaitości matematyczne” (brrr! matematyczne!) twierdzi, a ówcześni czytelnicy musieli w twierdzenie pisma ślepo uwierzyć, jako że nie mieli jak i gdzie tego sprawdzić, bo ani Googli i Wikipedii nie było, że “jednoosobowa gra ‘Life’ wciąga nie mniej niż kostka Rubika”. Jestem skłonny założyć, że większość skupionych na tym tekście przynajmniej raz w życiu widziała kostkę Rubika, jeśli nie na żywo, to na JPG-u odnalezionym w przepastnych czeluściach sieci. Co do rozpoznawalności “jednoosobowej gry ‘Life’” (brrr! matematycznej!) nie mam już pewności, więc pozwolę sobie wyłożyć, o co matematykom chodziło, kiedy wymyślali “Life”.

Zabawa jest prosta: mamy kartkę w kratkę i w tych kratkach stawiamy krzyżyki, które dla niepoznaki nazywać będziemy “robaczkami”. Kiedy już sobie nastawiamy tych robaczków w różne frykaśne wzorki, to przebiegamy wzrokiem całą kartkę kratka po kratce i albo domalowujemy nowe robaczki (robaczki się “rodzą”), albo gumujemy te narysowane wcześniej (robaczki “umierają”). Zasady rodzenia się i umierania rządzą się ścisłymi regułami, żeby w kratkowanym królestwie robaczków nie zapanowało bezprawie i niesprawiedliwość:

– każdy robaczek, który nie sąsiaduje z góry, z dołu, z lewa, prawa i po skosach z żadnym robaczkiem lub tylko z jednym, wpada w depresję i umiera z samotności;

– każdy robaczek, który sąsiaduje z czterema lub więcej robaczkami, dostaje wścieklicy od nadmiaru sąsiadów i umiera z przeludnienia;

– w pustych kratkach, które sąsiadują dokładnie z trzema robaczkami, dochodzi do cudownego poczęcia i rodzi się nowy robaczek (twórcy gry nie opisują, który z sąsiadów z którą sąsiadką mają odpowiadać za przyjście bobasa-robaczka na świat w kratkę);

– rodzenie się i umieranie robaczków odbywa się skokowo, to znaczy zmiany w robaczkowej populacji następują w tej samej chwili na całej kartce. Czyli bach – nowe pokolenie robaczków rządzi.

Całkiem jak u ludzi, nieprawdaż? Analogia nie jest przypadkowa, choć gra “Life” powstała jako uproszczona wersja matematycznej symulacji rozwoju społeczności maszyn zdolnych do samopowielania się. Tak, matematycy już tak mają zawodowo, że z własnej woli potrafią zajmować się tego typu problemami, przy czym, żeby było ciekawiej, nikt ich do tego nie zmusza.

Przeniesienie kartki w kratkę z rodzącymi się i umierającymi robaczkami na ekran komputera i puszczenie całego tego towarzystwa w pokoleniowy ruch może wywołać u siedzącego przed monitorem efekt podobny do ustawienia się na wprost ogromnego akwarium pełnego kolorowych rybek – człowiek gapi się jak zahipnotyzowany, szczęka mu wisi do kolan, a przez ekran przelewają się grupki robaczków, pełznące w sobie tylko znanym kierunku, niekiedy rozrastające się do pokaźnych rozmiarów hordy, która ostatecznie ginie z… Brawo! Z przeludnienia.

“Nowe i najnowsze” według wrześniowego Młodego Technika z 1984 roku to między innymi “urządzenie […] zrealizowane w oparciu o mikroprocesor U880 (odpowiednik Z80) produkowane […] przez znany i u nas kombinat elektroniczny ROBOTRON”, czyli komputer Z 9001 o parametrach ZX Spectrum składany w NRD z części elektronicznych i z zazdrości o to, że “mikrokomputerowy boom w rozwiniętych państwach zachodnich trwa nieprzerwanie, dziesiątki firm prześcigają się, oferując mikrokomputery osobiste coraz wydajniejsze”. Producent i redakcja Młodego Technika twierdzą zgodnie, że “Z 9001 może być zastosowany zarówno do rozwiązywania szeregu problemów naukowo-technicznych, jak i stanowić doskonałą, wartościową rozrywkę, pozwalając na realizację praktycznie nieograniczonej liczby gier elektronicznych”. Nie wiem, jak to było z programami rozwiązującymi problemy naukowo-techniczne, ale ze światem nieograniczonej liczby gier na Z 9001 było tak, jak z yeti – wszyscy słyszeli, że istnieje, ale nikt tego na własne oczy nie widział.

Wartością niewątpliwą omawianego numeru Młodego Technika był obszerny artykuł Rolanda Wacławka, człowieka niosącego kaganek cyfrowej oświaty łaknącym wiedzy ówczesnym napalonym na bity i bajty. Kaganek ów, z racji rozdzielczości tamtejszych komputerów, zapewne przypominał kanciastością pochodnię naścienną spotykaną obecnie jedynie w wirtualnych chatach użytkowników “Minecrafta”. Jakkolwiek by niesiony przez Rolanda Wacławka kaganek nie wyglądał, spełniał w latach osiemdziesiątych XX wieku swoją rolę – dzięki niesionemu kagankowi redaktor Wacławek umysły młode rozjaśniał, wiedzę w głowy ładował, cyberświat epoki piksela łupanego klarował, za co redaktorowi należy się pomnik, nawet dwa.

We wrześniu 1984 Roland Wacławek wziął na tapetę grafikę komputerową. Na zadrukowanej drobnych maczkiem kartkach Młodego Technika tłumaczył, co to grafika komputerowa i czym się ją je, jak jest skonstruowana, czemu służy już (czyli w przeszłości) i czemu będzie służyć w przyszłości (czyli też w przeszłości) oraz co to za cuda te wszystkie drukarki, plotery i grafoskopy. Tym, którym w młodości umknęło, co to grafoskop, spieszę wyjaśnić, że to monitor graficzny. Czyli, jakby na to nie patrzeć, coś o parametrach dzisiejszego wyświetlacza w komórce. Oczywiście porównując go z… ekhmmm… grafoskopami dostępnymi za ciężkie pieniądze wtedy, kiedy Roland Wacławek oddawał swój artykuł poświęcony grafice komputerowej do druku.

Tym żył każdy szanujący się młody technik we wrześniu 1984.

Tomasz Wawrzyczek: Rocznik 69. Z wykształcenia programista o specjalizacji „programowanie maszyn matematycznych” (takie były kiedyś specjalizacje). Z pasji projektant i fotograf. Z zawodu: projektant wzornictwa przemysłowego w zakresie GUI. Z życia członek rodziny. Z mieszkania w Rybniku.

Dołącz do dyskusji

Advertisement