Cyfrowych plików nie możesz odsprzedawać nawet, jeśli masz prawo. To piractwo

16.11.2011
Cyfrowych plików nie możesz odsprzedawać nawet, jeśli masz prawo. To piractwo

Cyfrowych plików nie możesz odsprzedawać nawet, jeśli masz prawo. To piractwo

Każdy w miarę rozgarnięty i świadomy internauta zna RIAA. Ta amerykańska organizacja walcząca o prawa autorskie już nie raz udowodniła, że nie zna pojęcia “absurd” w jedynej słusznej krucjacie przeciwko wszystkim łamiącym prawa autorskie. Były wielomilionowe kary za pojedyncze utwory, były próby przerzucenia odpowiedzialności na dostawców internetu… Teraz dostaje się ReDigi, czyli uruchomionemu tydzień temu w Stanach Zjednoczonych serwisowi do… odsprzedawania używanych plików mp3. Jednak tym razem sprawa ma głębsze dno i porusza kilka bardzo ciekawych, fundamentalych kwestii – czy użytkownik zakupionego utworu staje się jego pełnoprawnym właścicielem? Kto stoi wyżej – licencja czy prawo do zakupionego towaru? Wszystko to dowód na to, jak sprzedaż materiałów cyfrowych różni się od sprzedaży tych fizycznych. I jak prawo jest kulawe i zapoźnione.

ReDigi to dosyć nowatorski serwis, który określa sam siebie jako “pierwszy na świecie rynek używanej, cyfrowej muzyki” i “legalną alternatywę”. Polega to na tym, że użytkownik instaluje u siebie oprogramowanie ReDigi, a następnie wybiera wcześniej zakupione legalnie utwory (na przykład z iTunes), które chce odsprzedać. ReDigi sprawdza, czy faktycznie zostały one zakupione a nie spiracone, a gdy weryfikacja przebiega pomyślnie, to kopiuje je na swoje serwery a następnie usuwa z dysku i urządzeń użytkownika. Na utwór nakładany jest znak wodny ReDigi i utwór jest odsprzedawany dalej. W momencie sprzedaży utwór kasowany jest też z serwerów firmy. Za przeznaczenie do sprzedaży i upload utworu pierwotny właściciel otrzymuje 20 centów, a gdy ktoś go zakupi to kolejne 12 centów. Takie “zarobki” otrzymuje w formie kuponów na zakup innych utworów.

RIAA wystosowała do ReDigit list, w którym żąda zaprzestania działalności, poddaniu kwarantannie wszystkich utworów posiadanych przez ReDigi, rozliczenia wszystkich tdotychczasowych transakcji i przychodów. Zaznaczono, że za świadome naruszenie praw autorskich jednego utoworu kara może wynosić nawet 150 tysięcy dolarów i że po rozwiązaniu sprawy i dojściu do porozumienia oczekuje się zniszczenia wszystkich posiadanych utworów.

ReDigi swoją obronę opiera na prawie sprzedaży, które stanowi, że właściciel może zbyć się praw do zakupionego dobra objętego prawem autorskim.

Jednak RIAA postawiła na kluczowy fragment takiej transakcji – aby odsprzedać plik muzyczny trzeba go dwa razy skopiować. Raz z dysku właściciela na serwery ReDigi, drugi raz z serwerów na dysk kupca. A kopiowanie pliku objętego prawem autorskim jest zabronione.

Tłumaczenia, że pliku nie da się inaczej przetransferować, że w momencie uwierzytelnienia i przesyłania dalej jest on od razu kopiowany i ograniczenia takiej formy wymuszają kopiowanie. RIAA skupia się na tym konkretnym aspekcie dokonywania transakcji.

RIAA, której klientami są wydawcy, doskonale wie, że jeśli wtórny rynek zbytu utworów muzycznych zakwitnie, to pozbawi wytwórnie części zysków. Przecież nawet Sony próbowało wstrzymać obrót gramy PlayStation z drugiej ręki będąc świadome tego faktu. Jednak o ile Soy nie miało zbytnio na to szans, bo według prawa odsprzedawanie dóbr jest legalne, o tyle RIAA ma szanse wygrać całą sprawę. Wszystko przez to, że utwory nie mają fizycznej formy, a cyfrowa wymaga kopiowania.

A teraz wyobraźmy sobie, że traktujemy mp3 tak samo, jak na przykład płyty CD. Rozczarowaliśmy się albumem albo nie słuchamy go od kilku lat? Nic nie stoi na przeszkodzie, by sprzedać go dalej. Kupiliśmy w iTunes album lubianego wykonawcy i okazało się, że jest słaby czy znudził się po kilku przesłuchaniach? Fajnie byłoby móc go odsprzedać, nawet ze stratą, prawda?

A może nie tylko albumy? Przecież książki i filmy obowiązuje podobna zasada. Kupujemy książkę czy film na płycie i to, czy odsprzedamy go nazajutrz po przeczytaniu/obejrzeniu nikogo nie bulwersuje.

Z ebookami już nie jest tak łatwo. Oprócz zabezpieczeń DRM, które na szczęście są już znoszone (to też chore – dlaczego kupując nie mam prawa wrzucić książki na inne urządzenie? A, bo to przecież wymaga zakazanego procesu kopiowania) ebooki obejmuje takie samo prawo autorskie jak inne utwory. Czyli nie mogę odsprzedać ebooka, bo nie i już!

I ReDigi i RIAA mają rację. Która jest jednak mocniejsza? Zdrowy rozsądek nakazuje stanąć po stronie ReDigi. Co więcej, podpowiedziałby też, że trzeba unowocześnić prawo dotyczące kopiowania i zawrzeć oraz usystematyzować możliwość zbywania praw autorskich do plików cyfrowych. Może mogłoby odbyć się to za pomocą samych sprzedawców? Chociaż zaangażować ich w ten proces…

Bo przecież nowa usługa iTunes, czyli Match, zakłada, że po jednorazowym zakupieniu utworu ma się do niego dostęp w chmurze, a nie tylko na własnym dysku. To jeszcze bardziej komplikuje problem.

Jedno jest pewne – cyfrowe dobra mają o wiele więcej ograniczeń niż te fizyczne, co nie wpływa specjalnie pozytywnie na samą sprzedaż. Jedyną nadzieją na nie tyle rozwiązanie, co zapomnienie o sprawie jest właśnie chmura i abonamenty w stylu Spotify z dostępem do całej biblioteki. Jednak to wciąż przyszłość, a organizacje typu RIAA do tego czasu będą robiły wszystko, by zarobić jak najwięcej. Póki jeszcze się da. Bo chyba wszyscy jesteśmy domniemanymi piratami.

Dołącz do dyskusji

Advertisement