Już prawie wszyscy dywagują nad tym, co Steve Jobs pokaże w styczniu podczas konferencji MacWorld 2009. A że coś pokaże to raczej pewne bazując na doświadczeniu dwóch ostatnich lat. Dwa lata temu na MacWorld 2007 Apple zaprezentowało światu iPhone’a. Rok temu w styczniu Jobs wyjął z koperty najcieńszego notebooka świata. Skoro wszyscy mogą spekulować, to pospekuluję i ja…
Steve Jobs to prawdziwy mistrz ceremonii. Jego keynotes, czyli najważniejsze „przesłanie” podczas danej konferencji, to coś więcej niż zwykła prezentacja nowych produktów. To swojego rodzaju spektakle, których siła wykracza daleko poza ramy normalnych spotkań firm z mediami. Chyba żadna inna firma nie może cieszyć się taką atencją mediów całego świata – od Uralu po Andy – przed i po swoich konferencjach. Niesie to ze sobą również zagrożenia, ponieważ media i konsumenci oczekują od Apple i Steve’a Jobsa nowych pokładów magii podczas każdego publicznego ich wystąpienia.
W 2008 roku Apple zaktualizowało linię iPodów oraz przedstawiło nową linię MacBooków. W obu przypadkach był to raczej lifting aktualnego portfolio produktów, niż agresywny ruch w kierunku nowych pokładów rynkowych. Styczeń 2009 roku powinien więc przynieść bardziej zdecydowane ruchy produktowe Apple. Przy czym należy mieć na uwadze fakt, że stan gospodarki amerykańskiej nie napawa konsumentów zbytnim optymizmem i chęcią wydawania pieniędzy. Apple musi więc dobrze zastanowić się nad timingiem wprowadzania na rynek nowych produktów, aby po prostu nie spalić premiery. Chociaż sukces iPhone’a pokazuje, że mimo nienajlepszej ogólnej kondycji rynkowej Apple potrafi notować spore wzrosty.
Najbardziej naturalne byłoby myślenie o odświeżonych liniach iMaków oraz Mac Mini. Tyle, że to znowu byłoby raczej działanie defensywne Apple wynikające z dostosowania do dynamicznie zmieniających się uwarunkowań rynkowych. Do podobnych ruchów należałoby zaliczyć potencjalne odświeżenie linii Mac Pro czy pokazanie nowego siedemnastocalowego MacBooka Pro.