Matematyka e-booków. Nie jest kolorowo.

10.09.2010
Matematyka e-booków. Nie jest kolorowo.

Matematyka e-booków. Nie jest kolorowo.

Sporo piszemy na Spider’s Web na temat coraz śmielej poczynającego sobie rynku e-książek i e-czytników. Cieszymy się jak Amazon mówi, że sprzedaje rekordowe liczby Kindle’a (choć nie mówi dokładnie ile). Cieszymy się jak Apple chwali się biblioteką 35 tys. e-książek dostępnych w iBooks (choć to nic w porównaniu do 600 tys. Amazona). Cieszymy się w końcu jak spadają ceny samych e-czytników. Jest jednak jeden aspekt, który nie daje nam spokoju. Czy wiecie, że e-bookowy biznes wcale nie jest taki świetny dla wydawców?

Wydawałoby się, że rozwój sprzedaży e-książek powinien leżeć w gestii wszystkich: wydawców, autorów, producentów urządzeń mobilnych, a nawet ekologów. Tych pierwszych, bo odchodzą koszty dystrybucji i druku; tych drugich, bo powinni dostawać więcej od sprzedaży e-książki niż zwykłej książki (ze względu na niższe koszty ich produkcji); tych trzecich, bo im więcej będzie się sprzedawać e-książek, tym większe będzie zapotrzebowanie na ich produkty; tych czwartych, bo mniej drzew Amazonii pochłonie książkowy biznes. Tak by się wydawało. Niestety matematyka wokół e-booków nie jest taka różowa.

Średnia cena fizycznej książki wydana w tzw. twardej okładce (czyli wszystko co ma potencjał sprzedać się w dużej liczbie egzemplarzy) to 26 dol. Z tego, jak policzył “New York Times”, czysty zarobek to tylko 4,05 dol. Co z resztą? Wydawca dostaje zaledwie 50% z tej kwoty. Resztę pożerają poszczególne szczeble dystrybucji (hurtownik, podhurtownik, księgarnia). Z tych 13 dol, wydawca musi opłacić tantiemy dla autora: 3,90 dol, zapłacić za druk oraz transport książki: 3,25 dol, zaprojektować okładkę i inne elementy upiększające druk za 0,80 dol. oraz wesprzeć ją marketingowo za 1 dol.

Tak patrząc, e-książki powinny być wybawieniem – odchodzą przecież potężne koszty pośredników sprzedaży, druku oraz transportu. Tak pięknie jednak nie jest, a i tak jest lepiej niż było przed debiutem iPada, bo legenda głosiła, że Amazon za dystrybucję kasował jeszcze więcej niż wszyscy fizyczni pośrednicy dystrybucyjni razem wzięci – aż 60%. Apple wszedł z butami na nowy rynek i zniżył opłatę dystrybucyjną do swoich 30%. W ślad za nim podążył Amazon i od jakiegoś czasu również pobiera “jedynie” 30% prowizję.

A co z resztą? Średnia cena książki w iBooks oraz Amazon to 12,99 dol. Po opłaceniu 30% prowizji wydawca dostaje 9,09 dol. Z tego musi opłacić autora: od 2,27 dol do 3,25 dol, zapłacić za proces digitalizacji książki: 0,5 dol. oraz wydać co nieco na marketing: 0,78 dol. Zostaje? pomiędzy 4,56 a 5,54 dol. zysku z jednego sprzedanego e-booka. W najgorszym wypadku jedynie pół dolara więcej niż w przypadku sprzedaży fizycznych książek.

Zyskuje oczywiście czytelnik, bo może kupić cyfrową książkę za połowę ceny fizycznego wydania (jeśli oczywiście nie uwzględnimy ceny urządzenia, na którym ową książkę będzie czytał). Tyle, że wydawcy mają małą motywację, aby przemeblowywać swój biznes książkowy na cyfrowy. W końcu zarabiają praktycznie tyle samo. Na dodatek jeśli powiedzie się krucjata obniżenia ceny e-książek do 9,99 dol. za sztukę, ten biznes stanie się nawet mniej dochodowy niż “zwykłe” książki.

Może więc zamiast walczyć o 9,99 dol. za e-booka warto powalczyć o? 14,99 dol. Wtedy mielibyśmy pewność, że rynek wydawniczy popatrzyłby łaskawiej na e-booki i szybciej doczekalibyśmy się parcia na właśnie ten model dystrybucji literatury.

Ekolodzy i producenci e-czytników się ucieszą…

Dołącz do dyskusji