Ileż można? Czyli dlaczego nie korzystam z Google+

08.12.2011
Ileż można? Czyli dlaczego nie korzystam z Google+

Ileż można? Czyli dlaczego nie korzystam z Google+

Nie będę ukrywał, że konto w serwisie społecznościowym Google mam i początkowo miałem nawet wielką ochotę z niego korzystać, jako czegoś nowego i odświeżającego, po wielomiesięcznych przygodach z Facebookiem, Twitterem i innymi podobnymi portalami. Każdy musi przecież w końcu od czasu do czasu zmienić „otoczenie”. Tyle, że po tych kilkunastu tygodniach od założenia konta wszystko wskazuje na to, że z Google+ tak naprawdę nie korzystam i nie będę korzystał.

Nie chodzi tu o samą ideę, wykonanie portalu, wygląd czy możliwości – te są w jak najlepszym porządku, zaczynając od designu, spójnego z resztą usług Google w nowym wydaniu, a kończąc na przyjemnych w użytkowaniu i przede wszystkim stosunkowo przydanych „Kręgach”. Chodzi o coś zupełnie innego – o niemal przerażającą wtórność całego produktu, który dla mnie ostatecznie stał się niczym więcej niż kolejną zakładką w pasku narzędzi Google (z których części chyba nigdy nawet nie otworzyłem). Zabawką, z której można bez żadnego problemu zrezygnować, gdy ma się już inne – choć starsze – to wciąż funkcjonujące całkowicie poprawne. To, w połączeniu z kilkoma irytującymi brakami przesądza o tym, że na G+ wchodzę przeważnie w momencie kiedy przypadkiem trafię w jego ikonkę.

Pierwszym, co zniechęciło mnie chyba najszybciej jest nie tyle brak osób, które warto byłoby śledzić, co raczej konieczność budowania całkowicie od nowa listy tych, których wpisy chciałbym czytać. Skąd wiem kogo warto obserwować? Z Twittera i Facebooka. Co powinienem zrobić w tym momencie? Oczywiście wyszukać ich na G+. Problem jedynie w tym, że po pierwsze jest to czynność całkowicie absurdalna, biorąc pod uwagę fakt, że i tak już śledzę ich na innych portalach, a po drugie, nawet jeśli już zdecydowałbym się na takie posunięcie, większość z nich dodaje wszędzie praktycznie dokładnie te same wpisy. Nie tyle te same informacje – dokładnie to samo.

Skoro więc Ci, których już znam (i śledzę) odpadają, pozostają nowi. Tu jednak Google wcale nie chce mi zbytnio pomóc i narzędzia umożliwiające poznanie nowych interesujących znajomych nie są ani specjalnie wyeksponowane, ani też nie przynoszą zaskakujących rezultatów. W przypadku Twittera zdarza mi się każdego dnia dodać (jednym kliknięciem, bezpośrednio ze strony głównej!) kilka osób/profili, z których część być może niedługo później usuwam, ale niektórzy z nich zostawiam na dłużej (żeby nie powiedzieć: na zawsze). W przypadku G+ udało mi się odnaleźć głównie znajomych, z którymi prowadziłem korespondencję mailową (po co, skoro mam już z nimi doskonały sposób kontaktu?) oraz tych, którzy „wyskoczyli” wyszukiwani po nazwisku lub nazwie (w przypadku stron). Niewiele, zwłaszcza że muszę dokładnie wiedzieć kogo szukam, a nie czego (kogo) ogólnie poszukuję. Jeśli nawet jednak są odpowiednie opcje i do tego, G+ nie udało się mnie na tyle wciągnąć, abym do niech dotarł. Przykro mi, takie rzeczy powinny być na wierzchu, zwłaszcza w momencie, kiedy portal dopiero rozkwita, a sytuacja w świecie portali społecznościowych jest taka, jaka jest.

Mimo wszystko udało mi się znaleźć kilka osób i stron, których nie znałem przed rozpoczęciem przygody z G+. Problem zaczął się jednak w momencie, kiedy okazało się, jak dużo czasu muszę poświęcać, aby być na bieżąco z informacjami napływającymi każdego dnia z Twittera, Facebooka, kanałów RSS i najnowszego dodatku od Google. Jeśli miałbym faktycznie rozbudować w jakiś sensowny sposób niezależne (od innych niż G+ portali) grono znajomych, prawdopodobnie nie miałbym czasu nawet wstać od komputera czy oderwać się od telefonu, aby „czegoś przypadkiem nie przegapić”. Trochę zbyt wiele, jak na kogoś, kto chciałby jednak czasem wyłączyć komputer i nie mieć poczucia, że wszystko go omija, a po ponownym uruchomieniu PC musi w pierwszej kolejności odwiedzić milion różnych stron, zanim zacznie robić to, co właściwie sobie zaplanował.

Efekt? Interesujące strony i osoby związane z technologią przeniosłem na Twittera, a osoby „niezwiązane” na Facebooka. Z tego pierwszego korzystam praktycznie regularnie, od poniedziałku do piątku i stanowi dla mnie podstawowe źródło informacji „w czasie rzeczywistym” (nowości, które przegapię w Twitterowym natłoku wpadają później grzecznie w RSS), natomiast weekend jest już głównie dla FB (o ile mam taką potrzebę). Gdzie tu miejsce jeszcze dla Google+? Chyba nigdzie.

Ostatnim (choć i tak nie wymieniłem wszystkich) powodem, dla którego Google+ nie zdołało wywalczyć sobie u mnie dodatkowego „czasu internetowego” jest ograniczona dostępność aplikacji, a w przypadku kiedy już uda mi się wejść w posiadanie telefonu z obsługiwaną platformą – jej co najwyżej „poprawność”. Mobilna aplikacja jest bowiem dokładnie taka sama jak cały portal – atrakcyjna, przemyślana, dopracowana, ale niczym szczególnym się nie wyróżniająca. Integracja z telefonem? Posiada to w mniejszym lub (częściej) większym stopniu praktycznie każdy klient portalu społecznościowego.

Co więc miało mnie przekonać? Umowna elitarność Google+? Nowość? Ciekawe dyskusje (jak określają to niektórzy)? Bądźmy szczerzy – to jest na każdym portalu i zależy tylko i wyłącznie od tego, kogo dobierzemy sobie jako znajomych. Ktoś w kółko na Twitterze wrzuca głupie/dziwne teksty albo bez przerwy „lajkuje” podobne rzeczy na FB? Chyba nietrudno jest się go w takim wypadku pozbyć, albo przynajmniej zablokować na jakiś czas. Czy trzeba zaczynać wszystko faktycznie od nowa na G+, które jeszcze „jakoś wygląda”, przynajmniej do momentu gdy (jeśli w ogóle) zdobędzie popularność zbliżoną do konkurencji? Nie.

W takim przypadku, kiedy praktycznie każdy, kto chce się w jakikolwiek sposób udzielać „społecznościowo” w internecie jest na Facebooku lub Twitterze, kolejne obciążenie w postaci następnego portalu jest mi absolutnie zbędne. Niech Google+ wiedzie się jak najlepiej, niech zbiera użytkowników i rośnie sobie w siłę – w żaden sposób mi to nie przeszkadza. Jednak nadmiar pracy, który musiałbym włożyć w przystosowanie mojego „kanału” G+ do moich potrzeb jest zbyt duży w stosunku do efektu, jaki mógłbym osiągnąć, a w niektórych przypadkach jest to po prostu niemożliwe.

Konta oczywiście nie kasuje – po co. Wejdę za kilka tygodni, prawdopodobnie znów przypadkiem, aby zobaczyć co najmniej kilkanaście powiadomień o dodaniu mnie do kolejnych kręgów. Tyle, że w 99% przypadków zrobią to ludzie, których już znam z innych portali.

Dołącz do dyskusji

Advertisement