Gdy Facebook pokazuje, że czytamy o Joli Rutowicz

30.09.2011
Gdy Facebook pokazuje, że czytamy o Joli Rutowicz

Gdy Facebook pokazuje, że czytamy o Joli Rutowicz

Dzielenie się treściami w sieciach społecznościowych jest podobno coraz ważniejsze. Przoduje w tym zwłaszcza Facebook i to on jest największym generatorem ruchu i wymiany informacji w internecie. Zuckerberg mówi, że co rok liczba rzeczy, jakimi dzielą się użytkownicy podwaja się. By utrzymać ten wzrostowy trend Facebook wprowadza Open Graph i chce przenieść pojęcie społecznościowych czynności na wyższy poziom. Tylko, że to może okazać się strzałem w stopę – im więcej informacji, tym mniejsze mają znaczenie. To zresztą dotyczy nie tylko Facebooka i może odbić się na całym środowisku okołospołecznościowym.

Mateusz Kowalski napisał wczoraj o prasie na Facebooku i o tym, że w czasie rzeczywistym znajomym przekazywane są informacje o aktualnie czytanym artykule. Tak samo jest z muzyką i dziesiątkami innych aktywności – Open Graph przekazuje je na żywo i wyświetla w Tickerze.

Pierwszą reakcją dla takich kroków jest oczywiście “łał, oni naprawdę chcą uczynić wszystko społecznościowym i mają genialny plan”. To prawda, jednak jest on pełen luk. Jedną z nich jest przeciążenie. Obładowani informacjami o aktywnościach dziesiątek ludzi naturalnie przestajemy traktować je tak poważnie, jak te rzadsze i osobiste. Nie od dziś wiadomo, że największy odzew w serwisach społecznościowych uzyskują informacje wpisywane “z ręki”, nie płynące z jednego narzędzia do łączenia kont. Logiczne jest więc, że informacja generowana automatycznie, pojawiająca się we wciąż aktywnym strumieniu innych również generowanych z automatu traci jeszcze bardziej na znaczeniu.


Tym bardziej, że jest wyrwana z kontekstu. Czytamy artykuł – znajomi widzą u siebie, że czytamy o Joli Rutowicz i jej nowym różowym jednorożcu. Tylko tyle widzą, a nie wiedzą, że to szef kazał zrobić rozeznanie, bo Jola Rutowicz została nową twarzą kampanii reklamowej, którą szykujemy. To duży rozstrzał pomiędzy wpisem w kanale “O matko, muszę przeczytać tę notkę o Joli w ramach pracy, a wcale nie chcę”. W drugim przypadku kontekst jest jasny i nie psujemy sobie wizerunku publicznego, na którym przecież każdemu zależy.

W Tickerze i Open Graphie informacja pozbawiona jest podłoża, tak ważnego w mediach społecznościowych. To trochę dziwny ruch, bo Facebook przecież nawet przy przycisku “like” dodał możliwość skomentowania treści. To czyni ją bardziej wiarygodną i mocniejszą w oddziaływaniu. A to, że po godzinach lubimy pobuszować na Pudelku i Plotku niech zostanie słodką tajemnicą…

I tu pojawia się kolejny zgrzyt. W przypadku społecznościowego dzielenia się każdą aktywnością nie ma tych tajemnic. Wszystko, co przeczytam, przesłucham czy obejrzę trafi do znajomych. Nieważne, jaką ma wartość – choć nie podoba mi się ten artykuł to i tak inni zobaczą, że go czytałam, a że brak kontekstu, to pewnie pomyślą inaczej. Albo dopiszą własną historię – skoro czyta o problemach zdrowotnych to pewnie sama je ma. Poza tym ten Pudelek czy Plotek, strony o skrajnych poglądach politycznych czy nawet filmiki ze słodkimi kotkami nie wpływają dobrze na wizerunek – nie będę ich czytać i ograniczę się tylko do tego co wpada.

Wszyscy przecież dbamy o to, co pomyślą o nas inni.

Na dłuższą metę to kiepska strategia zarówno dla Facebooka jak i wydawców. Zamiast korzystać z dzielenia się będziemy ograniczać swoją aktywność.

Dotychczas dzieliliśmy się tym, co ma dla nas znaczenie. Sami wybieraliśmy wartościowe rzeczy i w ten sposób tworzyliśmy swoją wirtualną tożsamość. Nowe aplikacje będą robić to za nas. Nie wszyscy tego chcemy – Spotify już odczuło ten problem. Po wprowadzeniu scrobblowania każdego słuchanego utworu na Tickera użytkownicy zaprotestowali. A przecież wspólne słuchania i dzielenie się muzyką miało być główną zaletą współpracy z Facebookiem… Jednak widocznie użytkownicy nie chcą, by wszyscy widzieli że słuchają Lady Gagi. Kilka dni potem Spotify wprowadza tryb prywatnego słuchania, który nie przesyła informacji do Facebooka. Coś jest na rzeczy.

Open Graph po prostu eliminuje w ogromnym stopniu jeden z najważniejszych czynników w procesie dzielenia się treściami – czynnik ludzki. Impuls, który skłania do kliknięcia “like” czy skopiowania linku i zwiększający wartość przekazu.

Wiadomo, że Facebook planuje rozwijać nowe funkcje i skupiać coraz więcej aktywności, jednak na całkowite zautomatyzowanie tego procesu jest jeszcze za wcześnie. Algorytmy sortujące ważność informacji są jeszcze niedopracowane, a ograniczenie do krótkiego zdania “Marek czyta fakt.pl” bez określenia warunków w jakich to robi i całego kontekstu sytuacji prowadzi do błędnych ocen.

Twórcy aplikacji, zanim rzucą się na implementowanie Open Graph, powinni zastanowić się poważnie nad sposobem udostępniania treści i ocenie wartości takiego rozwiązania. Bo może okazać się, że przy niewłaściwym użyciu przyniesie on więcej strat, niż pożytku.

Dołącz do dyskusji

Advertisement