Newsweek: Ballmer musi odejść

28.08.2011
Newsweek: Ballmer musi odejść

Newsweek: Ballmer musi odejść

W ostatni poniedziałek, tj. 22 sierpnia 2011 r., tygodnik „Newsweek Polska” opublikował mój tekst złowieszczym tytułem „Ballmer musi odejść”. Poniżej jego treść. Zaczyna się od leadu. O, takiego: Oto paradoks Microsoftu: najlepsze wyniki finansowe w historii i czarna przyszłość. Stawiamy, że krew się poleje.

Inwestorzy, udziałowcy, a nawet pracownicy Microsoftu nigdy nie pałali miłością do obecnego prezesa firmy Steve’a Ballmera. Jednak to, co dzieje się w ostatnim czasie, jest bezprecedensowe – zewsząd słychać nawoływania do zwolnienia go ze stanowiska. Wydaje się, że Ballmer wciąż ma mocną pozycję w zarządzie Microsoftu, ale coraz więcej faktów dowodzi, iż nie panuje nad sytuacją.

Paradoks jego pozycji świetnie unaoczniają wyniki finansowe Microsoftu. Są najlepsze w historii – firma zebrała prawie 70 mld dol. z rynku, zarabiając netto 23 mld dol. Ale jednocześnie straciła pozycję najwyżej wycenianej technologicznej spółki świata. Microsoft przegrał z odwiecznym rywalem, firmą Apple. W końcu drugiego kwartału 2011 r. padła ostatnia linia obrony Ballmera, który podkreślał, że Microsoft to wciąż najbardziej dochodowa technologiczna spółka na świecie. Już nie jest, bo Apple ma dziś nie tylko wyższe przychody od Microsoftu (100 mld dol.), lecz także zyski (23,5 mld dol.).

Steve Ballmer od początku przygody z Microsoftem miał pod górkę. Nie przynosiły mu splendoru porównania do legendarnego poprzednika Billa Gatesa i przeciwstawianie go magom współczesnego biznesu technologicznego, takim jak Steve Jobs (Apple), Jeff Bezos (Amazon.com) czy Eric Schmidt (Google). W przeciwieństwie do nich Ballmer nie ma talentów showmana i nie potrafi porwać tłumu. Na konferencjach prasowych jest bezbarwny, czyta z promptera, a w wywiadach popełnia gafy, które są cytowane przez lata. Dotąd większość zastrzeżeń wobec niego opierała się właśnie na braku charyzmy, teraz jednak pojawiają się zarzuty, które mają podłoże czysto biznesowe.

Najpoważniejszy: Microsoft pod rządami Steve’a Ballmera nie jest w stanie skutecznie odpowiedzieć na dynamicznie zmieniającą się sytuację na rynku technologicznego biznesu. Wyniki spółki są całkowicie uzależnione od sprzedaży systemu operacyjnego Windows i pakietu biurowego Office, a więc produktów, które definiowały poprzednią epokę rynku – erę PC, czyli komputera osobistego. Dziś natomiast najszybciej rozwijającą się gałęzią przemysłu IT są urządzenia mobilne: smartfony, tablety, e-czytniki i odtwarzacze multimedialne, w których produkcji próżno szukać Microsoftu na czołowych miejscach.

W 2000 r., kiedy Ballmer przejmował władzę od Billa Gatesa, pozycja firmy była znakomita: Windows miał 90 proc. rynku oprogramowania systemowego, Windows Mobile 45 proc. rynku oprogramowania na pierwsze inteligentne telefony, a Office był podstawowym pakietem biurowym większości firm na świecie. Ale to już przeszłość. W połowie 2011 roku po raz pierwszy w historii przychody ze sprzedaży Windowsa spadły, Office zmaga się z rosnącą konkurencją darmowego pakietu Google Docs, a obroty na Windows Phone – nowej platformie mobilnej, na której rozwój Microsoft przeznaczył ponad 3 mld dół. – stanowią zaledwie 1 proc. wartości przychodów. Co więcej, okazuje się, że połączony biznes iPhone’a i iPada Apple jest dziś większy od całych obrotów Microsoftu, a Apple ma tyle gotówki, że mógłby kupić 30 proc. firmy Ballmera! Dla fanów marki Microsoft i udziałowców firmy to prawdziwy policzek.

Nie dziwnego, że media po raz kolejny przypomniały słynną wypowiedź Ballmera z 2007 r.: „Nie ma szans na to, by iPhone zdobył sporą część rynku. Po prostu nie ma. To subsydiowany gadżet za 500 dolarów” – mówił. I dodawał: ,Jeśli spojrzymy na 1,3 mld sprzedawanych telefonów, to ja wolę mieć nasze oprogramowanie na 60, 70 lub 80 proc. z nich niż te 2 czy 3 proc., które Apple może zdobyć”.

Dziś Apple jest liderem rynku; sprzedaje ponad 20 proc. wszystkich inteligentnych komórek i zbiera na nim 66 proc. zysków. A udział mobilnego systemu operacyjnego Microsoftu oscyluje w granicach błędu statystycznego. Wykaz porażek Ballmera jest jednak znacznie dłuższy. W lipcu 2010 r., zaledwie sześć tygodni po debiucie i wielkiej kampanii reklamowej, ze względu na znikomą sprzedaż Microsoft wycofał z rynku smartfony Kin, którymi chciał zdobyć serca nastolatków. Nie rozwija także marki odtwarzaczy multimedialnych i sklepu z cyfrową muzyką Zune, które swego czasu typował na pogromcę iPodów i iTunes. Spekuluje się, że na obu niewypałach Microsoft stracił ponad 2,5 mld dol.

Microsoft jest także maruderem wyścigu na tablety. Kiedy w kwietniu 2010 r. debiutował na rynku iPad, już miesiąc później Ballmer pokazywał na konferencji prasowej prototyp tabletu Hewletta-Packarda z Windowsem przystosowanym do dużego ekranu dotykowego. Dowodząc, że konsumenci będą wybierać produkty z systemem Microsoftu. Dziś Apple sprzedaje 10 min iPadów kwartalnie, a Microsoft nadal nie przedstawił Windowsa na tablety i nie przedstawi go najprawdopodobniej aż do połowy roku 2012. Do tego czasu według prognoz analityków Apple ma sprzedać ponad 100 min iPadów, a pozostali producenci podobne ilości tabletów z systemem Google Android.

Ballmerowi nie udaje się również podbój rynku internetowego. Co prawda, gdy w 2009 r. Microsoft wypuszczał na rynek konkurencyjną dla Google wyszukiwarkę Bing, w swoim stylu buńczucznie zapowiadał rychłą detronizację konkurenta. Tymczasem Google ma 8 mld dol. zysków rocznie z samego wyszukiwania informacji, a cały biznes internetowy Microsoftu – na czele z Bingiem i wyszukiwarkową częścią Yahoo – przynosi firmie ogromne straty, łącznie już prawie 5 mld dol.!

Czarę rozczarowania inwestorów Microsoftu przepełniło kupno Skype’a w maju 2011 r. Steve Ballmer zdecydował się zapłacić 8,5 mld dol. za spółkę, która nie dość, że od dawna nie była rentowna, to na dodatek tonie w długach (prawie 700 min dol.). Blisko czterokrotnie przepłacona cena to zapewne wynik obaw, że Skype’a przejmą konkurenci, Google lub Facebook, ale nie brakuje też takich, którzy twierdzą, że Ballmer zwyczajnie dał się nabrać. Teraz wahadło wychyliło się w drugą stronę i Microsoft właśnie przegrał z Google walkę o kupno Motoroli – znanego producenta komórek. Nie dziwnego, że po tym wszystkim cena akcji Microsoftu praktycznie stoi w miejscu od roku, podczas gdy główni rywale: Apple, Google czy Oracle, rosną po kilkadziesiąt procent.

W tej sytuacji nie mogą dziwić coraz odważniejsze żądania głowy Steve’a Ballmera. Głośnym echem odbił się bezceremonialny atak przeprowadzony pod koniec maja przez znanego finansistę Davida Einhoma, który wsławił się tym, że przewidział upadek banku Lehman Brothers. Einhom nazwał Ballmera nieudacznikiem i zagrożeniem dla stanu finansów tysięcy inwestorów, którzy posiadają akcje Microsoftu. Ballmer na zarzuty nie odpowiedział, ale głośne wystąpienie Einhoma spowodowało lawinę podobnych ataków.

Media już spekulują, kto mógłby zastąpić Ballmera w Microsofcie. Rozważane są dwa scenariusze: albo powrót Billa Gatesa, albo przyjście kogoś z zewnątrz. To pierwsze wydaje się jednak mało prawdopodobne, bo Gates jest dziś raczej działaczem charytatywnym i wynalazcą (w ostatnim czasie pracuje nad… inteligentną toaletą) niż biznesmenem. Jednak drugi scenariusz może storpedować wewnętrzny establishment w Microsofcie, ten sam od lat. Może wiec być i tak, że Steve Ballmer jeszcze długie lata pozostanie w firmie numerem jeden. W końcu uważany jest za jednego z najbardziej bezwzględnych szefów firm technologicznych na świecie – zapewne z podobną bezwzględnością będzie bronił swojej pozycji.

Dołącz do dyskusji

Advertisement