Mistewicz: Twitter zgromadził pokoleniową elitę

11.04.2011
Mistewicz: Twitter zgromadził pokoleniową elitę

Mistewicz: Twitter zgromadził pokoleniową elitę

Rozmowa z Erykiem Mistewiczem, konsultantem marketingu i PR pracującym z politykami i biznesem, któremu w ciągu ostatnich dwóch lat udało się wypromować w Polsce mikroblogowy serwis Twitter czyniąc z niego najbardziej powszechne medium społecznościowe naszych elit, polityków, artystów i ludzi mediów, dla niektórych ciekawsze od Facebooka. Czy uda się Twitterowi w Polsce utrzymać to miejsce? Jakie według Mistewicza zalety Twittera sprawiają, że pokonał on w tej grupie inne serwisy mikroblogowe? Czego polscy politycy, dziennikarze, artyści i celebryci szukają właśnie na Twitterze? Dlaczego stał się on modny? I jaka jest jego przyszłość?

Przemysław Pająk, Spider’s Web: Jeszcze rok temu pisałem o Twitterze entuzjastycznie m.in. w “Newsweeku”, Pan pisał m.in. w „Anatomii władzy”, a dziś się zastanawiam czy serwis ten przyjął się w Polsce. I mam wrażenie, że jednak nie, nie przyjął się Twitter w Polsce.

Eryk Mistewicz: Mam całkie inne zdanie. Dla mnie Twitter to wielki sukces. Udowadnia, jak technologie, dobrze wybrane, bo przecież w chwili gdy zaczynałem promować Twitter w Polsce podobnych serwisów było sporo, choćby rodzimy Blip, spopularyzowane profesjonalną strategią, wsparte dobrym marketingiem, mogą przysłużyć się do tworzenia własnych kanałów nadawczych jak i odbiorczych. Twitter to swoiste własne medium, które z jednej strony pozwala nam opowiedzieć innym swoją historię, to, co jest dla nas ważne. Jeśli zrobimy to dobrze, zostaniemy usłyszeni. Każdy dzień przynosi na to dowody. A z drugiej strony Twitter pozwala odbiorcom być na bieżąco z najważniejszymi aktorami sceny medialnej, politycznej, biznesowej. Zanim zwołają konferencję prasową, zanim pojutrze ukaże się wywiad z nimi, z wpisu na Twitterze już wiemy, co myślą i co zrobią. Jeśli dobrze sprofilujemy swoją grupę obserwowanych, wygramy rywalizację na bycie dobrze poinformowanymi. Bo wiedzę czerpać będziemy ze źródeł, już bez pośrednictwa kogokolwiek.

I co ważne, nie mamy wrażenia, że toniemy w morzu informacji. Ograniczenie wpisów na Twitterze do 140 znaków, co oznacza mniej niż w SMS, jest jego błogosławieństwem. Plus oczywiście możliwość dołączenia zdjęć, plików audio, wideo, linków do artykułów. Jeśli ktoś nie potrafi składnie się wyrazić, zwięźle, zrozumiale, a woli nam zabierać głowę i nasz czas, dobrze, ale nie tutaj. Niech idzie na Facebook lub prowadzi bloga.

Jednak to właśnie ograniczenie do 140 znaków wypowiedzi, plus linki do zewnętrznych źródeł, stanowi według krytyków największe ograniczenie Twittera, w porównaniu np. z Facebookiem.

Porównywanie Facebooka do Twittera to tak jak porównywać Boeinga do Mercedesa. To co łączy to jedynie fakt, że obydwa te stwory mają silnik i służą do przemieszczania się. Ale już choćby użycie w strategiach marketingowych czy PR-owych wymaga innej uwagi. Ostatnio obserwuję, jak nie są w stanie zrozumieć Twittera agencje PR, które wpisały do media-planu użycie tego medium dla swoich klientów. Kampanie na Facebooku są łatwe, by nie powiedzieć trywialne. Ale też nie przypominam sobie choćby jednej kampanii na FB, która szczególnie zapadła by mi w pamięci. Założyć fanpage i ją spopularyzować można bez szczególnego wysiłku. Agencje wiedzą, że Twitter stał się modny, też wpisują go do media-planów i mają problem. Bo nikt ich „fanpage’u” nie obserwuje. Bo mówią w próżnię. Bo nie potrafią w 140 znakach zawrzeć tego, że produkt ich klienta jest taki innowacyjny, fascynujący i technicznie doskonały, no i do tego tani, i można go zamówić w różnych kolorach przez Internet ze strony… – no i ta strona im się już nie mieści.

Facebook przypomina raczej blog opakowany ze wszystkich stron reklamami, by nie powiedzieć wręcz, że przez te reklamy zabijany. Aby coś napisać musimy zaparzyć sobie herbatę, cyzelujemy wypowiedź, a na blogu jeszcze dodatkowo tracimy drugie tyle na eliminowanie trolli. Na Twitter po prostu wchodzimy, często wpisujemy nie bacząc na i składnię, i świat żyje naszym wpisem, a jeśli dotyka on czegoś ważnego, jest cytowany, retwittowany, trafia do bardzo wielu ludzi, a często także do wiodących mediów. Na paski telewizji informacyjnych albo jako inspiracja podjęcia tematu. Tej szybkości, zwiewności, lekkości nie ma Facebook.

Gdybym każdego dnia miał przedzierać się przez Facebook i wszystkie strony ważnych dla mnie nadawców w Internecie, portali informacyjnych, nie ruszyłbym do pracy do południa. Twitter plus dobrze sprofilowany, spersonalizowany kanał RSS i już w chwilę po przebudzeniu wiem, co ważne, co kto myśli, co się będzie działo. Jeśli można sobie życie ułatwić Twitterem, po co je utrudniać?

Jednak patrząc na liczby, Polacy nie pokochali mikroblogów. Twitter nigdy nie wystrzelił, a polski klon Twittera – Blip, mimo całkiem sporego naturalnego buzzu wokół siebie jeszcze rok temu, kompletnie nie wykorzystał szansy by stać się “mainstreamowy”.

O Blipie i innych wynalazkach tego typu, z wyjątkowo słabym konceptem całościowym i błędami marketingowymi, błędami straconych szans, szkoda mówić. Co do Twittera, nie liczby tu są najważniejsze, ale specyfika użytkowników, których udało mi się namówić do wybrania właśnie tego serwisu, a za którymi poszli następni. Dziś, po dwóch latach, Twitter używany jest przez elitę tego pokolenia. Politycy, artyści, sportowcy głośne nazwiska, ludzie biznesu i mediów, eksperci i aktorzy sceny publicznej tu dają najważniejsze dla nich wpisy, oceny, informacje, zdjęcia. W tej rywalizacji nie ilość jest ważna ale jakość. Na Naszej Klasie jest więcej kont, ale nie będzie tam tych nazwisk, de facto – jak je nazywam – „kanałów referencyjnych”.

Gdy osoby publiczne czujące, że mamy dziś do czynienia z istotną zmianą w sposobie korzystania z mediów, proszą o doradzenie, czy warto pisać blog, działać na Facebooku, odpowiadam: nie, nie tylko nie warto, ale nie wypada. Nie wypada prezesowi firmy czy znanemu dziennikarzowi prowadzić bloga. Pokazuje w ten sposób, że ma za dużo czasu. Tak na pisanie jak i marnowanie tego czasu na dyskusje z trollami. Pokazuje, że jest zakochany w sobie, a to nie jest dobre. Pokazuje, że w żaden inny sposób nie potrafi zmonetyzować swoich przemyśleń nie wierząc w ich wartość albo co gorsza zdając sobie sprawę z ich miałkości. Człowiek biznesu w ten sposób trwoniący swój największy kapitał – czas, czy dziennikarz – trwoniący swoje informacje i analizy, które mógłby sprzedać w inny sposób – to zupełne nieporozumienie. Inaczej niż Twitter. Tu ich wpis pojawia się niejako mimochodem. Rezonuje. Pracuje. I ich buduje. Ale w jakże inny sposób.

A moim zdaniem politycy, którymi na co dzień się Pan zajmuje, Twittera i inne mikroblogi to tylko popsuli. Nic tak nie działa na nerwy jak to, że jeden polityk z drugim uaktywnia się na Twitterze tylko na czas kampanii wyborczej. To w zasadzie obraźliwe.

Niektórzy pojawili się tu za moją sprawą i mam wrażenie, że te uwagi ich się nie tyczą. Bardzo dokładnie poznali mechanizm ale też sposób formułowania przekazu, użycia Twittera w strategii marketingu narracyjnego zanim dokonali swoich pierwszych wpisów. Inni pojawili się w trakcie tej czy innej kampanii i mam wrażenie, że nie zrozumieli w ogóle tej maszyny. Najczęściej zresztą po kampanii zniknęli. I faktycznie muszę przyznać, że ich młoty pneumatyczne użyte w tej materii narobiły ich wizerunkowi więcej szkody niż pożytku. Ale to ich problem. Podobnie zresztą jak agencje PR próbujące tu realizować swoje kampanie, także – z kilkoma wyjątkami – ze szkodą dla swych klientów.

Ale jeśli jesteśmy przy politykach, to w ostatniej kampanii samorządowej zaproponowałem swoisty „bank pomysłów” dla kandydatów z różnych miejsc Polski, z różnych partii, serwis na Twitterze, na którym kandydaci mogli zostawiać pomysły dla innych, które zastosowali u siebie i się one sprawdziły. To było ciekawe doświadczenie, udowadniające zresztą, że politycy obecni na Twitterze nie zamykają się ani na wiedzę, ani na dzielenie się swoimi doświadczeniami z innymi, jeśli znajdą się w przyjaznym środowisku.

Mamy kilku polskich celebrytów na Twitterze, którzy traktują go jako jedną ze swoich głównych tub komunikacyjnych. Choćby Zbigniewa Hołdysa…

Nie chciałbym wskazywać tego czy innego najlepszego Twitterowicza, bo pominę w ten sposób innych. Gdy mówię o Twitterze jako miejscu, w którym gromadzi się rzeczywista elita pokolenia, myślę też o młodych naukowcach, biochemikach i genetykach używającego tego narzędzia do kontaktów z profesjonalną siecią światowych odkrywców, o fanatykach kina relacjonujących wrażenia z festiwali filmowych na całym świecie, o Polakach rzuconych do Buenos Aires i stamtąd „obsługujących” na Twitterze wszystkie najważniejsze wydarzenia w Ameryce Łacińskiej, o analitykach polityki dalekich od mediowego mainstreamu acz prowadzących bardzo ciekawe badania, o prawdziwie niezależnych ekspertach od rynku telekomunikacyjnego wyłapujących ważne trendy, o wielkich podróżnikach, żeglarzach przemierzających pięć oceanów w wielkich regatach i łączących się przez telefon satelitarny z Twitterem aby zostawić swój wpis i porozmawiać z uczestnikami sieci, o komentatorach sportowych – godnych następcach mistrzów słowa w tej dziedzinie wiedzących, że muszą nie tylko zmieścić się w 140 znakach, ale jeszcze zrobić to tak, żeby porwać swoją opowieścią tłumy.

Zdaje się, że Twitter jest ogólnie przeszacowany – ze 175 mln zarejestrowanych użytkowników serwisu, tylko kilkanaście milionów można nazwać aktywnymi użytkownikami. Facebook ma 600 mln użytkowników i większość z nich to aktywni – i to bardzo – użytkownicy…

Nie ilość jest tak bardzo ważna – powtórzę – co jakość. Twitter, powtórzę to raz jeszcze, nie jest narzędziem masowym. Nie taka myśl towarzyszyła mi na początku promowania właśnie tego kanału komunikacji. Rzeczywiście, w pierwszym etapie użytkowania mechanizm może wydawać się trudny. Dobrze pojęta elitarność wbrew pozorom może służyć jakości informacji, stanowić sito dla przejścia dla tych, którzy używają tego narzędzia do opowiadania swojego świata i orientowania się w świecie dzięki opowieściom innych. A to walor ważniejszy niż liczby.

A przyszłość, Facebook pożre wszystko? Smutna to perspektywa, bo Twitter… – no powiedzmy to otwarcie – jest fajny.

Dokładnie tak, Twitter jest fajny. Sympatyczni ludzie poza wszystkim, gdyż w odróżnieniu od innych miejsc w sieci smutasów i paranoików można po prostu nie wprowadzać do grupy followersów, nie widzieć ich wpisów, a nawet zablokować, aby nasze wpisy były dla nich widoczne z trudem. A obok tego także bardzo cenne źródła bieżącej informacji i pogłębionych analiz. Obserwuję Spider’s Web na Twitterze, rozwój tego serwisu i rosnącą pozycję wynikającą z wysokojakościowego kontentu eksperckiego. Dla takich źródeł obok Twittera pojawi się niedługo nowe ciekawe zastosowanie, tym razem pozwalające nie tylko na budowanie reputacji miejsca, ale też na monetyzację zawartości. Każdy sukces, podobnie jak każda porażka, także w zakresie nowych mediów, jest bowiem źródłem cennych doświadczeń i motywacją, aby zrobić następny krok.

Brzmi tajemniczo, ale jak rozumiem na więcej szczegółów musimy poczekać. Dziękuję za rozmowę.

Dołącz do dyskusji