Newsweek – Google daje plusa

30.07.2011
Newsweek – Google daje plusa

Newsweek – Google daje plusa

Trochę wcześniej niż obiecałem, ale skoro już sam „Newsweek” opublikował tekst na swoich stronach, a Onet – który m.in. z „Newsweekiem” współpracuje – puścił tekst na swojej stronie głównej, to czuję się zwolniony z obowiązku czekania do niedzieli na publikację swojego tekstu na łamach Spider’s Web.

W poniedziałek, tj. 25 lipca 2011 r., „Newsweek Polska” (30/11) opublikował mój tekst pod tytułem: „Google daje plusa”, który promowany był – po raz pierwszy w moim przypadku – na okładce. Oto jego treść:

W internecie zawrzało. Google udostępnił wersję testową swojego serwisu społecznościowego – Google+ oficjalnie zadebiutuje 31 lipca i choć na pierwszy rzut oka wygląda jak ulepszona wersja Facebooka, a oceny specjalistów są na razie niejednoznaczne, to serwis rzeczywiście może stanowić poważną konkurencję dla fenomenu Marka Zuckerberga. Późny debiut Google+ jest jednak jednocześnie dowodem, że Google stracił miano największego innowatora w internecie. Teraz firma Siergieja Brina i Larry’ego Page’a musi gonić konkurencję. A powodzenie lub niepowodzenie nowego serwisu społecznościowego może stanowić punkt zwrotny dla całej grupy. Albo wróci do gry silniejsza niż kiedykolwiek, albo powoli przekształci się w drugi Microsoft, firmę nierozumiejącą obecnego stanu rynku i strzelającą̨ na oślep przejęciami za miliardy dolarów.

Do niedawna Google był nie tylko najważniejszą i najbardziej innowacyjną internetową firmą świata, ale także mekką dla inżynierów z każdego zakątka globu. Chcieli tam pracować najlepsi specjaliści z branży nowych technologii, mamieni legendami o tym, jak kreatywnie i bez korporacyjnego skrępowania pracuje się w Google. Pytani o konkurencję, założyciele spółki z kokieterią w głosie odpowiadali, że boją się tylko pomysłu, który może się zrodzić gdzieś w prywatnym garażu na końcu świata.

Tymczasem Google kompletnie przespał moment wystrzału popularności internetu społecznościowego, który na czele z Facebookiem zaczął dominować w sieci, skupiając uwagę setek milionów internautów. Sześcioletni dziś Facebook ma już 750 mln zarejestrowanych, aktywnych użytkowników i jeśli utrzyma tempo ich przyrostu, to w kwietniu 2012 r. przekroczy magiczny poziom miliarda. Choć ma dziś 15 razy mniejsze przychody od Google (ok. 2 mld dol. wobec 31 mld dol.), to góruje nad nim w kluczowym aspekcie reklamy graficznej. Google żyje głównie z reklam tekstowych wyświetlanych przy wynikach wyszukiwania, podczas gdy Facebook z sukcesem sprzedaje reklamy oparte na zdjęciach i tekstach. To zaś odbierane jest jako realne zagrożenie dla reklamowej hegemonii Google.

Google przez długi czas nie robił nic, by przeciwstawić się rosnącej dominacji Facebooka. A gdy w końcu zaczął działać, to każdy kolejny projekt w tzw. Web 2.0, czyli przestrzeni serwisów społecznościowych, okazywał się efektowną porażką. Wave, który miał być nowym pomysłem na pracę grupową w sieci, czy Buzz, mający stanowić realną konkurencję dla Twittera, były spektakularnymi klapami. Google kompletnie nie potrafił też przełożyć lokalnego sukcesu swojego serwisu społecznościowego Orkut, który był hitem w Brazylii i Indiach, na fenomen globalny. Głową zapłacił za to dyrektor zarządzający (CEO) Eric Schmidt, który przez ponad dekadę zarządzał Google. W jednym z emocjonalnych wywiadów po odsunięciu od władzy Schmidt wyraźnie przyznał się do porażki w dziedzinie internetu społecznościowego.

Równocześnie firma zaczęła tracić wiele talentów, głównie wysoko wyspecjalizowanych inżynierów na dyrektorskich stanowiskach, na rzecz szybko rosnących konkurentów Web 2.0. Okazało się również, że najlepsi absolwenci uniwersytetów wolą pracować w Facebooku czy Twitterze. Schmidt nazwał nawet lata 2010-2011 okresem pierwszej wojny światowej o talenty.

W kwietniu bieżącego roku Schmidta na stanowisku dyrektora zarządzającego zastąpił jeden z dwójki założycieli – Larry Page. Najpierw zmienił strukturę zarządzania firmą i wygrał walkę o utrzymanie kluczowych wiceprezesów, między innymi Sundara Pichaia, który miał intratną propozycję objęcia funkcji CEO Twittera. Teraz przystąpił do ataku na polu internetu społecznościowego i wraca do gry z Google+.

Serwis zaprojektowany przez jednego z byłych głównych projektantów Apple zachwycił najbardziej zagorzałych fanów życia w sieci, którzy jako pierwsi mieli możliwość testowania. Nowy serwis jest zintegrowany ze wszystkimi usługami Google, więc tym razem nie trzeba się nigdzie zapisywać ani niczego aktywować – będzie widoczny dla wszystkich, którzy korzystają z wyszukiwarki, poczty Gmail czy serwisu ze zdjęciami Picasa. Dzięki temu w naturalny sposób ponad 250 mln użytkowników poczty Gmail powinno bez problemu odkryć nową usługę.

Google+ wygląda jak odpowiedź na czołowe serwisy Web 2.0. Tak jak na Facebooku, w Google+ możemy dodawać osoby do listy obserwowanych. Jest tam również coś na wzór facebookowej ściany (w Google+ nazwanej strumieniem), gdzie obserwuje się wpisy znajomych. Jest nawet przycisk +1, który wygląda na kopię przycisku „lubię to” Facebooka, tyle że zamiast w strumieniu wiadomości, +1 ma wpływ na wygląd wyników wyszukiwania w wyszukiwarce Google, informuje przy tym, które strony zostały polecone przez naszych znajomych. Inna część Google+ – Sparks to z kolei coś, co przypomina Twittera – skonkretyzowany, dopasowany do zainteresowań kanał wiadomości, tyle że pozbawiony tak krytykowanego na Twitterze chaosu komunikacyjnego. W końcu jest też wideoczat w obrębie kręgów, który będzie konkurował z tandemem Skype-Facebook.

Inaczej niż Facebook Google+ wydaje się też pozbawiony wad związanych z nienależytą ochroną prywatności. Google w prosty sposób pozwala bowiem na ograniczanie widoczności profilu użytkownika przez innych, dlatego nawet mniej świadomi internauci są mniej narażeni na wyciek danych osobowych. Nie ma również w Google+ wszędobylskiego na Facebooku spamu z informacjami reklamowymi czy powiadomieniami z aplikacji zewnętrznych.

Zainteresowanie testową wersją Google+ jest ogromne. Larry Page poinformował, że w zaledwie dwa tygodnie do wersji testowych zapisało się ponad 10 mln osób, a technologiczni blogerzy spekulują, że do czasu oficjalnego debiutu liczba użytkowników Google+ dobije do 50 mln. Inwestorzy giełdowi również dobrze zareagowali na testy Google+. W kilka dni notowania akcji firmy odrobiły ponad 30 proc. strat z ostatnich miesięcy. Entuzjastycznie przyjęły go również coraz bardziej opiniotwórcze blogi technologiczne. Natomiast według dziennikarzy amerykańskich gazet Google+ jest graniczącą z plagiatem imitacją Facebooka, co w efekcie może prowadzić do tego, że niewielu użytkowników będzie zainteresowanych przeniesieniem tam swojej internetowej aktywności. Dlatego kluczowe będą pierwsze miesiące po otwarciu serwisu dla wszystkich. Jeśli chwyci, jak sądzą blogerzy, konflikt między Facebookiem a Google nabierze intensywności. A jeśli nie – jak przewidują specjaliści z amerykańskich gazet – to Google przegra definitywnie wojnę o społecznościowy internet.

Pod górkę

Google ma ostatnio sporo problemów:

■ jego mobilny system operacyjny Android jest najczęściej wybieranym systemem przez użytkowników smartfonów, ale Google musi zmagać się z wieloma pozwami o łamanie patentów należących do innych firm. na przykład Oracle żąda gigantycznego odszkodowania w wysokości 2,6 mld dol., a Microsoft z powodzeniem po kolei skarży producentów smartfonów z systemem Android.

■ inny kluczowy projekt Google’a – system operacyjny Chrome oS, który miał powalczyć z Microsoftem o rynek korporacyjny i edukacyjny, zadebiutował ostatnio praktycznie bez akompaniamentu medialnego echa.

■ Google ma również problem polityczny, bo grupa amerykańskich senatorów po miesiącach starań zmusiła w końcu jego byłego dyrektora zarządzającego Erica Schmidta do stawienia się we wrześniu przed kongresem, by odpowiedzieć na pytania o łamanie zasad uczciwej konkurencji w internecie.

Dołącz do dyskusji

Advertisement