Linux nie ma szans, bo przyświeca mu… zbyt szlachetna idea

26.11.2011
Linux nie ma szans, bo przyświeca mu… zbyt szlachetna idea

Linux nie ma szans, bo przyświeca mu… zbyt szlachetna idea

Zapraszam do przeczytania gościnnego wpisu Rafała Dubrawskiego, członka zespołu iTraff Technology zajmującego się rozpoznawaniem obrazów i jednego z twórców startupu SaveUp, o którym mieliśmy okazję już kilka razy napisać.

Niedawno na Spider’s Web ukazał się wpis Ewy, który porusza kwestię marginalnej popularności systemów operacyjnych z rodziny Linuksa. Pojawia się w nim teza, że małe zainteresowanie wynika z ksenofobicznej mentalności społeczności związanych z Linuksem i braku poparcia dla zmian. Wydaje się jednak, że jest to bardziej następstwo niż źródło dylematów dystrybucji spod znaku pingwina. Co w rzeczywistości jest największym problemem Linuksa?

Wydaje się, że kwestia wyboru systemu operacyjnego, którego dokonują odbiorcy indywidualni, w dużym stopniu zależy od pewnej podświadomej kalkulacji zysków i strat, choć towarzyszy jej oczywiście zabarwienie emocjonalne. By lepiej zrozumieć problem, warto rzucić okiem na obecny podział wpływów na rynku PC. Jest on mniej więcej następujący:

Użycie desktopowych systemów operacyjnych. (źródło: netmarketshare.com)

Powyższa tabela dowodzi, że liderem wciąż jest Windows XP. Do statystyki można mieć oczywiście pewne wątpliwości, bo niektóre badania wskazują, że udział tego systemu jest nieco mniejszy (na rzecz Windowsa 7). Różnice wynikają z odmiennych metodologii, ale bez względu na nie oczywiste jest, że XP wciąż jest najpopularniejszym systemem desktopowym na świecie. Z jednej strony nie jest to zaskoczenie, bo wszyscy znamy jego przewagi nad poprzednimi, delikatnie mówiąc średnio stabilnymi, wersjami. Z drugiej strony warto sobie postawić pytanie: kiedy XP debiutował?

Pytanie to prowadzi do fundamentalnej kwestii. Otóż XP niedawno obchodził dziesiąte urodziny. Po raz pierwszy do sprzedaży wprowadzony został 25 października 2001. Okazał się dobrym połączeniem profesjonalnej (w zamyśle autorów) linii NT z tą podstawową, przeznaczoną dla zwykłych użytkowników. Dało to w efekcie zadowalająco stabilną platformę, która, co bardzo ważne, pojawiła się akurat w szczytowym punkcie rozwoju rynku PC, związanym m.in. z postępującą popularyzacją Internetu.

Początek XXI wieku to okres absolutnej dominacji komputerów PC i dominacji Windowsa XP. (Fot.: arstechnica.com)

Przy obecnym rozwoju technologii rok to dużo, dziesięć to przepaść. Użytkownicy przez ten czas związali się szalenie silnie z Windowsem i jego standardami – dla zwykłego laika niezrozumiała jest już sytuacja, w której pliki wykonywalne mają format inny niż EXE i nie wpadnie on samodzielnie na to, że pobrany z Internetu plik z danymi w formacie TGZ lub BZ2 reprezentuje archiwum.

Sytuacja rynku przed 2001. (Fot.: arstechnica.com)

To, że wielu użytkowników Windowsa ma kłopoty tego pokroju, bywa źródłem irytacji ze strony opisywanych przez Ewę „środowisk linuksowych”, bo przecież „to podstawy”. Jest to jednak dość krzywdzące generalizowanie. Wystarczy poznać community dystrybucji Arch, by zrozumieć, że nie jest to regułą. Na oficjalnej stronie projektu znajduje się gigantyczna baza wiki opisująca nawet najbardziej trywialne problemy. Do tego dochodzi żywe forum z setkami tysięcy wątków, których wysoki poziom dyskusji jest wręcz niespotykany w sieci. Pomimo to dystrybucja ta cieszy się minimalnym zainteresowaniem.

Sytuacja na rynku po debiucie Windowsa XP. (Fot.: arstechnica.com)

 

Co jest więc głównym źródłem braku popularności Linuksa? Wspomniane we wstępie podejście zwykłego użytkownika. Nawet jeżeli bez przerwy narzeka on na Windowsa, to i tak zwykle nie rozważa poważnie zmiany systemu operacyjnego. Dlaczego? Ponieważ Linux nie oferuje mu niczego… nowego. W wirze codziennej pracy godziny, wręcz tygodnie potrzebne na przystosowanie się do zupełnie nowego środowiska byłyby niepotrzebną stratą czasu.

Nie mam tu na myśli tego, że Linux nie jest lepszy od Windowsa. Pracuje szybciej i jest stabilniejszy. Nie jest przypadkiem, że to właśnie on jest instalowany na 60% serwerów i ponad 90% tzw. superkomputerów, często wykorzystywany jest przez duże korporacje. Jednak dostrzeżenie tych zalet wymaga długodystansowej współpracy z systemem i nie są one w gruncie rzeczy najważniejsze dla kogoś, kto korzystając z komputera używa głównie przeglądarki i edytora tekstu oraz prostego programu graficznego.

Z podobnych przyczyn nie doszło pewnie do masowej migracji z Facebooka na Google+. Portal firmy z Mountain View ze swoim systemem kół jest czymś w rodzaju skrzyżowania Twittera z LinkedIn i otwiera wielkie możliwości dla osób szukających nowych kontaktów, choćby zawodowych. Użytkownicy FB wychodzą jednak z założenia, że to kolejna, zwykła, towarzyska społecznościówka i nie chce im się tracić czasu na przenoszenie znajomych, by w efekcie dostać (w ich mniemaniu) mniej więcej to samo.

Może pojawić się w tym miejscu argument, że przejście na Linuksa to tylko kwestia pokonania swoich przyzwyczajeń. Zgoda, ale dla opisanego typu użytkownika (który wbrew pozorom reprezentuje ogromną część społeczeństwa) ta walka byłaby zbyt pracochłonna. Pomimo różnych prób ze strony twórców dystrybucje Linuksa nie są prostymi w obsłudze systemami typu out of box, z których można nauczyć się korzystać w piętnaście minut.

Co więcej, ośrodki wokół określonych dystrybucji stanowią zwykle grupki zdecentralizowanych, niekomercyjnych i niezależnych projektów. Oznacza to, że ze swojej natury nigdy nie będą mogły one wykorzystywać w pełni rozwiązań licencjonowanych, które przez swoją współpracę z Microsoftem weszły w standard. Odwieczne boje z obsługą choćby Javy to zmora każdego początkującego. Nikt nie chce dokonywać zmiany po to, żeby było mu ciężej.

Na chęć zmiany na „nieznacznie lepsze” może ewentualnie wpłynąć wiarygodna obietnica. Za tę odpowiedzialne są jednak specjaliści od marketingu. Systemy z rodziny Linux tworzą specjaliści-zapaleńcy, którzy zwykle większego pojęcia o sprzedaży nie mają, więc często zapominają, że to system powinien dostosować się do odbiorcy, nie odwrotnie (tak powinno być, nawet jeżeli przeczy to filozofii Linuksa). Nie wspominając o funduszach do promocji niezbędnych – wymaga ona niebotycznych kwot, których sam Canonical wszystkim projektom open-source zapewnić nie może.

Ten brak odpowiedniego podejścia i scentralizowanego obrania kierunku zadecydował także o tym, że Linux, pomimo stosunkowo długiej obecności na rynku, nigdy nie wyszedł poza margines. Różne dystrybucje wypierały się wzajemnie przez lata w ramach tego 1% użytkowników, co tylko potwierdza problem. Zaawansowane środowiska graficzne również są dopiero wytworem ostatnich lat – powstają delikatnie mówiąc spóźnione.

Do tego analizowanie dlaczego Linux nie podbija rynku PC jest jak zastanawianie się dlaczego nie da się skutecznie przeprowadzić abordażu tonącego statku. Systemy uniksopodobne rozwijają do perfekcji ideę, która nie dość, że dawno została zdominowana przez Microsoft, to jeszcze powoli zaczyna wyczerpywać swój paradygmat na rzecz rozwiązań mobilnych. Desktop to wyłącznie Windows i póki Linux nie zacznie dawać kreatywnych rozwiązań atrakcyjnych dla laików, zamiast gonić na tym polu za pomysłami Microsoftu, będzie niszowy.

Wzorem do naśladowania może być Apple, który świadomie rezygnuje z dotychczasowych standardów, skutecznie kreując swoje własne za pośrednictwem charakterystycznego, sprzedażowego podejścia. Do tego firma z Cupertino stosuje taktykę wyłączności i żywo reaguje w wypadku wykorzystania ich pomysłów. Owocuje to niezręczną wojną patentową, ale może okazać się niezwykle dochodowe, gdy osiągną większą część rynku i będą mieli na niektóre rozwiązania wyłączność. Projekt open-source kreując coś oryginalnego skazuje się na dobrowolne „oddanie” pomysłu silniejszym graczom.

Dlatego właśnie dystrybucje Linuksa nie mają szans na sukces – nie przez pogrążające społeczności, ale w wyniku złożenia się skomplikowanych czynników skomercjalizowanego systemu. Brak funduszy na promocję i licencje zawsze będzie niszczył w zarodku projekty open-source oferujące mniej niż rewolucję.

 

Autor wpisu:

Rafał Dubrawski – członek zespołu iTraff Technology (polska technologia rozpoznawania obrazu, www.SaveUp.pl), bloger, dziennikarz obserwujący rozwój technologii mobilnych. Interesują go przede wszystkim mobilne systemy operacyjne, szczególnie iOS i Android. Zatwardziały strukturalista, miłośnik starego rocka (szczególnie progresywnego).

@rddubrawski Google+

Dołącz do dyskusji

Advertisement