Krótka historia trolla (nie z Microsoftu)

27.09.2011
Krótka historia trolla (nie z Microsoftu)

Krótka historia trolla (nie z Microsoftu)

Facebook i Google wespół z innymi robią co tylko mogą, byśmy używali prawdziwych imion i nazwisk w internecie. Niektórzy się buntują, reszta argumentuje, że prawdziwe dane urealniają postać i pozytywnie wpływają na dyskusję oraz na wiarygodność postaci w sieci. A oto krótka historia o tym, że takie obostrzenia mogą narobić też więcej kłopotu niż wirtualne podpisywanie się nickami.

Wczoraj na facebookowym fanpejdżu Spider’s Web, pod wpisem o tekście na temat nowej strategii marketingowej Microsoftu dotyczącej Windows Phone 7 pojawił się niewybredny komentarz czytelnika. A że komentator ma otwarty publicznie profil można był z niego dowiedzieć się, że pracuje w Microsofcie na stanowisku “Project Manager”.

Zgrzyt jest oczywisty – manager Microsotu komentujący w chamski sposób teksty nieprzychylne Microsoftowi? To bardzo niesmaczna sprawa, wzbudzająca wręcz oburzenie. Konstruktywna krytyka jest zawsze mile widziana, jednak schodzenie do takiego poziomu przez reprezentanta Microsoftu odbija się na samym Microsofcie. Jak to, firma pozwala swoim pracownikom na takie zachowanie?

Tym bardziej, że podlinkowane na Facebooku konta na Twitterze i blog na WordPressie przedstawiają raczej negatywny obraz tego pana.

Czytelnicy zwrócili nam uwagę, że przecież konto tej osoby nie musi być prawdziwe. Sprawdziliśmy i Microsoft oficjalnie to potwierdził – taka osoba nie pracuje w Microsofcie.

Komentator, choć jego profil jest bardzo wiarygodny, okazał się postacią podającą nieprawdziwe dane. Mimo, że stworzone na Facebooku, który przecież znany jest z restrykcyjnego podejścia do tak zwanych “fejków”, to konto zawiera nieprawdziwe dane.

I w tym momencie upada mit o wyższym poziomie dyskusji w przypadku używania w sieci prawdziwych danych. Co z tego, że nazwisko zostało zweryfikowane jako prawdziwe, skoro miejsce pracy jest wyimaginowane? To nawet gorzej – nazwisko uwiarygania profil i osobę jako realną, więc tym łatwiej uwierzyć w miejsce pracy i tym większych kłopotów może narobić.

Gdyby komentarz napisał tak zwany troll z dziwną nazwą i zamkniętym profilem, sprawa zostałaby przez nas zapewne zignorowana. Nawet jeśli byłaby to osoba o prawdziwym nazwisku, to bez informacji o miejscu pracy nie byłoby problemu.

Wychodzimy z fałszywego założenia, że prawdziwe dane są równoznaczne z prawdziwością reszty. I idziemy w złym kierunku – najpierw weryfikacja nazwiska (Google w pewnym momencie prosił użytkowników o przesłanie skanu dokumentu potwierdzającego dane), a potem co? Potwierdzenie przez serwis społecznościowy miejsca pracy, daty urodzenia, zdjęć, zainteresowań?

Bo przecież wczorajszy przypadek na małą skalę pokazuje, że niepotwierdzone dane mogą narobić niezłych problemów, zwłaszcza wizerunkowych. Każdy bez problemu może wpisać sobie w profilu, że pracuje dla Microsoftu, Apple, Toyoty czy innej firmy i trollować w poważnych miejscach. Kto to zweryfikuje? Inni użytkownicy? Wystarczy wyobrazić sobie, ile problemów może stworzyć dobrze stworzona fałszywa tożsamość… problemów zwłaszcza wizerunkowych.

Zaraz ktoś skomentuje, że przecież weryfikacja danych o miejscu pracy itp. to już zbyt duże naruszenie prywatności. Naprawdę? A czym różni się od weryfikacji nazwiska? Skoro pozwalamy na jedno, do drugiego droga już nie jest tak daleka. Sami chętnie dzielimy się takimi informacjami w nadziei stworzenia wizerunku osoby poważnej. Zweryfikowanie tego tylko pomogłoby uwiarygodnić go, prawda?

Tak, to absurd. Taki sam, jak wymaganie podawania prawdziwego nazwiska. Publiczna strefa internetu jest pełna przekłamań i nieprawdy. Czasem lepiej użyć pseudonimu i stworzyć swoją wirtualną tożsamość na bazie szacunku i aktywności niż informacji w profilu, które nie muszą zgadzać się z prawdą.

Na ulicy nie pytam o godzinę zaczynając od “przepraszam, Ewa Lalik, blogerka na Spider’s Web, ma pani może zegarek?”. Dlaczego mam to robić w sieci?

Dołącz do dyskusji

Advertisement