Prywatność i anonimowość? A co to takiego?

31.08.2011
Prywatność i anonimowość? A co to takiego?

Prywatność i anonimowość? A co to takiego?

Pewien bloger (Andy Carvin) zapytał pewnego byłego CEO (Erica Schmidta), dlaczego na pewnym portalu (Google+) podawanie prawdziwych danych osobowych jest konieczne. Odpowiedź brzmiała: bo Google+ ma do tego służyć, a nikt nikogo nie przymusza do korzystania z niego. Bądźmy szczerzy – słowa, jakie wypowiedział Schmidt, musiały paść (dokładny cytat: Google+ na początku zostało zbudowane jako narzędzie do identyfikacji). Tak, było jasne, że Google+ podąży ścieżką wytyczoną przez Facebooka i że użytkownicy będą musieli używać swoich prawdziwych imion i nazwisk*. Dlaczego?

Ano, choćby dlatego, że człowiek zakładając konto w Google automatycznie wkracza na pułap udostępniania danych osobowych. Minimalnych, bo minimalnych, ale jednak. Podobnie jest z Facebookiem i Nk.pl. Najlepiej chyba wypada w tym zestawieniu Twitter, którego twórcy, litościwie, nie wymagają więcej niż niewiele ponad 140 znaków do strzelenia sobie opisu. A ten i tak jest opcjonalny.

Krucjata, jaką podobno urządzają sobie na ludzką prywatność wszystkie portale internetowe, a na którą trzeba odpowiedzieć rekonkwistą i ponownym zachwaszczaniem terenu (jak robi to grupa Anonymous), jest – z perspektywy w ogóle idei anonimowości – dość nietypowa**.

Po pierwsze, ludzie (również dzięki niektórym organom władzy) mogą zacząć odczuwać lekką paranoję – że gdzieś tam Orwell zaczyna się przewracać w grobie i powoli wpada w ruch obrotowy. Mogą i mają prawo, bo każdy kraj ma swojego Wielkiego Brata. A przynajmniej, można tak pomyśleć, powinno być. Wtedy bowiem można walczyć o swoje – za wolność naszą i waszą. Oraz całego Internetu.

Stop.

Przenieśmy się trochę w czasie. Ot, na przykład do Starożytnej Grecji albo Rzymu. Internet jest trochę jak Agora, ewentualnie jak Forum Romanum. Owszem, do wygłaszania publicznie swoich opinii zachęcani byli wszyscy, ale tak zasadniczo to pierwszeństwo się należało ówczesnym celebrytom. Jeżeli ktoś nieznany wyszedł sobie na środek placu i zaczął krzyczeć oraz głośno domagać się swojego, albo chociaż opowiadać ludziom o tym, co zjadł na śniadanie***, to nie znaczyło od razu, że cały świat miał gigantyczną ochotę się dowiedzieć o szczegółach życia prywatnego tej osoby. O jej poglądach i działalności – też niekoniecznie.

Żeby jeszcze lepiej uzmysłowić sobie ten drobny szczegół, popatrzmy na ten obrazek:

Panowie z Wulffmorgenthaler bardzo ładnie skomentowali to, czym naprawdę są: Facebook, Twitter, Google+ i cała reszta.

Gdzie jest zatem problem w tym, żeby w Internecie podać swoje imię i nazwisko? Bo ktoś zobaczy, co wypisujemy? Bo ktoś zobaczy, co oglądamy? Jest tylko jedno pytanie: a jak bardzo aktywność internetowa różni się od wspomnianego już wyjścia na ulicę?

No tak, w Internecie można być anonimowym.

Otóż, nie można. Jak ktoś się uprze, to i tak nas wyśledzi. Wszędzie człowiek generuje ruch, nawet jeśli całość ogranicza się do zostawienia po sobie adresu IP, a czasem i mniejszych śladów. Nie to jednak jest problemem dla ludzi, póki zamiast Jan Nowak mogą się podpisywać jako, dajmy na to, Maximus666. Problem leży w tym, że obnażać się publicznie można bez najmniejszego problemu, ale pod warunkiem, że nikt nas do tego nie przymusza. Dzieje się tak głównie dlatego, że anonimowy użytkownik może sobie pozwolić na coś więcej**** niż nieanonimowy (a jeśli ktoś ma wątpliwości, to niech przeczyta za dwa dni komentarze pod tym tekstem). Problem w interpretacji tego oczywistego stwierdzenia w wykonaniu Google wyskakuje niemal natychmiast: kto upoważnił Google do wychowywania społeczeństwa? I to poprzez uszczęśliwienie wszystkich wokół?

Po drugie: istnieje życie prywatne i życie publiczne, to nie podlega dyskusji. To, że nazywam się Mateusz Kowalski, jestem z Kielc, a teksty piszę dla Spider’s Web od czerwca, nie oznacza, że mam obowiązek publikować również np. informacje na temat tego, co robię po napisaniu kolejnego tekstu tutaj. Czasem nawet, dla własnego zdrowia, najlepiej jest założyć sobie drugie, fikcyjne konto, i tam prowadzić życie, które nie wymaga myślenia “jak napisać, by nie zostać zamordowanym przez tłumy internautów” (np. ostatnie doniesienia z Pudelka nt. Magdy Gessler, czy też ataki na Radka Sikorskiego). Google i Facebook nie chcą tego umożliwić, bo działają zgodnie z najstarszą zasadą plotki – zostawiłeś ślad w necie, zostaw go potomnym, znajomym i nieznajomym.

Nie dziwię im się – informacja to rzecz cenna, a Internet to, tak naprawdę, jeden wielki rynek – a prawa rynku pozostają jasne. Obojętne, czy nazwiemy go Agorą, Forum Romanum, Google + czy Facebookiem. Personalizacja reklam i wciskanie ‘contentu’, który niby powinien być specjalnie dla nas (w oparciu o generowany przez nas ruch), jest rzeczą konieczną we współczesności. Absurdem jest jednak arogancja wszystkich portali społecznościowych, które nie rozumieją, że nie każdy ma ochotę przenosić się w Internet tylko po to, by robić w nim to, co w codziennym życiu.

Niestety, grupy typu Anonymous, też zabierają się za to od dziwnej strony: krucjata wymierzona w Facebooka, którą ogłoszono, skończy się tylko policyjną nagonką (oraz, jeśli się uda, tymczasowym sparaliżowaniem serwisu). Nie da się walczyć z terrorem innym typem terroryzmu, bo wtedy wychodzi błędne koło. Dowodem tego była rewolucja francuska – głowy jej przywódców same wylądowały w końcu w rynsztoku, tuż koło głów tzw. ancien regime.

Nasuwa się jedno pytanie, na które nie ma dobrej odpowiedzi. Czy zamiast piać nie byłoby prościej po prostu założyć sobie nowe konto e-mail i zarejestrować się, powiedzmy, jako Sławomir Iksiński? I tak, i nie. W końcu, wchodzenie do Internetu jest jak wychodzenie na ulicę. Ktoś nas zauważy. Nawet, jeśli będziemy mieli maskę. A prezesi portali społecznościowych niech wreszcie albo przyzwolą na tę anonimowość, albo niech nie będą hipokrytami i nie chwalą się, że np. Facebook pomógł ostatnio obalić afrykańskie reżimy, bo z pełną wymaganą przez nich jawnością tamtejsza bezpieka wyłapałaby użytkowników szybciej niż kot ospałe myszy. Najprościej byłoby to chyba zignorować i nie posiadać kont w ogóle NIGDZIE, tylko… jeśli kogoś nie ma w sieci, to podobno nie istnieje.

Nie, nie będzie puenty. Trudno mi się ustosunkować do tej sytuacji – rozumiem trochę Google i Facebooka (ze względu na wspomniany rynek), rozumiem też ludzi chcących zachować anonimowość. Mam tylko nieodparte wrażenie, że ludzie zapomnieli, do czego miały służyć te serwisy. Do komunikacji ze znajomymi, a nie do tego, by sobie trollować. Tę rolę od zawsze pełniły fora. Społecznościówki to zupełnie inna bajka. Szkoda, że mało kto w ogóle jeszcze na to zwraca uwagę.

*Przynajmniej w teorii, czego najlepszym dowodem jest moja koleżanka, która olała zasady i zrobiła sobie konto po swojemu. Dzięki temu wśród znajomych mam obcokrajowczynię 😉

**I tym razem piszę na dole: NIE patrzę tutaj na ekstrema (jak np. przechowywanie skasowanych zdjęć przez Facebooka). Patrzę tutaj na samą ideę wypowiadania się w internecie i podpisywania się imieniem i nazwiskiem.

***Od razu odpowiadam: tak, tweetowanie to takie publiczne opowiadanie na Agorze, co się dzieje.

****Choć osobiście mam wrażenie, że i tak sobie na dużo pozwalam.

Musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji

*/ ?>
Advertisement