Recenzja płyty Schoolyard Ghost grupy no-man

21.04.2008
Recenzja płyty Schoolyard Ghost grupy no-man

Recenzja płyty Schoolyard Ghost grupy no-man

Niezwykle trudno jednoznacznie ocenić najnowszą płytę grupy no-man – “Schoolyard Ghoss”. Trzy aspekty jej oceny stawiają bowiem samą oceną w co najmniej dwóch przeciwstawnych światłach.

Płyta jest świetna: doskonale złożony album z poszczególnych utworów, harmonijne przejście od utworu do utworu, wspaniałe aranżacje piosenek pełne ciszy i beztroskiej rozpusty dźwiękowej, przepiękne linie melodyczne z hipnotycznym wokalem Tima Bownessa, pastelowe plamy dźwiękowe rodem z soundscapes Roberta Frippa.

Płyta nie wnosi nic nowego: to pierwsza płyta no-man, która nie różni się prawie niczym od poprzedniej (“Together We Are Strangers”), przez co całość nie zaskakuje, a wręcz czasami nuży. Wspaniali goście (Pat Mastellotto, Theo Travis, Colin Edwin), którzy nie do końca zostali dobrze “użyci”.

Płyta zawiera najpiękniejszy utwór w dotychczasowej dyskografii no-man: “Truenorth” – trzynastominutowa suita, która powala na kolana nie tylko ze względu na doskonałą aranżację orkiestrową przez Dave’a Stewarta, ale również dzięki najpiękniejszej w historii linii melodycznej, wymarzonej dla głosu Tima Bownessa.

no-man to duet tworzony przez dwóch niezwykłych artystów: prawdziwego człowieka współcześnie rozumianego renesansu, Steve’a Wilsona, i wokalisty o jednym z najbardziej charakterystycznych głosów na współczesnej scenie muzycznej, Tima Bownessa. no-man już dawno przestał być pobocznym projektem grupy Porcupine Tree stając się jedną z ikon współczesnego wymiaru nurtu progresywnego w muzyce. Wpływów twórczości no-man można szukać zarówno w najnowszych dokonaniach mainstreamowego Radiohead, jak i niszowego, uwielbianego w kręgach samych muzyków The Blue Nile.

Do tej pory no-man na każdej płycie był inny. Od czasów “Lovebows & Lovecries”, poprzez “Wild Opera”, aż po “Returning Jesus”, no-man zmieniał się z albumu na album. Trip-hop, neo-progressive rock, art rock, sample loops, dream pop – wszystkie te określenia po kolei oddają drogę artystyczną jaką przechodził duet zawsze wspierany doskonałymi instrumentalistami. Przechodził aż do “Schoolyard Ghosts”. Najnowsza płyta brzmi jak druga część “Together We Are Stranger”. Nie ma nowych rozwiązań, nie ma nowych brzmień, nie ma zaskakujących fragmentów. Jest jeden, w utworze “The Pigeon Drummer”, ale raczej drażni nieuzasadnionym jazgotem niż zachwyca nowym sposobem ekspresji muzycznej. Dlatego “Schoolyard Ghosts” chyba rozczarowuje?

Z drugiej strony próżno aktualnie, oprócz The Blue Nile, szukać tak pięknie podanej muzyki popularnej jak proponuje właśnie no-man. “Schoolyard Ghosts” jest zbiorem spokojnych, melodyjnych utworów, które słuchane jako cała płyta pozostawiają słuchacza w błogim nastroju. To kolaż pastelowych dźwięków, plam akustycznych rodem z soundscapów Roberta Frippa czy ostatnich dokonań Davida Sylviana. Wokal Tima Bownessa brzmi jak lek na cały zgiełk jaki zewsząd nas dotyka. Spokojnie budowane frazy błogo rozleniwiają pobudzając umysł do odpoczynku.

Jaka szkoda, że wspaniali goście zostali tak w niewielkim stopniu wykorzystani. Theo Travis słyszalny jest głównie w doskonałej partii w “Truenorth”, ale w jazzowym “Mixtape”, czy prawie singlowym “Wherever There is Light” już pozostaje w cieniu. Pat Mastellotto, mistrz elektrycznego brzmienia perkusyjnego, pojawia się w dwóch utworach: w najsłabszym na płycie “The Pigeon Drummer” i “Song of the Surf”. W tym pierwszym komicznie brzmi zestawienie projeKctowego jazgotu z refleksyjnym charakterem całej piosenki. W “Song of the Sur” Mastellotto jest niesłyszalny.

Prawdziwą perłą płyty “Schoolyard Ghosts”, która nie pozwoli na szybkie jej zapomnienie, jest utwór “Truenorth”. Zaaranżowany głównie przez Dave’a Stewarta i zagrany przez London Session Orchestra, trzynastominutowa i trzyczęściowa suita jest najpiękniejszym fragmentem w historii muzyki no-man. Nie da się słowami opisać całego majestatu tej suity. Można powiedzieć, że część pierwsza to muzyczno-wokalne preludium do tego, co nastąpić ma w drugiej. Można powiedzieć, że część druga, jest muzyczną podróżą w przepiękne połączenie linii melodycznej z unikalną aranżacją orkiestrową. Można powiedzieć, że część trzecia jest niejako echem, wspomnieniem po drugiej części tworząc prześliczny fadeout do “Wherever There Is Light”. Można to wszystko napisać, ale czy odda to całe piękno tego utworu?

“Schoolyard Ghosts” to płyta unikatowa jak na współczesny rynek muzyczny. Gdyby to był debiut no-man, ogłosilibyśmy zapewne powstanie nowej wielkiej ikony współczesnego dream popu. Ale to nie pierwszy album no-man. To album po świetnym “Returning Jesus” i jeszcze dojrzalszym “Together We Are Strangers”. To album zagrany przez Steve’a Wilsona, od którego oczekujemy (może zbyt nachalnie) ciągle kolejnych nowych wrażeń estetycznych. To album zaśpiewany przez Tima Bownessa, którego ekspresja wokalna jest tak charakterystyczna i niepowtarzalna.

Tyle, że to już wszystko było. Nie tak dawno.

Tagi:

Dołącz do dyskusji

Advertisement