Pierwszy tablet z Linuxem i Plasma Active w maju
Tablet Spark, będący pierwszym dostępnym na rynku urządzeniem z bazującym na KDE interfejsem Plasma Active, trafi do Europy i USA w maju tego roku. Przedsprzedaż rusza za tydzień. (więcej…)
Tablet Spark, będący pierwszym dostępnym na rynku urządzeniem z bazującym na KDE interfejsem Plasma Active, trafi do Europy i USA w maju tego roku. Przedsprzedaż rusza za tydzień. (więcej…)
Przechwytywanie obrazu z naszego telewizora wydawało się być domeną filmów o hakerach. W dobie Smart TV i telewizorów z wbudowanymi kamerami wszystko staje się możliwe. Co więcej w ostatnim czasie ponoć zostały wykryte liczne luki w oprogramowaniu dekoderów będących w domach abonentów telewizji n. Do podpiętego w sieć dekodera hakerzy mogliby się dostać i zgrać oglądany obraz.
Dziś to raczej lekkie straszenie, jednak w przyszłości telewizor będzie łakomym kąskiem dla wszystkich cyberprzestępców, podobnie jak ma to miejsce dziś z smartfonami. Czy abonenci n mają już dziś się czego obawiać ? Czy inni użytkownicy Smart TV juz dziś powinni być ostrożni ?
Od co najmniej kilku lat każdy kolejny rok ma być “rokiem Linuksa”. Żaden nie jest. I nic nie zapowiada, żeby w końcu te bardziej życzenia, niż obietnice, się ziściły. Według Net Applications od lipca do grudnia 2011 roku udział Linuksa w rynku systemów desktopowych stabilnie wzrósł od 0,97% do 1,41%. Ile badań, tyle danych, jednak te od Net Applications wydają się być wiarygodne. Udział Linuksa wciąż jest mały, jednak wzrost w ciągu pół roku robi wrażenie. Ale nie ukrywajmy – 2012 nie będzie rokiem Linuksa. Za to Linux może mieć całkiem sensowny rok zwłaszcza, jeśli utrzyma trend wzrostowy (ciężko w to jednak wierzyć).
Jeśli jednak tak by się stało, to do końca 2012 roku Linux miałby 3 procent udziału w rynku desktopów. Choć to mało realne, to kto wie? Skąd w ogóle wziął się taki wzrost? Z pewnością wpływ ma tu kilka czynników – najważniejszymi są ekspansja w biznesie, a z punktu widzenia rynku konsumenckiego… Ubuntu i jego mocna ekspansja, w dodatku w porozumieniu z Dellem, zwłaszcza w Chinach. Myślenie życzeniowe każe mieć nadzieję, że Linux będzie rósł, bo rynkowi potrzeba trzeciego sporego gracza na masowym rynku.
Sensacja? I tak, i nie, bo to Samsung był pierwszym oficjalnym partnerem Intela przy projekcie nowego mobilnego systemu operacyjnego Tizen, który ma powstać na zgliszczach porzuconego przez Nokię systemu MeeGo (dodajmy, że systemu, który większość tych, którzy używali go na Nokia N9 wprost zachwycił), więc o totalnym zaskoczeniu nie może być mowy. Jednak fakt, że Samsung postanowił przekształcić bada OS w część systemu Tizen niesie za sobą daleko posunięte konsekwencje, także związane z kłopotami firmy na rynku Androida: ciągłymi konfliktami prawnymi z Apple’em oraz niefortunnej sytuacji po tym, jak w końcu Google przejmie jednego z producentów smartfonów z własnym systemem, Motorolę Mobility. Tizen może więc być dla Samsunga kluczowym projektem.
Tę informację podał w jednym z wywiadów podczas tegorocznych targów CES wiceprezes Samsunga, Tae-Jin Kang i należy to traktować w kategoriach mini-sensacji. Bada OS to w końcu ważny dla Samsunga system operacyjny, którym koreańska firma budowała sobie tak potrzebną na rynku mobilnym drugą nogę. Z jednej strony własny system operacyjny był dla Koreańczyków furtką, którą zawsze było można szerzej otworzyć jeśli problemy na rynku Androida przeszkadzałaby w dalszym dynamicznym rozwoju pozycji na rynku mobilnym, a z drugiej był to system dedykowany niższemu segmentowi smartfonów dla mniej zamożnych, ale jednak zainteresowanych smartfonami konsumentów. Sztandarowa linia produktów z bada OS – Wave – sprzedawała się całkiem dobrze, stanowiąc ciekawą alternatywę dla droższych produktów z serii Galaxy.
Przemek Pająk poprosił mnie, jedyną osobę w redakcji używającą Linuksa, o opisanie najbardziej niezbędnych aplikacji na Ubuntu. Jednak swoje ulubione “aplikacje systemowe” opisałam przy okazji tekstu o rozszerzeniach dla Chrome’a, bo to przeglądarka jest dla mnie sercem systemu. Za to Ubuntu, którego używam na co dzień, stanowi wespół z GNOME Shell dodatek, który umożliwia pracę, ma ciekawe opcje i domyślnie przychodzi z najbardziej niezbędnymi narzędziami i funkcjami.
Dlatego według mnie najważniejszą rzeczą do zainstalowania na Ubuntu jest… Gnome 3. Jedną z najmocniejszych stron tego środowiska dla końcowego, niezaawansowanego użytkownika są powiadomienia. Współpracują z praktycznie każdą aplikacją, z tymi trzecimi w mniej zaawansowany sposób wyświetlając jedynie powiadomienie o zdarzeniu z możliwością przejścia do okna. Natomiast integracja z tymi systemowymi powoduje, że “Once you go GNOME, you never go back”. Używam komunikatora Empathy? Nie muszę grzebać w okienkach etc. Wystarczy, że najadę kursorem na powiadomienie i mogę przeczytać wiadomość i nawet odpisać. Mam ochotę napisać coś do tej osoby później? Na dolnym pasku powiadomień widocznym po najechaniu na dolny, lewy róg mam ikonkę i po kliknięciu wyświetla mi się dymek rozmowy. Słucham muzyki i zmienia się utwór na taki, którego nie lubię (wszyscy mamy takie w bibliotece muzycznej) – z powiadomienia o zmianie pomijam go jednym kliknięciem.
Coroczny plebiscyt wśród czytelników Linux Journal to nagrody jedynie honorowe, jednak w tym roku jego wyniki są bardzo interesujące. Wyborem czytelników najlepszą dystrybucją zostało oczywiście Ubuntu, a najlepszym produktem roku… GNOME 3. Ten wybór jest bardzo zaskakujący, tym bardziej, że GNOME 3, jak i Unity, również zrywa mocno z tradycjami i wprowadza bardziej “tabletowy” interfejs. Najlepszym mobilnym systemem operacyjnym został Android (z braku konkurencji, bo MeeGo już nie stanowi żadnej), a najlepszym desktopowym środowiskiem GNOME. Najlepsza przeglądarka według czytelników to FireFox, komunikator Pidgin. Wyłania się z tego bardzo ciekawy obraz, który zadaje trochę zadaje kłam tezom, że świadomi linuksiarze nie lubią zmian, zwłaszcza interfejsów.
Samo miejsce przeprowdzenia głosowania daje do myślenia – Linux Journal, czyli w większości to użytkownicy interesujący się tym, co mają “pod maską”. Można też przypuszczać po wynikach, że nie są to użytkownicy “nerdowaci”, ale po kolei.
Przy podejmowaniu decyzji o zakupie nowego telefonu coraz ważniejszym aspektem staje się w wielu przypadkach kwestia długości wsparcia oferowanego nam przez producenta. Systemy rozwijają się coraz szybciej, o wiele szybciej niż jesteśmy sobie w stanie pozwolić na wymianę telefonu (a przynajmniej tak podpowiada rozsądek). Ledwie zakupiliśmy nowego Androida, a już okazuje się, że tuż za rogiem czai się jego kolejna odsłona. Wracamy do domy ze świeżym iPhone’em, aby po jego konfiguracji przeczytać, że niedługo wychodzi nowy, posiadający sporą ilość nowych funkcji, z których część będzie dla nas niestety niedostępna. Przy tym wszystkim co jakiś czas pojawia się jeszcze inny, według twórców rewelacyjny, system mobilny, którego oczywiście nie spróbujemy, dopóki nie kupimy urządzenia oficjalnie w niego wyposażonego. Pod względem oprogramowania nasze telefony umierają więc teoretycznie nawet szybciej, niż jesteśmy w stanie zamordować je sprzętowo. Są jednak chwalebne wyjątki, które pozwalają nam na wszystko. No, może na prawie wszystko.
Nieoficjalne wgrywanie kolejnych wersji Androida na urządzenia działające pod jego kontrolą od samego początku czy instalacja deweloperskich wersji iOS na iPhone jeszcze przed premierą to nic, w porównaniu do tego, co potrafią dwie telefoniczne legendy. Mowa oczywiście o wyprodukowanym przez HTC jednym z ostatnich urządzeń z Windows Mobile – HD 2 oraz jedynym telefonie Nokii z systemem operacyjnym Maemo – N900.
Zapraszam do przeczytania gościnnego wpisu Rafała Dubrawskiego, członka zespołu iTraff Technology zajmującego się rozpoznawaniem obrazów i jednego z twórców startupu SaveUp, o którym mieliśmy okazję już kilka razy napisać.
Niedawno na Spider’s Web ukazał się wpis Ewy, który porusza kwestię marginalnej popularności systemów operacyjnych z rodziny Linuksa. Pojawia się w nim teza, że małe zainteresowanie wynika z ksenofobicznej mentalności społeczności związanych z Linuksem i braku poparcia dla zmian. Wydaje się jednak, że jest to bardziej następstwo niż źródło dylematów dystrybucji spod znaku pingwina. Co w rzeczywistości jest największym problemem Linuksa?
Dziś napotkałam w sieci co najmniej kilkanaście tekstów o tym, że Ubuntu się kończy, że od teraz to Linux Mint będzie najważniejszy i że interfejs Unity – kolokwialnie mówiąc- spieprzył wszystko. Blogerzy zagraniczni, ale także i Polscy, opierają się na statystykach przygotowanych przez Distrowatch, które są miarodajne tylko z racji tego, że są jedyne. Nikogo więcej Linux nie obchodzi, bo nie jest nawet niszowy, a niszowo-niszowy. Możnaby pójść na ulicę i zapytać krążące wróżki, by przepowiedziały nam z ręki przyszłość Linuksów – efekt będzie mniej więcej taki sam. Tylko że na ulicy nas skasują. Lepiej więc pozostać przy darmowym Distrowatch.
Linux to społeczność o mentalności ksenofobicznej; społeczność, która lubi odcinać się od świata i nie cierpi większych zmian, nawet jeśli miałyby one wyjść jej na dobre. To trochę tak, jak z zamkniętą społecznością Wikipedii (polecam przy okazji świetny wpis na ten temat Danny’ego Sullivana) – niby idea jest świetna, open-source daje wielkie możliwości, w społeczności siła, ale w pewnym momencie ta społeczność zaczyna tworzyć zamknięty krąg “ekspercki”. Zamiast skupiać się na tym jak szerzyć ideę, przekonywać do Linuksa nowych “nietechnologicznych” użytkowników i sprawiać, że stawałby się coraz bardziej popularny (co odbiłoby się dobrze na wszystkich), społeczność postanawia celebrować swoje przyzwyczajenia, zastanawiać, który Linux jest popularniejszy według Distrowatch i krytykować Ubuntu, że wprowadza powiew świeżości.
Linux nie słynie z gier. Nawet więcej – jeśli o Mac OS X mówi się, że nie jest to system dla graczy, to co powiedzieć o różnych dystrybucjach Linuksa? Gier jest na lekarstwo, a producenci ograniczani są przez mnogość wersji systemów spod znaku pingwina. Dla użytkowników Ubuntu rozwiązaniem może być Centrum Oprogramowania, ale jednak wybrakowanym – gier nie jest dużo i w większości ograniczają się do prostych pozycji ograniczonych platformowo.
Na szczęście pojawiają się alternatywy. Jedną z nich jest Gameolith, sklep z grami na Linuksa, dostępny przez przeglądarkę. Jednak chwilowo przechodzi on jakieś problemy i nie można dokonywać płatności. Pojawiła się za to Desura, która wyszła dziś z zakmniętej fazy betatestów. Przyznaję, że mimo ograniczeń – na razie dostępne jest tylko 65 gier – to zapowiada się dobrze. W końcu jakaś alternatywa dla Steama, który nigdy nie zawitał na Linuksa?
Był pierwszym Afrykaninen i drugim po Dennisie Tito turystą w kosmosie. Jest multimilonerem, ma 38 lat i nie straszne mu wyprawy lodołamaczami na Antarktykę. Lata prywatnym samolotem, wierzy w to, że wolne oprogramowanie może odmienić świat i nie znosi występów publicznych. Jest też filantropem z własną fundacją wspomagającą rozwój rodzinnych stron. Jego technologiczna historia rozpoczęła się – a jakże – w garażu rodziców, gdzie stworzył pierwszą firmę, która potem przyniosła mu fortunę z której korzysta do dziś.
Mark Shuttleworth jest “ojcem założycielem” między innymi firmy Canonical, która zajmuje się tworzeniem systemu komputerowego Ubuntu – najpopularniejszego z licznej rodziny Linuksów. To więcej, niż tylko firma, bo sam Linux to także idea wolnego oprogramowania, czyli darmowego, dostępnego dla wszystkich i tworzonego nie tylko przez zatrudnionych specjalistów ale korzystającego także ze wsparcia ogromnej społeczności użytkowników. Systemy oparte na Linuksie przez 20 lat istnienia nie potrafiły wyjść z niszy i dotrzeć do masowego odbiorcy z wielu różnych powodów. Shuttleworth chce to jednak zmienić i realizuje już swój plan wprowadzenia wolnego oprogramowania pod strzechy. I to właśnie jemu jako pierwszemu może się to udać.
Jeszcze kilka lat temu gdy mieliśmy do czynienia z czymś, co niektórzy na wyrost nazywali „wojną Windowsa z Linuksem”, często słyszeliśmy o tzw. FUD-zie, czyli taktyce dezinformowania, zastraszania i zaciemniania, wykorzystywanej przez Microsoft. I faktycznie coś było na rzeczy, bo szefowie Microsoftu, na czele ze Steve’m Ballmerem, lubowali się w opowiadaniu niejasnych i praktycznie nieweryfikowalnych bzdur na temat systemu spod znaku pingwina. Teraz role się odwróciły – po FUD (Fear, Uncertainty, Doubt – strach, niepewność, wątpliwość) sięgnęła druga strona. Od kilku tygodni Microsoft jest odsądzany od czci i wiary za próbę wprowadzenia do Windows 8 pewnej funkcji zabezpieczającej. I wygląda na to, że tym razem koncernowi dostaje się za niewinność.
Co jest powodem całego zamieszania? Funkcja o niewinnej nazwie Secure Boot, która – w wielkim skrócie rzecz ujmując – ma sprawić, że niemożliwe będzie uruchomienie złośliwego kodu przed albo podczas startowania systemu operacyjnego. Microsoft nie może tego wprowadzić na własną rękę – niezbędna będzie współpraca producentów sprzętu. Chodzi o to, by zastąpili oni w swoich komputerach przestarzały BIOS jego znacznie nowocześniejszą wersją – UEFI (Unified Extensible Firmware Interface). Zastosowanie UEFI (a dokładniej funkcji o nazwie Secure Boot) pozwoli na znacznie ściślejszą kontrolę tego, co jest uruchamiane w komputerze – uruchomiony zostanie tylko ten kod, który będzie w stanie przedstawić odpowiedni certyfikat.
Przyznaję bez bicia – nie jestem ekspertem od oprogramowania, informatykiem, ani programistą. Ciężko mi też określić siebie jako naprawdę zaawansowanego użytkownika komputerów – większość problemów udaje mi się szczęśliwie rozwiązać „samodzielnie” po zadaniu Google odpowiedniej ilości pytań (składających się najczęściej z komunikatu wyświetlanego wcześniej błędu). Przyznaję się też od razu – od początku mojej przygody z komputerem towarzyszył mi Windows – wraz z kolejnymi laptopami (bo nigdy nie miałem niestety stacjonarnego) kolejne jego wersje. Co jakiś czas próbowałem „odmienić swoje życie”, próbując przygody z Linuxem w różnych wydaniach, które teraz ciężko jest już przywołać z pamięci. Zachęcony jednak tekstem Ewy o najnowszym Ubuntu 11.10, postanowiłem jednak zaryzykować po raz kolejny.
System miał być bowiem idealny dla każdego, nawet niezbyt zaawansowanego użytkownika, a za takiego właśnie (jak już widać) się uważam. Zaczęło się oczywiście idealnie – instalacja Ubuntu, niezależnie od tego czy z poziomu Windowsa czy z pendrive była absolutnie bezproblemowa, podobnie jak wstępna konfiguracja. Nie miałem też absolutnie żadnych problemów ze sterownikami czy obsługa przez system wszystkich niezbędnych mi elementów i podzespołów. Przeżyłem nawet drobny szok, w momencie, kiedy okazało się, że poprawnie działa UltraNav z ThinkPada (na poprzednich wersjach trzeba było mocno kombinować). Oczywiście do płynności całego systemu nie mogłem mieć najmniejszych zastrzeżeń – i5 i 4GB RAM powinny przecież bez problemu poradzić sobie z większością systemów.
Ostatnio dużo piszę o Ubuntu, ale to chyba zrozumiałe – makowcy robią to samo przy premierze kolejnego kotowatego, fani okien czekają na Windowsa 8, logiczne więc, że stali użytkownicy najpopularniejszej dystrybucji Linuksa badają możliwości nowego Ubuntu. No właśnie – z Ubuntu 11.10 linuksiarze otrzymali w końcu bezproblemową możliwość uruchomienia powłoki GNOME za pomocą praktycznie 3 kliknięć. Bez kombinowania, terminalu, pakietów itp. I ja, jako niezaawansowany technicznie użytkownik skorzystałam z tej możliwości i powiem – GNOME Shell to istniejący dowód na to, że minimalizm wciąż żyje i jest za rzadko wykorzystywany.
Funkcjonalność jak i zresztą wygląd to bardzo subiektywna sprawa. I subiektywnie powiem – o ile fajerwerki i efekty 3D są efektowne, o tyle nie świadczą o przejrzystości. GNOME Shell może i funkcjonalnie nie do końca zaspokaja potrzeby entuzjasty Unity, ale jest tak dopracowanyma kilka “killer-ficzerów”, że ciężko się od niego uwolnić.
Nowe Ubuntu 11.10 już jest. Postanowiłam zrobić w końcu porządek na własnym dysku po instalacji Windowsa 8, instalowaniu Gruba i podobnych zabawach i zainstalowałam Oneiric Ocelota “na czysto” pozbywając się wszystkich balastów. Wrażenia? Jest dobrze – jest o wiele lepiej niż w wersjach beta. Poprawiono stabilność, w końcu Software Center działa jak powinien, doszlifowano również wiele drobnostek. Kolejna wersja Ubuntu jest bardziej dopracowana i wydaje się stworzona tak, by być bardziej przyjazna dla nowych użytkowników.
Powtórzę to, co pisałam już nie raz – Unity jest dużym krokiem w stronę przekonania do Linuksa nieobytych osób. Jednocześnie jest dość ryzykownym posunięciem jeśli chodzi o zaawansowanych użytkowników, którzy używają go ze względu na bogate możliwości konfiguracyjne. Tego w czystym Ubuntu 11.10 nie znajdą – ustawień jest nawet mniej niż w wersji 11.04.