Telefon pełen sprzeczności – recenzja Nokii Lumii 800

SW Testuje 30.12.2011
Telefon pełen sprzeczności – recenzja Nokii Lumii 800

Telefon pełen sprzeczności – recenzja Nokii Lumii 800

Przyznaję się od razu – z produktów Nokii nie korzystam już od kilku dobrych lat, a po przygodzie z modelami takimi jak 5110, 5510 czy (ostatnim w mojej karierze) 6630, nowe urządzenia praktycznie w ogóle nie zwracały na siebie mojej uwagi. Z drugiej strony, z Windows Phone korzystałem całkiem niedawno już na kilku telefonach, choć do momentu dłuższej przygody właśnie z najnowszym produktem fińskiego koncernu nie miałem jeszcze wyrobionego dokładnego zdania na jego temat. Do testu Nokii Lumii 800 podszedłem więc bez sentymentu, ale też bez praktycznie żadnych uprzedzeń – ani specjalnie nie szaleję (ani nie szalałem) za Nokią, ani nie zraził mnie do siebie Windows Phone. Po prostu „coś nowego”.

Jednocześnie mam świadomość, że jest to jedna z najważniejszych recenzji (które przyszło mi napisać), dotycząca przecież najważniejszego produktu Nokii, która właśnie od niego planuje rozpocząć walkę o odzyskanie korony największego producenta smartfonów na świecie. Czy całkowita zmiana systemu operacyjnego, nowy wygląd i nowe funkcje są wystarczające, aby pokonać konkurentów tworzących urządzenia z Windows Phone i czy (przede wszystkim) Nokia Lumia 800 jest w stanie przekonać do siebie miliony obecnych użytkowników smartfonów z innymi systemami operacyjnymi? Przekonajmy się!

DOTKNIJ MNE… (CZYLI WYGLĄD ZEWNĘTRZNY I JAKOŚĆ WYKONANIA)

Niewielkie pudełko (zgadnijcie jakie pudełko przypominające) mieści w sobie właściwie całkowicie standardowy zestaw – telefon, dokumentację (choć w formie raczej mocno skróconej), słuchawki (bez pilota – dostępny wyłącznie przycisk do odbierania rozmów), niezwykle solidny gumowy pokrowiec oraz ładowarkę, której pomimo usilnych starań nie da się określić mianem innym, niż „koszmarku”. W związku jednak z tym, że nie jest to zbyt istotne w codziennym użytkowaniu, nie będziemy się specjalnie pastwić nad tym elementem (choć tak brzydki dodatek do tak atrakcyjnego telefonu jest dość dziwnym posunięciem).

Kiedy już uporamy się z częścią „kartonową”, naszym oczom ukazuje się najistotniejsza zawartość – telefon i trzeba przyznać, że robi wrażenie. Niezależnie od tego, czy nam się podoba czy nie, minimalistyczny design zaproponowany przez Nokię przykuwa uwagę i skłania do refleksji, czy to faktycznie Apple posiada wyłączność (i oczywiście patenty) na „wygląd podstawowy” urządzeń mobilnych.

W przypadku wersji czarnej (dostępne są również odmiany niebieskie oraz „ciemna magenta”) o urządzeniu możemy powiedzieć właściwie tyle, że jest… czarne i jest smartfonem – ilość rozpraszających uwagę dodatków została ograniczona do krytycznego minimum. To, co trzymamy w ręce jest subtelną esencją współczesnego smartfona – czarna i (mniej więcej) prostopadłościenna bryła z dużym dotykowym ekranem. Efekt potęguje dodatkowo fakt, że praktycznie cały przedni panel (pokryty szkłem Gorilla Glass), przy wyłączonym ekranie jest absolutnie czarny i delikatnie połyskliwy, a wrażenia jednolitości nie psują lekko jedynie nakreślone oznaczenia pojemnościowych klawiszy funkcyjnych pod wyświetlaczem oraz logo producenta. W górnej i dolnej części pojawia się wprawdzie niewielki fragment plastikowej osłony pokrywającej boki oraz tył telefonu, jednak ten również zabarwiony został na kolor czarny, który choć nie jest aż tak „nasycony” jak czerń wygaszonego ekranu, nie rzuca się specjalnie w oczy.

Tył Nokii 800 jest jedynie nieco bardziej urozmaicony poprzez umieszczenie na nim dość sporego pasa w kolorze srebrnym z logo producenta, dodatkową informacją na temat aparatu (Carl Zeiss) oraz podwójną diodą LED, umożliwiającą dodatkowe oświetlenie zdjęć wykonywanych w gorszych pod tym względem warunkach. W tym miejscu można mieć zastrzeżenia do dwóch elementów – po pierwsze wspomniany wcześniej srebrny pasek (w przeciwieństwie do całego telefonu) jest niezwykle podatny na zarysowania i w przypadku testowanego modelu porysował się albo w ciągu pierwszych 5 minut zabawy, albo stało się to… jeszcze w czasie transportu. Do tego czarny, plastikowy i nie do końca matowy materiał pozostałej części tylnej „klapki” jest dość podatny na zbieranie odcisków palców.

Oczywiście całość została wykonana zgodnie z najnowszą modą i zapotrzebowaniem klientów (czy aby na pewno?) na konstrukcje unibody, w związku z czym elementów ruchomych w Nokii Lumia 800 praktycznie nie odnajdziemy. Z jednej strony może to być poważną wadą dla wielu użytkowników, którzy nie będą chociażby w stanie wymienić samodzielnie baterii, natomiast z drugiej stronysprawia to, że urządzenie daje nam wrażenie niesamowicie solidnie wykonanego. Prawdopodobnie właśnie ta zaleta będzie w stanie (po przyzwyczajeniu) przesłonić wady wynikające z „braku klapek”.

Gdyby jednak zabrakło jakichkolwiek złącz, telefon byłby dość trudny w codziennej obsłudze – gdzieś przecież musimy włożyć kartę SIM (kart pamięci nie możemy niestety włożyć nigdzie), słuchawki czy kabel USB do ładowania i synchronizacji. Pozornie na obudowie znajduje się tylko jeden otwór – wejście słuchawkowe miniJack 3,5mm, jednak po krótkich poszukiwaniach (o ile nie zaczęliśmy naszej przygody od przeczytania instrukcji) odkryjemy w górnej części urządzenia dwie zaślepki – jedną odpowiedzialną za ochronę wejścia mini USB oraz drugą, odpowiedzialną za slot microSIM (tak, micro) – charakterystyczną wysuwaną tackę, do której wyciągnięcia na szczęście nie potrzeba dodatkowych „igiełek”.

Rozwiązanie to ma bez wątpienia swoje wady i zalety. Jego zastosowanie powoduje spotęgowanie jednobryłowości telefonu, choć trzeba przyznać, że konieczność każdorazowego otwierania pokrywki a następnie ładowania urządzenia w ten sposób nie jest ani szczególnie przyjemne, ani nie wygląda zbyt efektownie a do tego dochodzi jeszcze oczywiście troska o nie wyłamanie tego elementu.

Poza tym nie uświadczymy raczej zbyt wielu ciekawostek na obudowie nowej Nokii – cztery przyciski po prawej stronie smartfona służą (kolejno od dołu) do aktywacji aparatu, blokowania i odblokowywania telefonu (oraz wyłączania), a także regulacji głośności. Małe zastrzeżenia można mieć do dwóch pierwszych z nich – klawisz aparatu jest oczywiście dwustopniowy (aby ułatwić „ostrzenie” zdjęć), jednak nie jest specjalnie wygodny, głównie ze względu na swoją „miękkość” oraz dość niewyczuwalny pierwszy poziom „skoku”.

Przycisk „power” jest za to umieszczony nieco zbyt blisko klawiszy regulacji głośności oraz niekoniecznie tam, gdzie szukamy go bezpośrednio po chwyceniu urządzenia (tzn. mógłby być trochę w innym miejscu). Nie miałbym naprawdę nic przeciwko temu, żeby znajdował się po prawej stronie całkowicie samotny – lewa strona jest przecież całkowicie pusta, a o wiele częściej aktywujemy i dezaktywujemy blokadę ekranu niż zmieniamy poziom głośności.

Oprócz tego pozostają nam już tylko dwa głośniki (nad ekranem i na ‘stopce’) oraz niemal niezauważalny otwór mikrofonu, znajdujący się w lewej części tuż pod ekranem.

Sam kształt telefonu również jest dość oryginalny – w rzucie z przodu i z tyłu jest on bowiem niemal idealnie prostokątny, co po raz kolejny podkreśla minimalizm całej bryły. Z profilu możemy dostrzec jednak pewne subtelności, dzięki czemu będziemy w stanie bez problemu odróżnić Nokię 800 np. od dużego, czarnego pudełka zapałek. Zaokrąglone zostały przede wszystkim boczne krawędzie, dzięki czemu telefon, nawet pomimo swoich całkiem słusznych rozmiarów i masy trzyma się w ręce całkiem wygodnie, a górna i dolna część delikatnie „schodzi się” ku ściętym szczytom. W najgrubszym miejscu telefon mierzy sobie nieco ponad 12 milimetrów – nie tak dużo, choć właśnie przez charakterystyczne ścięcia wydaje się być nieco… beczkowaty.

Oczywiście nie byłbym sobą, gdybym nie przyczepił się do wszystkiego, co choć trochę mi nie odpowiada i niestety (łagodne, ale jednak) słowa krytyki należą się również klawiszom pod ekranem. Działają wprawdzie bez najmniejszego zarzutu i reagują na każdy, nawet najmniejszy dotyk, ale problemem jest tutaj coś zupełnie innego. Łatwo zauważyć, że nie znajdują się one dokładnie w dolnej części pokrytego szkłem panelu, a mniej więcej jeden centymetr ponad jego dolną granicą. Jaką funkcję pełni więc pusta przestrzeń? Odpowiedź jest prosta – żadną. Nie dość, że jest to zmarnowane miejsce, to na dodatek przez pierwsze kilka dni w naturalny sposób staramy się właśnie tam szukać tych przycisków, co oczywiście kończy się w najlepszym przypadku pozostawieniem naszych odcisków palców. Domyślam się, że zastosowanie „wyższego” ekranu byłoby problematyczne, ze względu na jego niestandardowy rozmiar oraz przekątną (przynajmniej dla Windows Phone), ale można by przynajmniej „przedłużyć” zasięg tych klawiszy. Wada ta wprawdzie nie wpływa w znaczący sposób na funkcjonowanie całego urządzenia (wystarczy się przyzwyczaić), ani na jego wygląd (dalej wygląda rewelacyjnie), ale pozostawia uczucie niedosytu i świadomość, że Nokia aż tak bardzo się nie przyłożyła – wzięty został „szkielet” N9, do którego włożono Windows Phone i niezbędne dla niego dodatki w postaci właśnie tych klawiszy, bez specjalnej optymalizacji (z wyjątkiem zmniejszenia ekranu właśnie na potrzeby tych przycisków oraz wymagań dotyczących rozdzielczości w WP7).

Czego jeszcze zabrakło? Oczywiście kamery do przeprowadzania wideorozmów. Biorąc pod uwagę fakt, że odpowiednie aplikacje znajdują się już w Marketplace, a każdy mijający dzień nieubłaganie przybliża nas do premiery Skype dla platformy mobilnej Microsoftu, jest to naprawdę poważne niedopatrzenie, które nieco zmniejsza wartość Nokii 800 jako długoterminowej inwestycji. Jeśli jednak nie lubimy pokazywać się publicznie/znajomym – nie ma problemu – nie będziemy musieli martwić się, że przypadkiem zaprezentujemy naszą facjatę rozmówcy (albo rozmówcom).

Wszystkie te drobne wady i niedociągnięcia nie zmieniają jednak faktu, że Nokia Lumia 800 prezentuje się doskonale, przyciąga wzrok i… kojarzy mi się z ThinkPadami, co jest w moim przypadku jednym z największych komplementów.

PATRZ NA MNIE (CZYLI EKRAN)

Czym byłby smartfon bez dużego, dotykowego ekranu o wysokiej rozdzielczości? Według niektórych to właśnie ten element w głównej mierze określa, do jakiej kategorii zalicza się telefon i jeśli i my posługiwalibyśmy się tym kryterium, Lumia 800 oczywiście byłaby „smartfonem pełną gębą”. Ekran o przekątnej 3,7” przy rozdzielczości 480 x 800 (252 piksele na cal), wykonany w technologii AMOLED, wspomaganą przy tym rozwiązaniem ClearBlack i PenTile oraz pokryty wytrzymałym szkłem Gorilla Glass robi naprawdę dobre wrażenie, choć nie da się ukryć, że raczej nie pod każdym względem powala na kolana.

Na szczególną uwagę zasługuje nasycenie kolorów, w tym przede wszystkim czarnego. Jest on na tyle intensywny, że jeśli naszą „tapetą” ekranu głównego będzie właśnie ta barwa (dostępne są tylko dwie), to możemy mieć problem ze stwierdzeniem gdzie kończy się faktyczna powierzchnia robocza czuła na dotyk, a gdzie zaczyna się niewrażliwa ramka. Na szczęście nie jest to przy tym zbytnim problemem pod względem obsługi i niezbyt często zdarza nam się faktycznie wykonać „gest” na bocznej krawędzi, która nie dość, że jest dość cienka, to na dodatek dość szybko „schodzi” w dół, dzięki czemu takich pomyłek jest dość niewiele.

Oglądanie zdjęć, filmów wideo czy teledysków jest więc (oczywiście w rozumieniu „komórkowym”) czystą przyjemnością, jednak jak już zostało powiedziane, ekran nie zawsze sprawia takie dobre wrażenie, głównie ze względu na dość mocno widoczne piksele lub… (ujmując problem obrazowo) ich siatkę. Efekt ten jest widoczny zwłaszcza w przypadku tekstów na jednokolorowych tłach i jest to o tyle nieszczęśliwe (dla Nokii), że widać to już na samym ekranie głównym. Trudno określić to jako tragedię, ale ogólne wrażenie w wielu przypadkach jest podobne do tego, jakie mamy podczas korzystania z komputera, na którym wyłączone zostało systemowe wygładzanie czcionek. Tyle, że w tym przypadku niestety nie pomoże żadna opcja – tak być musi i koniec.

Czy da się z tym żyć? Oczywiście, nie jest tak, że na ekranie nie da się nic odczytać, a każda litera to zbiór kwadratów wielkości główki od zapałki – po prostu ktoś, kto miał wcześniej do czynienia z Retiną lub innymi wyświetlaczami o naprawdę wysokiej rozdzielczości, może początkowo odczuwać drobny dyskomfort, związany z brakiem efektownego wygładzenia wszystkich elementów systemu.

UCHWYĆ CHWILĘ (CZYLI APARAT FOTOGRAFICZNY)

Nokia w przypadku modelu Lumia 800 chwali się zastosowaniem aparatu o matrycy 8 MPX, „optyce” Carl Zeiss, mechanizmie automatycznej regulacji ostrości oraz podwójnej diodzie doświetlającej LED. Co jest w stanie zapewnić nam w rzeczywistości takie cudo? Oczywiście zdjęcia o dużej rozdzielczości, co może się przydać przede wszystkim w sytuacjach, kiedy planujemy je w późniejszym czasie „obrabiać” – 3264 na 2448 jest całkowicie wystarczające, aby ze zdjęcia „pejzażowego” wyciąć co najmniej kilka interesujących ujęć.

Jeśli jednak chodzi o jakość wykonywanych zdjęć, to pomimo wszystkich „dodatków”, jest… po prostu różnie. Wystarczą niewielkie problemy w oświetleniu sceny, którą chcemy uchwycić, aby natychmiast na zdjęciu pojawiło się bardziej niż wyraźne ziarno, przez co przeglądanie takich zdjęć nie sprawia aż takiej przyjemności, a same fotografie wyraźnie tracą na jakości i ilości szczegółów. W świetle dziennym nie ma na szczęście takich problemów i wykonywane nową Nokią zdjęcia można określić jako bardzo dobre (jak na telefon oczywiście) – spokojnie może nam zastąpić standardową cyfrówkę w większości zastosowań.

Na uwagę zasługuje za to całkiem pokaźna ilość opcji, które możemy konfigurować w przypadku aparatu, zaczynając od rozdzielczości, proporcji (4:3, 16:9, etc), przez ISO, balans bieli, tryb pomiaru, aż po wartość ekspozycji, kontrast, nasycenie czy tryb ostrości i redukcję migotania (?). Raczej średnio jednak prawdopodobne, że ktokolwiek będzie na co dzień korzystał z większej ilości opcji niż geotagging czy włączanie i wyłączanie lampy błyskowej, która potrafi w niektórych sytuacjach być wyraźnie zbyt intensywna.

Oczywiście Lumia 800 potrafi również nagrywać filmy wideo, przy czym maksymalna ich rozdzielczość to HD (720p) i tutaj należy zaznaczyć, że zarówno jeśli chodzi o jakość rejestrowanego wideo, jak i dźwięku stoją one na wysokim poziomie. Całość jest przy tym wspierana podobnie obszerną jak w przypadku statycznych zdjęć ilością opcji oraz automatycznym i w miarę płynną (choć miejscami dość powolną) automatyczną regulacją ostrości. Filmu dokumentalnego raczej więc nie uda nam się zarejestrować, ale krótkie nagranie z weekendowego wyjazdu poza miasto powinno być nadawać się do późniejszego oglądania.

NOKIA – CONNECTING PEOPLE (CZYLI RODZAJ, JAKOŚĆ POŁACZEŃ I ZASIĘG)

Jak na smartfona przystało, Nokia Lumia 800 oferuje nam większość standardów połączeń, w tym m.in. HSDPA 14,4 Mbps oraz HSUPA 5,76 Mbps. Nie bawiąc się w szczegółowe testy, można z czystym sumieniem potwierdzić, że jest to całkowicie wystarczająca prędkość, aby z przyjemnością móc korzystać nie tylko z podstawowych stron internetowych, ale np. aplikacji YouTube i serwisów dostarczających na nasze urządzenie np. muzykę.

Nie można zbytnio przyczepić się na szczęście również do jakości rozmów i poziomu zasięgu (telefon nadawał się do użytkowania nawet w miejscach, w których zasięg był niezbyt mocny), choć w tym pierwszym przypadku „nauszne” wrażenia nie są aż tak doskonałe jak w przypadku któregokolwiek z użytkowanych przeze mnie na co dzień telefonów BlackBerry. W przypadku Nokii odnosiłem wrażenie, że dźwięk nie jest kierowany „prosto do ucha”, a „wszędzie do okoła”. Na szczęście po testach przeprowadzonych na kilku telefonach znajomych okazało się, że to nie Nokia jest zła (pod tym względem raczej nie odstaje specjalnie od reszty stawki), a po prostu… BlackBerry jest takie dobre pod tym względem.

Oprócz tego na pokładzie znajdziemy Bluetooth, WiFi (w standardach b/g/n) oraz GPS ze wsparciem aGPS. Czego zabrakło? Właściwie jedynym, co może okazać się pomocne w niedalekiej przyszłości, a czego nie ma na pokładzie nowej Nokii jest NFC, które jednak prawdopodobnie nie będzie wszystkim niezbędne do pełnego szczęścia, a i na chwilę obecną nie jest obsługiwane przez system Windows Phone.

JAK DŁUGO ZE MNĄ WYTRZYMASZ? (CZYLI BATERIA)

Przyzwyczailiśmy się już do tego, że nowy smartfon przy intensywnym użytkowaniu nie ma najmniejszych szans na przeżycie dłużej niż od rana do wieczora i tak jest i w tym przypadku. Ogniwo o pojemności 1450 mAh przy aktywnych 3 kontach mailowych, powiadomieniach z Facebooka, częstym przeglądaniu Twittera, kilku bardzo krótkich rozmowach telefonicznych, stałym połączeniu z siecią WiFi i 3G, kilkunastominutowej zabawie z internetem i 10 minutach gry, jest w stanie dostarczyć nam energii przez około 11 do 15 godzin, a więc bez większego problemu powinno pozwolić nam na pracę od rana do późnego popołudnia. Dobrze czy źle? Ciężko powiedzieć – każdy z nas musi sam ocenić, czy jest to wynik wystarczający, czy konieczne będą dodatkowe ładowarki w pracy i/lub samochodzie. Z całą pewnością nie jest to jednak wynik ani tragiczny, ani też rewelacyjny.

W przypadku o wiele lżejszego użytkowania (1 konto pocztowe, kilkanaście minut internetu, około godzina rozmów telefonicznych i Facebook) bateria była w stanie wytrzymać prawie 1,5 dnia, po czym odmówiła dalszej współpracy.

POPATRZ PRZEZ OKNO (CZYLI SYSTEM OPERACYJNY)

Oczywiście doskonale wiadomo, że nie wystarczy wyłącznie duży ekran dotykowy, aby urządzenie można było nazwać smartfonem – niezbędny jest również odpowiednio zaawansowany system operacyjny i w tym modelu, po raz pierwszy w historii fińskiego producenta, zdecydowano się na porzucenie poczciwego, choć nieco podstarzałego już (przynajmniej według niektórych) Symbiana, na rzecz zupełnie świeżej platformy Microsoftu – Windows Phone. Docelowo to właśnie to oprogramowanie systemowe zarządzać będzie wszystkimi najlepszymi smartfonami Nokii, w związku z czym niestety wiele nie zależy od niej, a od jego producenta, który jest odpowiedzialny m.in. za aktualizacje. Na szczęście udało jej się przemycić nieco treści, które są w stanie wyróżnić ją w tłumie teoretycznie takich samych telefonów z Windowsem na pokładzie. Czy jednak wystarczająco? Sama analiza dodatków nie wystarczy jednak, aby ostatecznie oceni najnowszy produkt Nokii, więc postaramy się przebadać również najistotniejsze „elementy wspólne”.

JESTEM TAKI WYJĄTKOWY… ALBO NIE (CZYLI PERSONALIZACJA)

Jeśli iPhone wydawał się komukolwiek synonimem urządzenia, w przypadku którego możliwości personalizacji ograniczone zostały do minimum, powinien natychmiast poświęcić chwilę Windows Phone. W tym przypadku zmienić nie możemy praktycznie nic – lekkim modyfikacjom może ulec najwyżej ekran główny z rozpoznawalnym już z daleka interfejsem Metro. Co możemy na nim zdziałać? Zmienić kolejność kafelków, ich kolor (ale tylko dla systemowych aplikacji – inne żyją własnym życiem) oraz kolor tła, przy czym nie myślmy sobie, że możemy np. zaproponować systemowi własną tapetę – do wyboru są dwa kolory tła (czarny i biały) oraz około 10 kolorów kafelków. Koniec możliwości personalizacji (przynajmniej na nieodblokowanym systemie). Pozostałe elementy systemu nie są wrażliwe na jakiekolwiek zmiany wizualne, które chcielibyśmy na nich przeprowadzić (lub przynajmniej przetestować).

Na szczęście nikt nie zmusza nas do wykorzystywania wszędzie tego samego dzwonka i możemy dowolnie skonfigurować powiadomienia dźwiękowe dla połączeń przychodzących, wiadomości SMS lub IM, poczty głosowej oraz wiadomości email. Możemy nawet za pomocą Zune dodać własne melodie dzwonków. I to również koniec. Żadnych profili, żadnych bardziej skomplikowanych możliwości wprowadzenia zmian, choć sytuację ratuje trochę możliwość przypisania dowolnych dzwonków do konkretnych osób (grupy wydają się odporne na taką działalność).

I to już chyba naprawdę wszystkie sposoby, jakie mogą pozwolić nam na odróżnienie swojego telefonu od milionów (miejmy nadzieję) urządzeń z Windows Phone na świecie.

WIZYTA W ŁAZIENCE (CZYLI KAFELKI I POWIADOMIENIA)

Nie jednak w możliwościach personalizacji, a w teoretycznie prymitywnym interfejsie Metro leży siła Windows Phone i to właśnie dzięki niemu mamy (dość przerażające) wrażenie, że telefon praktycznie cały czas żyje i „coś się na nim dzieje”. Przede wszystkim do ekranu głównego możemy „przypiąć” w formie kafelka praktycznie wszystko, co tylko nam się zamarzy. Od ikon aplikacji systemowych, przez ikony aplikacji innych producentów, aż po strony internetowe, konkretne kontakty lub ich grupy czy nawet określone płyty z muzyką dodaną wcześniej do urządzenia za pomocą Zune. Warto przy tym jednak pamiętać, że z wyjątkiem wybranych aplikacji systemowych, nasze kafelki mają w zdecydowanej większości przypadków taki sam rozmiar i zajmują pojedynczą kratkę (na ekranie głównym możemy zmieścić dwie takie ikony obok siebie, w sumie 8 na panelu głównym).

Gdyby jednak kafelki te potrafiły tylko „istnieć”, niosąc ze sobą wyłącznie nazwę i ewentualnie grafikę aplikacji, byłoby to po prostu jedno wielkie marnowanie miejsca, dlatego też Microsoft postanowił całkiem umiejętnie połączyć możliwości znanych z Androida widgetów z rozmiarami przerośniętej ikony, dzięki czemu odnosimy właśnie wrażenie „ożywienia systemu”. Większość z nich (o ile programista tak zaprojektował swoją aplikację) jest w stanie wyświetlać wybrane informacje na swojej ikonie, i tak np. Foursquare wyświetla naprzemiennie swoją grafikę i naszą punktację na tle innych, aplikacja pogodowa wyświetla naszą lokalizację i pogodę dla niej, kafelki grup lub kontaktów wyświetlają nowe zdarzenia i aktualizacje statusu, i tak dalej i tak dalej – możliwości są praktycznie nieograniczone, a odpowiednio przygotowanych programów z dnia na dzień pojawia się coraz więcej.

Jedyną wadą takiego rozwiązania jest ich niewielka „inwazyjność” – powiadomienia w Windows Phone podzielone zostały bowiem na trzy kategorie (przy czym nic nie stoi na przeszkodzie, o ile jest taka opcja w aplikacji, aby dostępne były wszystkie trzy jednocześnie) – „kafelkowe” (również gdy aplikacja jest wyłączona), „wewnątrz aplikacji” (tylko gry program jest otwarty) oraz w górnej części ekranu głównego (wąski pasek), aktywujące się zarówno podczas odblokowanego jak i zablokowanego ekranu głównego (z obydwu miejsc możemy równie łatwo odrzucić, co przejść bezpośrednio do danej wiadomości). Łatwo się domyślić, że faktycznie funkcjonalne będą jedynie powiadomienia w postaci górnej belki (nie jest ona „rozwijalna” i wyświetla wyłącznie jedno, najnowsze zdarzenie), podczas gdy kafelkom trzeba się przyglądać, aby zobaczyć czy „coś się na nich dzieje”. Problem pojawia się w momencie, kiedy najważniejsze aplikacje nie posiadają „belkowego” trybu powiadomień (jako jedyny wspomagany jest również dźwiękiem i wibracją). Jedną z nich jest Twitter, gdzie możemy praktycznie zapomnieć o prowadzeniu korespondencji w czasie rzeczywistym i cofamy się do średniowiecza mobilnych systemów, gdzie umęczeni chłopi musieli przez cały dzień i pół nocy wciskać przycisk „odśwież”. Owszem, po określonym czasie informacja o nowej wzmiance pojawi się na kafelku „Ja”, ale po pierwsze bez żadnego powiadomienia dźwiękowego, a po drugie, jeśli zamiast tego korzystamy z oficjalnej aplikacji Twitter, w efekcie… nie pojawi nam się nic, nawet gwiazdka na ikonce. O wiele lepiej sprawuje się w tym przypadku Facebook, który potrafi zarówno zaburczeć, zadzwonić i dodatkowo wyświetlić liczbę nieprzeczytanych powiadomień.

Wspomniany wcześniej kafelek „Ja” jest niczym innym jak wyciągniętym domyślnie na pulpit kafelkiem kontaktu reprezentującego naszą osobę i zbierającą wszystkie powiadomienia dotyczące naszych profili w sieciach społecznościowych, które dodamy do naszego profilu podczas konfiguracji (Facebook, Twitter, LinkedIn, Windows Live, etc). Funkcjonuje przy tym w obie strony – za jej pomocą możemy sprawdzić co napisano o nas oraz wysłać wiadomości do wszystkich sieci społecznościowych jednocześnie. Problemem w tym przypadku jest jednak nie tylko brak powiadomień, na które można w realnym czasie zareagować, ale również ograniczoność tego rozwiązania. Nie możemy w ten sposób chociażby obsługiwać prywatnych wiadomości z Twittera czy nawet dostać się do historii rozmowy prowadzonej za pośrednictwem tego serwisu – jedyne, co właściwie możemy zrobić z danym tweetem to odpowiedzieć na niego lub opublikować ponownie (przy czym obie opcje podpisane są… dokładnie tak samo). Wbudowany w ten kafelek (oraz kafelek „Kontakty”) klient Facebooka również nie powala możliwościami i trzeba ratować się dodatkową aplikacją.

Jakie więc są słynne już kafelki? Zdecydowanie można je zaliczyć do kategorii dobrych pomysłów i choć na pierwszy rzut oka nie rzucają na kolana, z biegiem czasu można docenić ich prawdziwą wartość. Wszystko jednak wygląda w dalszym ciągu, jakby przebywało w fazie planowania – pomysł jest świetny, ale jeszcze trochę czasu minie, zanim ostatecznie zrealizowane zostaną zamierzenia projektantów Microsoftu, a co gorsza, jakość tego rozwiązania zależeć będzie w dużym stopniu od programistów niezależnych. Jeśli zaczną oni ignorować możliwości kafelków, możemy z powodzeniem uznać interfejs Metro za całkowicie bezsensowny.

Czego przy tym wszystkim brakuje? Oczywiście możliwości tworzenia folderów (lista potrafi urosnąć bardzo szybko do przerażających rozmiarów) i możliwości sortowania programów inaczej, niż na podstawie ich nazwy.

NAPISZ DO MNIE (A JA NAPISZE DO CIEBIE) (CZYLI WIADOMOŚCI EMAIL I SMS)

W przypadku SMS niewiele można napisać – są, działają, pozwalają na załączanie plików multimedialnych (czyli są także MMS), wszystko ułożone jest w standardowym aż do bólu czacie, a jako bonus możemy potraktować całkowicie bezbolesną integrację tej skrzynki z komunikatorem Facebooka (w efekcie zastanawiałem się skąd niektórzy mają mój numer telefonu – okazało się, że wysłali mi wiadomości na czacie FB) oraz Windows Live Messengerem. Momentami zastanawiało mnie, dlaczego tak głośno jest o iMessage, które przecież jest niemiłosiernie ograniczone (jeśli chodzi o „zasięg”), a o o wiele ciekawszej integracji przygotowanej przez Microsoft praktycznie się nie mówi. Nie zmienia to jednak faktu, że działa tak jak powinno – szybko, sprawnie, bez skomplikowanej i niepotrzebnej konfiguracji.

Skrzynka email od premiery Windows Phone w wersji Mango zyskała kilka dodatków i usprawnień, dzięki którym nareszcie da się z niej korzystać. Zaczynając od łączenia wielu skrzynek email w jedną (możemy dowolnie wybrać, które z nich będą razem, a które oddzielnie), a kończąc na możliwości organizacji wiadomości w wątki. Jeśli miałbym porównać skrzynkę WP7 ze skrzynką BlackBerry, to pod względem estetyki i nowoczesnego wyglądu wygrywa Windows Phone, ale „ładne ciuszki” nie zdołały mnie nabrać – w dalszym ciągu brakuje wielu opcji, z których korzystam na co dzień i bez których nie wyobrażam sobie przetwarzania każdego dnia kilkudziesięciu, albo i nawet kilkuset wiadomości email. Jeśli komuś jednak wystarczy podstawowa funkcjonalność, Windows Phone może nadać się do obsługi email – nic nie stoi na przeszkodzie, a do tego wszystko jest ładnie i schludnie zrealizowane.

Oczywiście „push” dostępny jest wyłącznie dla wybranych kont, w tym m.in. Gmail oraz Hotmail, wraz z dwukierunkową synchronizacją elementów przeczytanych/nieprzeczytanych oraz usuniętych. Słowem: niewiele różni się od tego, co można znaleźć w Androidzie czy iOS.

ZNAJDŹ MNIE (CZYLI WYSZUKIWANIE)

Tutaj muszę niestety okazać swoje duże rozczarowanie, wynikające z tego, że funkcją „fizycznego” przycisku wyszukiwania jest chyba jedynie nabijanie odsłon wyszukiwarki Microsoftu – Bing. Jeśli już poświęcono na niego tyle miejsca na obudowie, mógłby przecież pełnić z powodzeniem funkcje przeszukiwarki aplikacji, w której się aktualnie znajdujemy. Przykład? Jeśli otworzymy skrzynkę pocztową, wciśnięcie klawisza z lupą spowoduje otwarcie menu wyszukiwania oraz wysunięcie wirtualnej klawiatury. Nie, oczywiście muszę w tym celu odszukać małej ikonki, która raz znajduje się tu, raz tam, a kliknięcie przycisku na obudowie przekieruje mnie do Binga. Rozumiem, że trzeba promować swój produkt, ale to jest jawny akurat gwałt na funkcjonalności i logice. Przecież Binga (hej, kto z tego korzysta?) można przypiąć w postaci kafelka do ekranu głównego…

NA INTERNET! (PRZEGLĄDARKA)

O przeglądarce nie można napisać zbyt wiele – jest po prostu szybka, oferuje wszystko co powinna oferować nowoczesna przeglądarka (teraz już można powiedzieć, że nie zalicza się do wymagań Flasha), a przy tym zaprojektowana jest tak, aby jak najwięcej miejsca pozostało na treść wczytywanej strony, zamiast jej opcje. W ten sposób jedynym widocznym elementem jest w rzeczywiści pasek adresu umieszczony na dole ekranu – dopiero po jego rozwinięciu otrzymujemy dostęp do wszystkich funkcji (które zajmują zdrowo ponad połowę ekranu), takich jak karty, zakładki, ulubione, historia przeglądania, „przypinanie” kafelka do ekranu głównego czy wysyłanie adresu WWW do praktycznie dowolnego źródła (emaile, komunikatory, sieci społecznościowe, etc).

Podobnie jak w przypadku większości rozwiązań, również to ma zarówno duże zalety, jak i wady. Do tej drugiej kategorii można zaliczyć brak błyskawicznego dostępu do otwartych w tle kart – za każdym razem opcję tę trzeba wybierać z rozwijanego menu, co dla „hardcore’owych” użytkowników internetu w komórce może być pewnym utrudnieniem.

Poza tym trudno jest mieć zastrzeżenia do jakiegokolwiek elementu, łącznie z obsługą HTML5, który przecież ma być przyszłością internetu i to nie tylko mobilnego.

NA ZAKUPY! (WINDOWS MARKETPLACE)

Sto, dwieście albo najlepiej pięćset – tyle tysięcy aplikacji należy mieć, aby system mobilny mógł być zostać uznany za zaawansowany. W porównaniu do Android Market i Apple AppStore, Windows Phone Marketplace prezentuje się (ilościowo) dość mizernie, mogąc pochwalić się zaledwie 50 000 programów i gier. Wbrew obawom nie jest jednak aż tak źle i większość z nas powinna odnaleźć wszystkie niezbędne programy, które wcale nie są gorsze niż w przypadku platform konkurencyjnych, a zastosowanie interfejsu Metro nadaje im dodatkowej wyjątkowości.

Być może nie jestem najlepszą osobą do oceniania czy taka ilość i jakość aplikacji faktycznie wystarczy (rzadko kiedy instaluję ich więcej niż 10), ale bez najmniejszego problemu znalazłem wszystkie programy, z których korzystałem na wszystkich dotychczasowych platformach – BlackBerry OS, Android i iOS – od Foursquare, przez Twittera, Facebooka, pogodynki, czytniki RSS (z integracją z Google Readerem), Google Voice (choć w wersji nieoficjalnej), komunikatory (w tym przypadku IM+ oraz Kik Messenger), Shazam, TuneIn Radio, aż po Listonica i aplikacje do obsługi last.fm. Większość z nich przy tym sprawowała się bez zarzutu, działa błyskawicznie i nie powodowała żadnych błędów czy spowolnień systemu, nawet kiedy (teoretycznie) wszystkie z nich działały w tle.

Jedynym na co mogę ponarzekać jest jak na razie brak naprawdę ciekawych gier (przyznaję, że polowałem na konkretne tytuły – Dead Space, FIFA 12 i podobne). Owszem, dla zdesperowanych znajdzie się z pewnością kilka atrakcyjnych tytułów, a niektóre z nich oferują nawet pełną integrację z Xbox LIVE (łącznie z przenoszeniem osiągnięć czy zdobytych punktów), ale zdecydowanie nie są to gry, które potrafiłyby mnie wciągnąć na dłużej niż kilkanaście minut. Dodatkowo tak szumnie reklamowana integracja z Xboxem ogranicza się u nas właściwie wyłącznie do możliwości uzyskania podglądu swoje konta, zmiany awatara czy zamiany naszego telefonu w pilot do konsoli (oczywiście wyłącznie do poruszania się po menu głównym).

Oprócz gier, nieco brakuje również… zdublowanych aplikacji, służących w teorii do tego samego, ale dających nam jakikolwiek wybór. Na chwilę obecną, z wyjątkiem może kilku kategorii, część programów występuje wyłącznie w “formie pojedynczej”, przez co szukanie alternatywnych rozwiązań tego samego problemu jest sporym problemem.

Ciekawym rozwiązaniem w Marketplace, w przeciwieństwie np. do AppStore jest dostępność wersji próbnych aplikacji, w przypadku praktycznie wszystkich (a jeśli nie to przynajmniej znakomitej większości) pozycji. Dzięki temu z jednej strony zaoszczędziłem całkiem sporo dolarów, natomiast z drugiej strony programista tych dolarów nie zarobił i tylko ja jestem szczęśliwy z powodu tego, że mogłem wcześniej sprawdzić „z czym to się je” (i że wcale tego nie chcę).

NA WAKACJE! (NAWIGACJA I MAPY)

Jednym z najważniejszych dodatków, mających zapewnić Nokii drogę na szczyt, przynajmniej wśród producentów telefonów z tym samym oprogramowaniem, ma być zestaw aplikacji mapowych i nawigacyjnych, składający się z dwóch niezwykle sugestywnie opisanych programów – Nawigacja i Mapy. W stosunku do obydwu z nich miałem ogromne nadzieje i niestety niemal równie mocno się rozczarowałem, głównie tym, że obie pozycje są co najwyżej w fazie beta.

Zachęcony dobrymi opiniami na temat ich odpowiedników dla Symbiana, zacząłem od Nokia Maps, kiedy podczas jednego ze spotkań chciałem pokazać drogę z lotniska do hotelu, w którym miałem ostatnio przyjemność nocować. Niestety zakończyło się to koniecznością wyciągnięcia z drugiej kieszeni mojego BlackBerry i uruchomienia Google Maps. Dlaczego? Nokia Maps nie umożliwia wyznaczenia trasy pomiędzy dwoma dowolnymi punktami, a jedynie pomiędzy miejscem, w którym się obecnie znajdujemy, a miejscem wybranym przez nas. Efekt? Zapomnijcie o tym, że ustalicie sobie np. pieszą trasę godzinę wcześniej, aby potem obawiać się, że np. zabraknie wam na to czasu. Trasa z punktu A do B zostanie wytyczona wyłącznie pod warunkiem, że punkt A jest tym, gdzie stoicie.

Nokia Nawigacja zrobiła na mnie już od samego początku o wiele lepsze wrażenie. Choć oczywiście problem wyznaczania punktu początkowego pozostał (tutaj akurat jestem w stanie to zrozumieć), to moja lokalizacja wyszukana została dosłownie w ciągu kilku sekund, a mapa otaczających mnie okolic wydawała się całkiem dokładna. Do tego wszystkiego dodać można efektowny, ale przy tym intuicyjny i przejrzysty interfejs i już prawie „jesteśmy w domu”. „Prawie” okazało się być jednak dość poważną różnicą – po pierwsze, pomimo tego, że teoretycznie Nokia Nawigacja jest częścią systemu operacyjnego, w żaden sposób nie jest z nim zintegrowana. Próba wyznaczenia trasy na adres podany w jednym z kontaktów z książki adresowej zakończył się fiaskiem, w związku z czym musiałem wprowadzać go ręcznie. Później też nie było lepiej i miałem duże szczęście, że na pierwszy wypad z Nawigacją Nokia wybrałem się w trasę, którą dobrze znam, bo inaczej moja Fabia mogłaby do dzisiaj kurować się w jednym z pobliskich warsztatów.

Niestety nie miałem możliwości przetestowania tej aplikacji na dłuższych trasach, ale w niektórych miejscach (które wcale nie są nowe!) w mieście radzi sobie co najwyżej miernie. Brak jest chociażby jakiegokolwiek asystenta pasa ruchu, informacji o ograniczeniach prędkości, fotoradarach (nie żeby Fabia potrafiła rozpędzić się do prędkości większej niż 50 km/h, ale…), a do tego wszystkiego potrafi wydawać komendy w ostatniej chwili (co przy braku asystenta pasa ruchu może być tragiczne w skutkach) i prowadzić przez niektóre ronda praktycznie jak przez skrzyżowania.

Owszem, w ostatecznym rozrachunku zawsze udawało mi się dotrzeć tam gdzie powinienem, ale czasem Nokia sprawiała wrażenie, że nie tylko ja, ale i ona nie ma bladego pojęcia gdzie jestem i gdzie powinienem dalej jechać. Nokia Nawigacja jest więc dodatkiem bardzo ciekawym, mogącym być w przyszłości jednym z największych atutów firmowanej przez Finów wersji systemu, ale na razie programistów czeka jeszcze sporo pracy, zanim będę w stanie porzucić moje dedykowane urządzenie do nawigacji.

ZAŚPIEWAJMY COŚ WESOŁEGO (NOKIA MUSIC I MULTIMEDIA)

Drugim, co wyróżniać ma model Lumia 800 jest usługa Nokia Muzyka, która na szczęście bez większych problemów działa w naszym pięknym kraju. Co kryje się pod tą nazwą? Tzw. „Radio mix”, będący po prostu podzielonym na gatunki (do wyboru 5 gatunków i kilka pod-list) zbiorem losowo serwowanych nam utworów (w skrócie: radio internetowe). Zaletą RM jest przede wszystkim całkiem przyjemny dla ucha dobór utworów i płynne działanie (błyskawiczne pobieranie piosenek), możliwość pobrania wybranych utworów do pamięci urządzenia, dzięki czemu nie narażamy się na ponowne koszty związane z transmisją danych oraz całkowity brak dodatkowych opłat. Po prostu klikamy i słuchamy – żadnej filozofii, żadnych skomplikowanych ustawień.

W pakiecie z Radio Mix odnajdziemy również sklep z utworami w formacie MP3, gdzie niestety nie ma już taryfy ulgowej i jesteśmy zmuszeni zapłacić (choć ceny nie są akurat zbyt wygórowane – pojedynczy utwór kosztuje około 3,5zł), aplikację „Występy”, która w teorii powinna pokazywać wszystkie istotne wydarzenia kulturalne w naszej okolicy (we Wrocławiu najwyraźniej nic w najbliższym czasie się nie dzieje) oraz link do naszej biblioteki muzycznej (która dostępna jest również pod ikoną Zune). Największa zaleta? Nokia nie dokonała w tu wprawdzie żadnej wielkiej rewolucji, ale pozbierała w jednym miejscu wszystkie usługi związane z muzyką – możemy jej posłuchać za darmo (gdzie mamy niewielki wpływ na to co usłyszymy), możemy zakupić wybrane piosenki lub albumy, a jeśli i to nam się znudzi, możemy przejrzeć naszą lokalną listę odtwarzania.

Podobnie wygląda sytuacja w przypadku natywnej aplikacji Zune, gdzie otrzymujemy dostęp nie tylko do naszych utworów muzyczny, filmów, podcastów czy Marketplace, ale również wszystkich… aplikacji mniej lub bardziej związanych z muzyką i zainstalowanych na naszym urządzeniu. W efekcie mogę np. bezpośrednio z poziomu tego programu uruchomić TuneIn Radio. Całość jest o jeszcze o tyle przyjemna, że interfejs Metro wprost idealnie sprawuje się w odtwarzaczu multimediów, gdzie jest nie tylko efektowny, ale i niezwykle funkcjonalny.

Przy tym wszystkim urządzenie jest w stanie otworzyć większość najpopularniejszych formatów multimedialnych i radzi sobie z nimi bez większego zająknięcia. Niestety brak slotu na karty pamięci ogranicza naszą bibliotekę do „zaledwie” 16GB – w moim przypadku jest to zawsze przestrzeń, której za nic nie jestem w stanie zapełnić, ale z pewnością niektórzy nie zmieszczą tam nawet połowy swoich ulubionych (?) piosenek.

Krótka informacja dla fanów radia klasycznego – korzystając z dołączonych do kompletu słuchawek jesteśmy w stanie słuchać naszych ulubionych stacji „z powietrza”, bez konieczności łączenia się z internetem.

WSZYSTKO NARAZ (WIELOZADANIOWOŚĆ)

System obsługi wielozadaniowości należy niestety w przypadku Windows Phone najwyżej do „średniaków” (do tej kategorii kwalifikuje się również ten znany z iOS) i choć z pewnego punktu widzenia być może da się odnaleźć pewne zalety tego rozwiązania, zwykły użytkownik raczej nie będzie w stanie tego docenić.

Po pierwsze aplikacje dzielą się na przystosowane i nieprzystosowane do obsługi wielozadaniowości wprowadzonej dopiero w wersji Mango. Część z nich będzie więc faktycznie jedynie „usypiać się” w tle lub nawet w pewnym sensie funkcjonować w takim stanie (np. przyjmować powiadomienia), podczas gdy niektóre będą po prostu wyłączane i włączane ponownie. Efekt końcowy nie ma więc nic wspólnego z klasycznym „Windowsowym” ALT+Tab i kojarzy się raczej z rozwiązaniami bardzo prymitywnymi, choć prawdopodobnie od strony twórców systemu wygląda to zupełnie inaczej.

Jeśli wiec wymagamy, aby wszystkie zminimalizowane programy kontynuowały swoją pracę nawet wtedy, kiedy od kilku minut korzystamy już z innego, z całą pewnością zdarzą się sytuacje, w których czeka nas poważne rozczarowanie i obserwowanie ekranu „wznawianie” przy przełączaniu się pomiędzy nimi. Na szczęście najważniejsze aplikacje, takie jak np. radia internetowe czy większość komunikatorów całkiem dobrze radzą sobie z takim rozwiązaniem, starając się za wszelką cenę zapewnić nam płynność, jakiej moglibyśmy wymagać od tak zaawansowanego produktu, jakim jest smartfon. Niestety w niektórych sytuacjach czas, który musi minąć pomiędzy odebraniem na ekranie głównym informacji o nowej wiadomości komunikatora (np. IM+) do dotarcia do okna, w którym możemy na nią odpowiedzieć, jest na tyle długi, że decydowałem się jednak podejść do komputera i na spokojnie odpisać.

Nieco irytująca może być też kwestia aktywacji aplikacji działających w tle, nie z poziomu menedżera zadań, a z poziomu listy aplikacji. Rezultatem takiego działania jest… wielozadaniowość w wielozadaniowości, tzn. jeśli np. otworzymy konkretną wiadomość email, zminimalizujemy ja przyciskiem „Start”, po czym z menu głównego ponownie wybierzemy skrzynkę email, efektem będzie… kolejny „byt” tego programu, niezależny od poprzedniego (tzn. otworzy się po prostu skrzynka mailowa na liście głównej wiadomości). Owszem, w niektórych przypadkach może to być całkiem przydatne, ale w rzeczywiści nie jest to ani logiczne, ani wygodne.

Ostatnim, co można zaliczyć do wad jest dość ograniczona funkcjonalność wspomnianego menedżera zadań, który umożliwia nam jedynie przełączanie się pomiędzy aplikacjami i… nic więcej. Wystarczyłoby dodać opcję zamykania (ikoną lub gestem jak w PlayBook OS) i byłoby naprawdę o wiele lepiej niż jest obecnie.

Możliwe, że większości potencjalnych posiadaczy telefonów z Windows Phone powyższe wady nie będą szczególnie przeszkadzać – w moim odczuciu jest to jednak równanie w dół, a nie próba stworzenia czegoś naprawdę funkcjonalnego i przynajmniej trochę oryginalnego. Choć znając życie, pewnie i tak sprzeda się to doskonale.

PRACA, PRACA, PRACA (PAKIET OFFICE)

Czym byłby Windows Phone bez wsparcia dla rozwiązań biznesowych oferowanych przez Microsoft? Oczywiście od razu po wyjęciu z pudełka otrzymujemy więc całkiem rozbudowany pakiet Office (Word, Excel, PowerPoint), wsparty przez Office 365, SkyDrive, SharePoint i uzupełniany dostępnym za darmo komunikatorem Lync oraz (tym razem nie pochodzącym już od MS) bezpłatnym Adobe Readerem. Podstawowy „pakiet pracownika” mamy więc zapewniony w całości w cenie urządzenia i nie musimy nawet zbyt intensywnie przeszukiwac Marketplace w poszukiwaniu lepszych wersji – po prostu ich nie ma. To co dostarcza nam MS z całą pewnością powinno wystarczyć większości, nawet tych bardziej wymagających użytkowników. Trudno jest wprawdzie oczekiwać, że to właśnie na telefonach powstaną wszystkie prezentacje, raporty i (ewentualnie) artykuły, ale wprowadzanie drobnych zmian, poprawek czy przypominanie sobie swoich wcześniejszych zapisków może być naprawdę przydatne, głównie dzięki możliwości bezprzewodowej i niemal natychmiastowej synchronizacji z dokumentami zapisywanym w SkyDrive, który bezpłatnie oferuje każdemu 25GB (ile to dokumentów?).

PO KABELKU I PO SIECI (SYNCHRONIZACJA DANYCH)

Jeśli ktoś (tak jak ja) nie jest miłośnikiem instalacji kolejnego, dodatkowego, ciężkiego i wcale nie tak bardzo potrzebnego oprogramowania do obsługi telefonu, niestety będzie musiał pogodzić się z faktem, że na jego dysku musi znaleźć się miejsce dla Zune, który znacznie ułatwi nam współpracę z telefonem (m.in. z powodu absolutnego braku trybu masowego – po prostu otrzymamy komunikat o braku Zune i konieczności pobrania go na nasz komputer).

Kiedy już uda nam się przeżyć ten fakt, prawdopodobnie nie będziemy szczególnie żałować instalacji. Zune dla Windowsa działa całkiem przyzwoicie, wygląda nowocześnie, efektownie, oferuje całkiem sporo przydatnych dodatkowych opcji (ich lista była tak długa, że początkowo poczułem się nieco zagubiony), a przy tym charakteryzuje się spójnym z Windows Phone interfejsem Metro (aż strach pomyśleć co będzie przy Windows 8 – wszędzie kafelki).

Warto wspomnieć o tym, że choć pierwsza synchronizacja musi odbywać się z pomocą kabla USB, przy kolejnych nie będzie to już takie niezbędne. Po wybraniu odpowiedniej opcji przy pierwszej synchronizacji, komputer i telefon „dogadują się” i od tego momentu wystarczy już przebywanie w tej samej sieci WiFi, aby bezprzewodowo wymienić nasze pliki. Jest to niestety obarczone dość sporą ilością ograniczeń (naładowana do połowy bateria, telefon podłączony do ładowania, brak aktywności na telefonie, etc), ale wszystkie z nich wydają się całkiem logiczne i nie będziemy z nimi dyskutować.

Z poziomu Zune (choć możemy tego dokonać także przez zwykłą przeglądarkę) możemy również uzyskać dostęp do kilku funkcji przydatnych w przypadku mniej lub bardziej poważniejszego zaginięcia telefonu. W pierwszym przypadku (np. kiedy nie wiemy gdzie położyliśmy naszego smartfona) możemy zdalnie aktywować głośny dzwonek lub zablokować zdalnie urządzenie (np. jeśli zostawiliśmy je w pracy, a nie chcemy, żeby ktoś się nim bawił). W ekstremalnych przypadkach istnieje możliwość namierzenia naszego urządzenia i wyświetlenia jego lokalizacja na mapie lub ostateczne usunięcie z niego wszystkich przechowywanych na nim danych.

JAK TO W OGÓLE DZIAŁA? (WYDAJNOŚĆ)

Nokia Lumia 800 wyposażona została przez producenta w jednordzeniowy procesor Qualcomm Scorpion o taktowaniu 1,4 GHz oraz 512 MB pamięci RAM. Teoretycznie, zwłaszcza w porównaniu do konkurencij, której telefony pracują pod kontrolą innych systemów operacyjnych, wydaje się to być raczej średnim wynikiem. W rzeczywistości jednak, w codziennym użytkowaniu ciężko było znaleźć momenty, kiedy urządzenie „niedomagało” i trzeba było odczekać dłuższą chwilę, aby całość powróciła do normy. Na szczęście podczas testów, kiedy urządzenia służyło często za podstawowy telefon, takie sytuacje nie zdarzały się zbyt często, żeby nie powiedzieć po prostu, że zdarzyły się raz czy dwa na samym początku przygody.

Słabszego niż u konkurencji procesora nie dało się też odczuć podczas korzystania z gier, które działały całkowicie przyzwoicie (choć jak wspominałem, brakuje większej ilości naprawdę ciekawych tytułów). Czy więc 1,4 GHz i zaledwie jeden rdzeń to za mało czy za dużo? Moja odpowiedź brzmi: w sam raz. Pytanie tylko, co wprowadzą kolejne aktualizacje Windows Phone, jakie będą kolejne gry i ich wymagania? Mało kto kupuje smartfon na kilka miesięcy, zwłaszcza jeśli teoretycznie pochodzi z najwyższej półki. Miejmy nadzieję, że mimo wszystko Lumia 800 jest urządzeniem zaprojektowanym z myślą również o przyszłości, a nie wyłącznie teraźniejszości.

INTERFEJS, WYGODA I PRZYJEMNOŚĆ UŻYTKOWANIA

O Windows Phone, a właściwie samym jego interfejsie – Metro, mówić można praktycznie bez końca, głównie z powodu tego, że posiada niemal taką samą liczbę wad, co zalet. O ile jednak do kafelków i ich możliwości można się przyzwyczaić lub nawet ostatecznie przekonać, o tyle wielokrotnie wytykany „przerost czcionek” w niektórych przypadkach dociera do tak odległych poziomów absurdu, że… po prostu nie wiemy co autor miał na myśli (i w jakiej zakładce obecnie się znajdujemy). Najlepszymi przykładami są chociażby sklep MP3 Nokii, gdzie kolejne zakładki mają teoretycznie takie same nazwy i za nic nie da się „doczytać” czego dotyczą – nazywają się po prostu „Najepsz” oraz Facebook, który posida tak gigantyczne nazwy zakładek, że treści z kanału informacyjnego wyświetla się mniej więcej tyle, ile na moim BlackBerry 9360, który posiada przecież ekran o niemal dokładnie 1,5” mniejszy! W fazie projektowania najwyraźniej komuś zależało na funkcjonalności i przejrzystości na tyle, że wyraźnie przesadził i w efekcie mamy to, co mamy.

Tylko czy to faktycznie aż taki problem? Początkowo wydawało mi się to faktycznie strasznie wręcz prymitywne, jednak po zaledwie kilku dniach przestało to na mnie robić większe wrażenie. Taka była po prostu myśl programistów, taka była ich wizja interfejsu i choć nie lubię, muszę się do tego przyzwyczaić. I co? Przyzwyczaiłem się do tego stopnia, że z wyjątkiem nielicznych przypadków wprost bijących po oczach swoim złym zaprojektowaniem, praktycznie wcale mi to nie przeszkadza, a konieczność przewijania „w dół, na boki, wzwyż ku słońcu” stała się po prostu codziennością i tyle- taka filozofia i da się ją przyjąć.

Tak, Metro jest bardzo specyficzne i wydaje się, że nie wszystko jest jeszcze ostatecznie ukończone, ale nie widzę większych problemów, aby z biegiem czasu zlikwidowano przynajmniej część niedogodności. Poza tym, z wyjątkiem niektórych, wspomnianych już wcześniej aplikacji, w większości miejsc mam tyle treści, ile tylko da się wydobyć z ekranu o takiej przekątnej i takiej rozdzielczości. Twitter, przeglądarka, skrzynka email i SMS, pakiet Office – tam wszystkiego jest tyle potrzeba, a właśnie dookoła tego kręci się moja codzienna praca (zabawa?) ze smartfonem.

Osobną kwestią jest przycisk „Powrót”, który być może owszem jest intuicyjny w obsłudze, ale raczej dla osób, które nigdy w życiu nie posiadały smartfona z innym systemem operacyjnym. Do tej pory, w większości przypadków, ekran startowy był bowiem punktem, poza który nie dało się już cofnąć – zminimalizowanie wszystkich aplikacji wymuszało konieczność ponownego ich uruchamiania z poziomu menedżera zadań. Tutaj ekran główny jest jedynie kolejny ogniwem w całym łańcuchu otwieranych przez nas aplikacji, wiec nie powinno nas dziwić, jeśli po naciśnięciu „Powrót” w tym właśnie miejscu, przeniesiemy się nagle do przeglądarki, Marketplace, albo gdziekolwiek, gdzie wcześniej byliśmy. Teoretycznie brzmi to całkiem rozsądnie, ale naprawdę ciężko jest się do tego przyzwyczaić.

TO, CZEGO BRAKUJE NAJBARDZIEJ (I CO JUŻ BYŁO…)

Windows Phone jest na chwilę obecną nie tylko tym, co wyciąga Nokię z dołka, ale również tym, co zdaje się częściowo ściągać ją w dół, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę jej dotychczasowe osiągnięcia. Wystarczy tylko wspomnieć o funkcjach oferowanych przez telefony pracujące pod kontrolą Symbiana, które oferowały nam obsługę hosta-USB, trybu pamięci masej, wyjścia HDMI czy chociażby NFC, w które Nokia inwestuje już od dłuższego czasu. Tutaj nie uświadczymy niestety niczego z tych dodatków, zmuszając nas do zadania sobie pytania, czy to Symbian z tymi wszystkimi opcjami był naprawdę tak okrutnie przestarzały, czy może Windows Phone jest jeszcze na tyle młody, że do takich rozwiązań musi dopiero dorosnąć. Może istnieje odpowiedź trzecia i po prostu nikt z nas nie potrzebuje np. podłączać pendrive do telefonu lub telefon do telewizora? Niedługo możemy już nawet nie mieć wyboru.

Smuci również trochę brak jednej z najistotniejszych funkcji najnowszej edycji Windows Phone – routera WiFi, dzięki któremu możemy udostępniać nasz pakiet internetowym innym urządzeniom znajdującym się w pobliżu. Powód tego braku jest na chwilę obecna nieznany i miejmy nadzieję, że już wkrótce zostanie on nadrobiony i będziemy mogli cieszyć się z pełnych możliwości tego rozwiązania.

PODSUMOWANIE

Nokia Lumia 800 jest telefonem pełnym sprzeczności – z jednej strony mamy rewelacyjną jakość wykonania, efektowny design, bardzo przyzwoite (jak na potrzeby WP7) parametry, pozycjonowanie w najwyższej klasie smartfonów oraz autorskie aplikacje dodane przez fińskiego producenta specjalnie po to, aby uatrakcyjnić swój produkt, podczas gdy z drugiej strony stoi cały szereg drobnych niedoróbek, których przecież (przynajmniej teoretycznie) z łatwością można by było uniknąć oraz (częściowo wymuszone przez nowy system) w niektórych przypadkach – cofanie się w rozwoju. Nie zmienia to jednak faktu, że jest to jeden z najprzyjemniejszych smartfonów z Windows Phone, które miałem okazję użytkować przez dłuższy okres czasu i raczej nikt, kto dokładnie przygotuje się do zakupu, rozważając wszelkie za i przeciw, a ostatecznie wybierze właśnie Lumię, nie powinien być zbytnio rozczarowany. Jest to po prostu bardzo solidny telefon, z solidnym systemem operacyjnym – ani jeden, ani drugi element nie powala wprawdzie na kolana, ale chyba nie tego spodziewaliśmy się przecież po tym debiucie.

Dołącz do dyskusji