BoJack Horseman to najlepsze, co wypuścił Netflix

Artykuł/Seriale 11.09.2017
BoJack Horseman to najlepsze, co wypuścił Netflix

BoJack Horseman to najlepsze, co wypuścił Netflix. Zaryzykowałabym, że to najważniejsza produkcja popkultury ostatniej, szalonej przecież dekady. Nowy sezon, czwarty, „kreskówki” to potwierdza. To serial przepiękny, inteligentny, smutny i pełen humoru. Pierwszy raz od premiery daje też nadzieję.

Nie wiem, czy to pozytywne, czy negatywne, że po zakończeniu „Rectify” jedynymi serialami, na które z niecierpliwością czekałam w tym roku były dwie kreskówki: Rick and Morty i BoJack Horseman. Mam wrażenie, że choć jesteśmy w złotej erze seriali, które są świetne, wyprodukowane z polotem i którym nie brakuje głębi fabuły, łatwo się w tym wszystkim pogubić. Dobrych i bardzo dobrych tytułów jest tak dużo, że robi się ich za dużo. Kolejne dramaty i zagadki mogą przytłaczać i wydawać się monotonne z nieustannymi zwrotami akcji i monotonną scenerią.

BoJack Horseman, mimo bycia obyczajowo-komediowym (w tej kolejności) serialem. wciąż jest świeży i inny.

Animacja sprawia, że scenarzyści i producenci jako narzędzi mogą używać niedostępnych dla realistycznych seriali trików. Świat, w którym ludźmi są też zwierzęta, którego głównym bohaterem jest koń, stanowi świetne tło dla absurdalnych wątków. I dostarcza mnóstwa świetnych okazji dla komedii.

A te wykorzystywane są w BoJacku świetnie. Setki „punów”, smaczków i żartów odnoszących się do zwierząt, trzymają komedię na wysokim, oryginalnym poziomie. Może dlatego coraz odważniejsze burzenie czwartej ściany nie przeszkadza w odbiorze serialu – skoro wszystko jest osadzone w absurdalnej scenerii, to takie drobnostki nie wybijają z fabuły.

To też świetny kontrast dla ciężaru serialu. Absurd sprawia, że czasem zapomina się, że ogląda się serial z mocną, depresyjną główną fabułą, że postacie są jednowymiarowymi, sitcomowymi bohaterami niezdolnymi do samorefleksji. I gdy tak się dzieje, scenarzyści nagle sprowadzają widza na ziemię, pokazując, że żadna z głównych postaci BoJacka nie jest jednowymiarowa. To doskonały, możliwy tylko w tej konwencji kontrast.

Bo to bohaterowie i ich rozwój w BoJacku uderza najbardziej.

BoJack, Diane, Princess Carolyn, Mr. Peanutbutter i Todd to doskonały zestaw różnych, pełnowartościowych, pełnokrwistych bohaterów, których losy i droga wciągają najbardziej. W czwartym sezonie wszyscy są pełnoprawnymi postaciami, które dostają dużo ekranowego czasu. Każda z nich wnosi świeżą perspektywę i jest na innym etapie życia, jednak motywy działań są charakterystyczne dla każdej z nich. Twórcy nie idą na skróty i to widać.

Po trzech sezonach wydawało się, że BoJack – postać tragiczna – nie ma żadnej nadziei, że mimo dobrych chęci nigdy nie będzie w stanie przełamać swojej depresji i autodestrukcyjnych ciągot. To przecież one sprawiają, że BoJack – narcyz, którego nie chciałoby się mieć w swoim życiu, a któremu się jednak kibicuje – jest tak wyjątkowy. W nowym sezonie dostajemy jednak iskierkę nadziei, że może skoro BoJack może stać się chociaż trochę lepszym człowiekiem-koniem, to może i dla nas jest na to szansa?

Twórcy kreskówki zastosowali też ciekawe narzędzie do wytłumaczenia, dlaczego BoJack jest taki, jaki jest – posłużyli się matką BoJacka, Beatrice. Poskutkowało to niesamowicie świetnymi odcinkami, w których zręcznie wykorzystano retrospekcje. W jednym z nich opowiedziana jest historia dziadków BoJacka, ich syna zmarłego w drugiej wojnie światowej i małej Beatrice, która zmuszona jest oglądać rozpacz matki i bezduszność ojca. Co ciekawe, wspomnienie zlewa się ze współczesnością w dziwacznym, wspaniałym i tragicznie smutnym miksie.

W kolejnym retrospekcja pokazana jest w formie świata, w którym żyje posunięta już w wieku Beatrice. Odcinek jedenasty to chyba najlepszy odcinek całego czwartego sezonu, który choć nie wywołuje sympatii do Beatrice to sprawia, że można ją lepiej zrozumieć. To epizod, który pokazuje demencję w pełnej okazałości i jest emocjonalny aż do bólu.

Taki w ogóle jest BoJack Horseman. To zabawny, ale jednocześnie naładowany emocjonalnie, głęboki serial.

Mimo, że zerwano jednym motywem przewodnim dla BoJacka na sezon, to całość i tak jest zwarta i logiczna. Nie da się nie wspomnieć, jak przy każdym sezonie, o genialnej obsadzie głosowej. W BoJacku jest dużo z Willa Arnetta, który ostatnimi laty wychodzi z nałogów i tworzy postacie oparte na samym sobie, postacie które są prawdziwe do bólu. Amy Sedaris i Aaron Paul urealniają Princess Carolyn i Todda a Paul F. Tompkins jest strzałem w dziesiątkę jako Mr. Peanutbutter. Gościnny występ Jane Krakowski jako matki Beatrice też zrobił na mnie wrażenie i został idealnie dobrany do roli.

Rozumiem, że trzeba mieć w sobie jakieś pokłady melancholii, by kochać BoJacka Horsemana jako produkcję, że to nie serial dla pozytywnie nastawionych do życia, szczęśliwych ludzi. To jednak majstersztyk – dzieło, które wpisze się na dobre w historię seriali i które będzie cytowane za 20 lat jako jedno z najważniejszym dla Netfliksa. A to, że przy czwartym sezonie utrzymuje wysoki poziom jest zadziwiające.

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji (6)

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...