Pocket PC (2000 – 2010)
Nareszcie.
Ballmer miał jaja, żeby skończyć męki (użytkowników) konającego Windows Mobile.
Nareszcie.
Ballmer miał jaja, żeby skończyć męki (użytkowników) konającego Windows Mobile.
Jak widać nie tylko mi smartfon kojarzy się z jakimś topornym PDA wyposażonym w geekowski system operacyjny. I nie tylko ja mam problem, by używać tej nazwy na określenie iPhone albo komórek z Androidem. Pouge promuje alternatywę – app phone. Ładne i celne, nie powiem. Zobaczymy czy się przyjmie.
Tak czy tak, app phone zgrabnie oddaje, o co w tym całym szaleństwie chodzi. Aplikacje głupcze! Jasne, instalowanie własnych programów nie jest żadną nowością, co na pewno od razu wypunktują symbianowi i windowsowi fanboje. Ich prawo. Tyle, że nie o odhaczenie kolejnego pola w tabelce ?funkcje? tu chodzi. Innymi słowy – nie o to, czy dana platforma coś może, tylko o to, czy robi to sensownie.
Szczerze nie znoszę Windows Mobile. Uważam, że to system skrajnie nieintuicyjny i obciążony błędnymi założeniami. Przed pojawieniem się Mini Morrisa małe samochody projektowało się zmniejszając po prostu duże samochody. W podobny sposób powstał zapewne interfejs winmobile – Panowie, zróbmy takiego łindołsa, tylko żeby mieścił się na 3-calowym ekranie… nie ma myszki? Hm, faktycznie… No to dajmy ten, jak mu tam, rysik.
Gdzieś w okolicach 2004 roku miałem Pocket PC, które z radością sprzedałem po kilku miesiącach męczenia się z nieergonomicznym interfejsem i poszukiwania odtwarzacza MP3 nie zawieszającego się w momencie wyłączenia ekranu. Potem testowałem kilka urządzeń z kieszonkowym Windowsem. Wrażenia za każdym razem takie same – to jest system dla masochistów.
Mamy HTC Tattoo, lada chwila pojawi się Samsung I5700 aka Galaxy Lite – dwa stosunkowo tanie telefony z Androidem. Stosunkowo, bo Tattoo kosztuje 1500 zł. Ceny Galaxy Lite jeszcze nie znamy, ale biorąc pod uwagę specyfikację spodziewałbym się czegoś podobnego.
Jednym słowem, telefon z Androidem (pomińmy G1, który jest teraz dość tani, ale IMO był bardziej eksperymentem niż produktem obliczonym na sukces rynkowy) można będzie kupić już nie za cenę Nokii N97 albo iPhone 3GS, ale za podobne pieniądze jak Nokię 5800. To super, ale mam wrażenie, że droga Androida do mejnstrimu jest jeszcze daleka.
Mam na myśli oczywiście N900. Pooglądałem sobie dzisiaj ten smartfon (bo to już nie tablet internetowy jak N810 – w końcu ma moduł GSM/UMTS) i jestem naprawdę pod wrażeniem. Pod wrażeniem tego, jak bardzo różni się od innych, dotykowych telefonów Nokii.
Różnice są dwie. Pierwsza – tego da się używać. Druga – jest do czego używać.
Były takie czasy, kiedy wydajność komputera mierzyło się w megahercach. Ale to było dawno temu. Raz, że w pewnym momencie taktowanie procesora przestało być jakoś specjalnie istotne (ważniejsza stała się architektura, ilość rdzeni, etc.). Dwa, że teraz wszystkie komputery są wystarczająco szybkie, więc poza profesjonalistami i graczami mało kogo obchodzi wydajność.
Wygląda jednak na to, że czasy bitwy na megaherce (a już niedługo pewnie gigaherce) wracają. Oczywiście, nie w świecie komputerów osobistych, w którym nie dzieje się kompletnie nic ciekawego (może poza netbookami). Na procesory zaczynają się ścigać producenci komórek.
iPhone jest lepszy, jeśli chodzi o odtwarzanie muzyki, korzystanie z internetu i dostęp do zewnętrznych aplikacji (to swoją drogą niezły paradoks – rok temu, gdy ruszał App Store nie przypuszczałem, że sprawy potoczą się aż tak szybko).
Legalnie, ale nie do końca bezpiecznie. W świetnej książce Traffic: Why We Drive the Way We Do Tom Vanderbilt przytacza wyniki badań, z których wynika, że rozmawianie przez telefon (nawet nie trzymany przy uchu) podczas jazdy zwiększa ryzyko wypadku (albo zirytowania rozmówcy – możemy skoncentrować się w pełni tylko na jednej czynności). Nawet banalna zmiana kanału w radio rozprasza. A co dopiero czytanie SMSa czy odpisywanie na niego.