Najintymniejszy moment.

06.10.2011
Najintymniejszy moment.

Najintymniejszy moment.

Za każdym razem, gdy umiera ktoś wielki, ważny czy znany powtarza się ta sama historia. Nagle paradoksalnie wszyscy żyją tą śmiercią i eksponują swój żal, wściekłość gdzie tylko się da. Niektórzy wykorzystują to dla własnych korzyści, inni próbują stworzyć komitywę, znaleźć zrozumienie u innych i poczuć się częścią grupy. Każdy próbuje poradzić sobie z nią na swój indywidualny sposób. Za często jednak zapominamy o tym najintymniejszym, osobistym aspekcie śmierci. O tych, w których uderza to najmocniej.

Przemek jako fan Steve’a Jobsa poprosił nas, byśmy napisali dziś o odczuciach odnośnie Jobsa, o tym co o nim sądziliśmy, jak go widzieliśmy. Niestety nie napiszę o tym, bo jego odejście przywołuje całkiem inne myśli i odczucia. Dziś nie widzę Jobsa jako wizjonera, kogoś kto przeniósł pojęcie technologii użytkowej kilka poziomów wyżej. Dziś Steve Jobs jest człowiekiem, który musiał odejść i pozostawić za sobą najbliższych – trójkę dzieci i żonę.

Najstarszy syn Steve’a Jobsa i Laurene Powell Jobs stracił ojca w wieku 20 lat. Skoro ma to być bardziej osobisty wpis, to powiem – ja również straciłam ojca gdy miałam 20 lat.

Ktoś napisał dzisiaj “Steve Jobs – człowiek, który odmienił świat”. W większości dzisiejszych komentarzy przewija się ten motyw, bardzo spersonalizowany motyw ludzi, którzy go podziwiali i których inspirował. Mało w tym pierwiastka ludzkiego, zwykłego zrozumienia dla bólu, nieporównywalnie większego i głębszego bólu ludzi, dla których Steve Jobs był nie tylko wzorem, a najbliższą osobą.

Pamiętam, jak od razu po śmierci mojego taty rozdzwoniły się telefony, wszyscy składali kondolencje, wyrażali swoje współczucie i mówili, jak to kochali i uwielbiali mojego tatę. Tak, nie był on Jobsem, ale był po prostu pełnym dobra człowiekiem, który nigdy nie odmawiał nikomu pomocy i traktował ludzi z ogromnym szacunkiem. Pamiętam, przecież było to tak niedawno, jak bardzo nie chciałam w ten dzień, dzień od razu po jego śmierci słyszeć tych wszystkich pochwał, zapewnień i wyrazów uznania. Chciałam świętego spokoju, by przeżyć najgorszą jak dotychczas chwilę w moim życiu.

Bo śmierć kogoś, kogo kochamy to najbardziej intymne przeżycie ze wszystkich. Przeżycie, któremu trzeba stawić czoło, a to wymaga wielu sił i samotności. W takim momencie nie pomagają wcale tłumy ludzi przywłaszczające sobie prawo do płaczu po zmarłym, robiące to jeszcze publicznie.

Dlatego nie potrafię wyobrazić nawet sobie, co czują najbliżsi Steve’a Jobsa gdy media bombardują z każdej strony informacjami o tym, jak Steve Jobs wpłynął na rynek, jakie będą skutki jego odejścia dla Apple, jak to zmienił świat. Może i zmienił, może nie, ale najbliższych dziś to wcale nie obchodzi. Czas na wdzięczność za słowa uznania przyjdzie później, dużo później. Nie dzisiaj.

Nasz odbiór śmierci Jobsa, żal po nim, odbywa się na całkowicie innym poziomie. Mamy czas. Z szacunku do człowieka, który stworzył rodzinę, kochał i był kochany odpuśćmy choć na chwilę i w milczeniu dajmy przeżyć te okropne chwile najbliższym.

Tagi: ,

Dołącz do dyskusji

Advertisement