Spider's Web

Wpisy z działu: Mac OS X

Bezpieczeństwo Mac OS X – F-Secure straszy, chyba trochę na wyrost

HT3488_1

Zdaniem specjalistów z firmy F-Secure, użytkownicy komputerów z Mac OS X powinni zacząć się bać, bo liczba złośliwego oprogramowania na tę platformę szybko rośnie. Brzmi to dość alarmująco, ale jak się tak przyjrzeć cyferkom to ta liczba wygląda raczej zabawnie niż groźnie – z analiz F-Secure wynika, że w 2011 roku pojawiło się… 58 nowych złośliwych programów atakujących system Apple’a. W porównaniu to z dziesiątkami tysięcy wirusów i trojanów dla Windows, to jest nic.

Czego dowiadujemy się ze statystyk, przedstawionych właśnie na blogu fińskiej firmy? Specjaliści wyliczają, że najpopularniejszym typem złośliwej aplikacji dla Mac OS X jest tzw. trojan downloader, czyli narzędzie którego zadaniem jest zainfekowanie systemu (zwykle przez jakąś lukę), a następnie pobranie i zainstalowanie w nim dodatkowego złośliwego oprogramowania (w tym przypadku konia trojańskiego).

Udział Linuksa rośnie? Tak, i oby trend się utrzymał

tux

Od co najmniej kilku lat każdy kolejny rok ma być “rokiem Linuksa”. Żaden nie jest. I nic nie zapowiada, żeby w końcu te bardziej życzenia, niż obietnice, się ziściły. Według Net Applications od lipca do grudnia 2011 roku udział Linuksa w rynku systemów desktopowych stabilnie wzrósł od 0,97% do 1,41%. Ile badań, tyle danych, jednak te od Net Applications wydają się być wiarygodne. Udział Linuksa wciąż jest mały, jednak wzrost w ciągu pół roku robi wrażenie. Ale nie ukrywajmy – 2012 nie będzie rokiem Linuksa. Za to Linux może mieć całkiem sensowny rok zwłaszcza, jeśli utrzyma trend wzrostowy (ciężko w to jednak wierzyć).

Jeśli jednak tak by się stało, to do końca 2012 roku Linux miałby 3 procent udziału w rynku desktopów. Choć to mało realne, to kto wie? Skąd w ogóle wziął się taki wzrost? Z pewnością wpływ ma tu kilka czynników – najważniejszymi są ekspansja w biznesie, a z punktu widzenia rynku konsumenckiego… Ubuntu i jego mocna ekspansja, w dodatku w porozumieniu z Dellem, zwłaszcza w Chinach. Myślenie życzeniowe każe mieć nadzieję, że Linux będzie rósł, bo rynkowi potrzeba trzeciego sporego gracza na masowym rynku.

Aplikacje dla Maka, które musisz mieć (a które niekoniecznie)

mas_icon

Maciek Gajewski, który opisał wg niego najlepsze aplikacje na Windowsa, zainspirował mnie do napisania podobnego wpisu na temat aplikacji na system Mac OS X. Mój przegląd podzieliłem na cztery części: podstawowe oczywistości; używam i uwielbiam; używam, bo muszę; mimo że hity, to nie polecam. Mam nadzieję, że ten spis okaże się przydatny dla Czytelników Spider’s Web używających Maków. Zaznaczam tylko, że jestem dość specyficznym użytkownikiem komputera – prawie w ogóle nie wykorzystuję go do rozrywki: nie gram w gry, nie oglądam wideo.

Zacznę od podstawowych oczywistości. Oczywiście używam najnowszej wersji systemu operacyjnego Mac OS X, czyli 10.7 (Lion). To ważne, bo na przykład systemowa aplikacja Mail jest jednym z moich ulubionych programów w ogóle na platformie Apple’a. Świetny wygląd kolumnowy (od zawsze takiego używam), kapitalne wątkowanie, szybkość działania, dobrze działające sygnalizacje i inteligentne skrzynki. Próbowałem kilkukrotnie używać gorącego zamiennika, aplikacji Sparrow, ale w żadnej mierze nie dorównywała ona systemowej aplikacji do zarządzania pocztą e-mail. Poza Mailem: Chrome (zdecydowanie najlepsza dziś przeglądarka na rynku, choć zgadzam się z tym, że w ostatnim czasie stała się bardzo zasobożerna), iTunes (można go nie lubić za przesadne rozpasanie, ale fakt jest taki, że nie ma lepszego programu do katalogowania muzyki), Microsoft Office for Mac razem z iWorkiem.

Insync – bo dobrze jest podkraść pomysł od Dropboksa

insync_icon

Dropbox to prawdziwy chmurny kombajn, dzięki któremu można przechowywać dokumenty, pliki, zdjęcia, czyli wszystko to co dotychczas trzymaliśmy lokalnie na komputerach, w internetowej chmurze po to, by mieć do nich dostęp z dowolnego urządzenia komputerowego. Jednak czasami potrzebujemy czegoś mniejszego, dedykowanego konkretnym czynnościom. Jedną z nowych aplikacji powstałych na bazie pomysłu Dropboksa, której twórcy nie ukrywają, że wzorowali się na hitowym programie, jest Insync, który pozwala zarządzać Dokumentami Google w sposób bardzo zbliżony do tego, jak zarządzamy plikami w Dropboksie. Jestem przekonany o dużym potencjale usługi, która przy okazji „naprawia” braki w Google Docs. 

W zasadzie Dokumenty Google same w sobie są usługą w technologicznej chmurze – można mieć do nich dostęp z każdego urządzenia, które posiada przeglądarkę internetową bądź też na które istnieją dedykowane aplikacje do zarządzania dokumentami w usłudze Google’a. Tyle że zarządzanie tymi dokumentami, szczególnie na głównej maszynie użytkownika jest dość ograniczone. To tu właśnie przydaje się Insync.

Mac OS X będzie bezpieczniejszy?

Z oprogramowaniem Apple’a jest dziwna sytuacja – najróżniejsi spece od bezpieczeństwa od lat z podziwu godną regularnością dowodzą, że jest dziurawe jak rzeszoto, a mimo to produkty firmy powszechnie uważane są za w 100% bezpieczne i odporne na wszelkie ataki. I choć tak naprawdę nie ma tu sprzeczności (bo, paradoksalnie, oprogramowanie może być jednocześnie i dziurawe i bezpieczne), to wygląda na to, że Apple wreszcie zamierza na poważnie wziąć się za zabezpieczenie swoich produktów. Właśnie ogłoszono, że od przyszłego roku wszystkie aplikacje zgłaszane do Mac App Store będą musiały obsługiwać sandboxing (system zabezpieczający, polegający na izolowaniu kodu aplikacji od systemu operacyjnego).

Ów paradoks polega na tym, że choć aplikacje i system operacyjny Apple’a są dziurawe i zbyt wolno łatane, to jednak ich użytkownicy wciąż mogą czuć się stosunkowo bezpieczni – stanowią bowiem zbyt małą grupę, by na poważnie zainteresowali się nimi cyberprzestępcy. Mówimy tu oczywiście o oprogramowaniu desktopowym Apple’a – z produktami mobilnymi firmy jest zupełne inaczej (cały ekosystem iphonowo-appstore’owy zaprojektowano tak, że naprawdę bardzo trudno tu wcisnąć jakiś złośliwy kod).

iOS5 oraz Mac OS X Lion 10.7.2 już dostępne

Przed chwilą Apple udostępnił najnowsze wersje swoich systemów operacyjnych. Najnowszy tzw. desktopowy system oznaczony jest jako 10.7.2, a mobilny jako iOS5. Warto klikać w uaktualnienia, bo nowości jest co niemiara. Oto oficjalne listy od Apple’a:

 

Foldery na wymarciu

Wczoraj pod wpisem Ewy Lalik rozgorzała bardzo interesująca dyskusja o potrzebie istnienia folderów. Co prawda część argumentów za i przeciw temu rozwiązaniu to kłótnia o wyższości świąt Bożego Narodzenia nad Wielkanocą, to warto jednak zatrzymać się i pomyśleć czy naprawdę jako użytkownicy sprzętu komputerowego potrzebujemy dziś masowo korzystać z folderów.

Jak Windows 8 pozostał Windowsem

Perspektywa Windows 8 miała być dla mnie swoistym nowym rozdaniem – po raz pierwszy od kiedy przeniosłem się z komputerem stacjonarnym na OS X, a mojego powolnego netbooka z XP zamieniłem na iPada, widząc jak nowy Windows prezentuje się na zdjęciach, zacząłem rozważać powrót do platformy Microsoftu. Zdaję sobie sprawę, ze wersja developerska Windowsa 8 może nie być pozbawiona błędów i niedoróbek, ale po tym jak ją pobrałem widzę jak daleko jej do poziomu iOS 5 beta 1-7, które gościły i goszczą na moim iPadzie. Może mam pecha do systemów Microsoftu albo po prostu brakuje mi cierpliwości.

14 września rano po raz pierwszy uruchomiłem pobieranie Windows Developer Preview. Kilka godzin później nagrałem obraz ISO na podręczną pamięć USB jakimś wygooglowanym programem. Instalacja z poziomu systemu XP zakończyła się błędem, ale na szczęście pojawiła się opcja backroll i powrót do poczciwego staruszka był jeszcze możliwy. Postanowiłem wykorzystać oficjalne narzędzie Microsoftu, potem próbowałem instalacji bezpośrednio z bootowalnego USB i za każdym razem pojawiała się prośba o jakiś (bliżej nieokreślony ) sterownik, który miałem wgrać za pośrednictwem dyskietki, cd lub dvd. Dla przypomnienia – mówimy tu o dwuletnim komputerze bez napędu USB. Dla Microsoftu nadal takie urządzenia to rzecz trudna to pomyślenia, a szkoda. Jednak się nie zrażałem.

Apple łata przeglądarkę. Jak zwykle ostatni

Apple z kilkoma rzeczami radzi sobie fantastycznie. Projektowanie produktów – idzie doskonale. Tworzenie spójnego ekosystemu sprzętu i softu – na medal. Zarabianie pieniędzy – obłędnie. Ale z paroma rzeczami firma nie radzi sobie zupełnie. Szkoda, że jedną z nich jest coś tak ważnego, jak łatanie własnych produktów.

Firma od kilku dni dostarcza użytkownikom Safari aktualizację, usuwającą z listy zaufanych dostawców certyfikatów SSL holenderski DigiNotar. Został on ostatnio zaatakowana przez włamywaczy, którzy przejęli pakiet certyfikatów (wydanych m.in. dla Google, Microsoftu, a nawet CIA i Mossadu) i próbowali wykorzystywać je do atakowania internautów.

System operacyjny nie ma już znaczenia, przynajmniej nie dla mas

Systemy operacyjne przestają mieć znaczenie w niesamowicie szybkim tempie. Te wojny systemów, kłótnie który lepszy a który gorszy i wręcz niemal krucjaty są bez sensu. Przynajmniej dla przeciętnego użytkownika, który gdzieś ma wersję systemu czy producenta. Serio – może dla profesjonalistów, geeków i pasjonatów to są ważne rzeczy. Dla nas, czyli mas korzystających z komputera dla rozrywki to nie ma znaczenia. Nie teraz, gdy większość naszej aktywności sprowadza się do przeglądarki i czasem wykorzystania dysku jako przechowalni. Wszystko jest tak podobne i zaawansowane, że zwisa nam czy pracujemy na Windowsie, Mac OS X czy nawet Linuksie. Dopóki działa kilka podstawowych rzeczy jest nam to obojętne.

Apple wypuszcza Lwy, Microsoft szykuje Okna w wersji ósmej (znacie ten żart? “Łindołs 8? Phi, ja już 12 lat temu miałem wersję 98!”) a Canonical pracuje nad Onirycznym Ocelotem (nie wiem, kto im wymyśla nazwy, ale to raczej nie jest osobba o zdrowych zmysłach). I wiecie co? Jak za rok pani Zosia pójdzie kupić sobie nowego laptopa, bo poprzedniego zalała kawą, to weźmie to, co jej zaproponuje sprzedawca w rozsądnej cenie, co widziała u znajomych czy w telewizji albo to, co podpowie syn sąsiada który zna się na komputerach. A z jakim systemem? To będzie zależało od chwili.

Reinstalowałem Lwa na czysto

Liona (Mac OS X 10.7) zainstalowałem w pierwszym dniu jego dostępności w Mac App Store, ale zrobiłem to na bazie poprzedniego systemu Snow Leopard, który był strasznie zaśmiecony. To dlatego, że Śnieżnego Leoparda również zainstalowałem na bazie poprzedniego systemu Leopard, który z kolei był moim pierwszym systemem po przesiadce z Windowsa na Maka na początku 2008 r., więc z natury rzeczy – ucząc się nowego systemu – mnóstwo w nim grzebałem i zmieniałem, instalując trylion aplikacji najczęściej w wersjach beta.

Można więc powiedzieć, że przez trzy lata byłem na tym samym systemie operacyjnym aktualizowanym jedynie o nowe elementy kolejnych systemów operacyjnych. Mac ma bowiem to do siebie, że w przeciwieństwie do Windowsa, każda kolejną wersję systemu operacyjnego można bez obawy instalować na bazie poprzedniej. Wadą takiego rozwiązania jest to, że wszystkie śmieci, błędy i niekonsekwencje związane z użytkowaniem systemu operacyjnego przenoszą się na kolejne wersje. W rezultacie, po ponad trzech latach użytkowania Mac OS X system bardzo zamulał; pojawiały się także błędy w działaniu, a biblioteki poszczególnych aplikacji rozsiane były po różnych zakamarkach systemu.

Hej Google, oto co musisz naprawić w przeglądarce Chrome na Mac OS X Lion

Mac OS X Lion już króluje na Macintoshach większości oddanych fanów systemu Apple’a (oprócz takiego jednego z Łodzi, co to na czarno się ubiera, nosi długie włosy i długą brodę i pisze o Apple’u w hurtowych ilościach…). Jedni mają problemy większe, inni mniejsze, jednak największym (no, może problem to za mocne słowo, przecież wiadomo, że w przypadku Maków to słowo bardzo rzadko używane…) jest niedopasowanie wszystkich podstawowych aplikacji, z których korzystamy, do najnowszej wersji OS Apple’a. Większości aplikacji to niedopasowanie mogę wybaczyć, ale nie przeglądarce Chrome. Nieładnie Panie Sundar Pichai, nieładnie – w końcu o premierze Liona było wiadomo od roku.

Co tu dużo mówić – nie postarał się Google i psuje trochę radość z nowego systemu Apple’a. Wiadomo, że Chrome to dziś wybór nr 1 większości geeków komputerowych, a tak się składa, że ten typ człowieka, to albo Maka, albo Linuksa (jeśli bardziej wyemancypowany) używa… Nie wiem na ile Google zrobił na złość Apple’owi (a ostatnio lubią sobie po rajtuzach pojechać) i nie przygotował się do premiery Lwa, ale przy okazji wkurzy swoich wiernych użytkowników i równocześnie piewców talentu programistów od Chrome’a. Dla większości z nich Chrome to domyślna przeglądarka.

Mac OS X Lion – pierwsze wrażenia: po prostu działa

Jest inaczej – dużo bardziej inaczej niż w przypadku przejścia pomiędzy Leopardem a Snow Leopardem. Lion to prawdziwie nowy system operacyjny Apple’a i choć nie widać tego może w sposób oczywisty na pierwszy rzut oka, to kluczowych zmian tu mnóstwo, z których najważniejsza to widoczny krok w kierunku unifikacji obu systemów operacyjnych OS X i iOS. Kierunek jest jasny – to najlepsze elementy mobilnego OS przenoszone są do ‘stacjonarnego’ OS, a nie odwrotnie. I generalnie jest znacznie lepiej, choć w przeciwieństwie do poprzednich zmian systemu, w przypadku Liona trzeba będzie się kilku nowych rzeczy nauczyć.

Niektóre elementy interfejsu użytkownika wyglądają na żywcem przeniesione z iOS – wygląd i działanie suwaków, instalowanie i odinstalowywanie aplikacji, tryb pełnoekranowy, coraz większe znaczenie nawigacji za pomocą gestów oraz niektóre aplikacje, choćby Launchpad, który jest wierną kopią pulpitów iPada. Jeśli miałbym strzelać, to wydaje mi się, że drugie w kolejności przyszłe aktualizacje obu systemów będą już w zasadzie tym samym systemem, przy czym w przypadku notebooków będzie dodatkowo tryb pracy na klawiaturę fizyczną. Czy to dobrze? Nie wiem. Wiem tylko, że po raz pierwszy od czasu przesiadki z Windowsa na Maka (2007 r.) muszę się znowu trochę zarządzania podstawowymi kwestiami systemu operacyjnego OS X uczyć. I trochę mi się to nie podoba.

Przełącz do wersji mobilnej