Jesień z polskimi serialami. Nasza telewizja nadal się waha, czym chce być

Felieton/Seriale 18.08.2017
Jesień z polskimi serialami. Nasza telewizja nadal się waha, czym chce być

Polskie seriale, mimo wielu pozytywnych zmian w tej gałęzi rodzimej rozrywki, nadal nie wiedzą, czym właściwie chcą być. Z jednej strony mamy produkcje, które oczywiście mają przybliżyć nas do lepszego i bardziej rozwiniętego w tej materii Zachodu, a z drugiej strony wciąż jako widzowie zmuszeni jesteśmy, by zaglądać do nowobogackich rodzin żyjących w lepszej stolicy. A ta nie zna problemów przeciętnego Kowalskiego.

Budzą we mnie wewnętrzny sprzeciw wszystkie te polskie serie, opowiadające o życiu mieszkańców Warszawy (ewentualnie Krakowa, ale to rzadziej). Mam wrażenie, że osoby odpowiadające za reżyserię, scenariusz i produkcję są oderwane od rzeczywistości. Przepis na polski serial (głównie w wersji TVN-owskiej) można by zawrzeć w jednym zdaniu.

Chodzi po prostu o to, by widz zobaczył ludzi, którym wiedzie się lepiej od niego, bowiem ci bohaterowie mają dać mu namiastkę uczestnictwa w życiu, jakiego prawdopodobnie nigdy nie zazna.

Ta zasada jest odwrotnością reguł, jakimi rządzą się programy paradokumentalne. Tam z kolei poczucie, że „u nas znowu wcale tak źle się nie dzieje, nie to co w tej telewizji” buduje zainteresowanie formatem. A ten – co warto dodać – jest fenomenem. Obecna ramówka ogólnodostępnych kanałów telewizyjnych to nic innego jak scripted docu emitowane od rana do nocy w świątek, piątek i niedzielę.

Rzadko kiedy seriale przedstawiające życie jakichś ludzi są w jakikolwiek sposób realistyczne. I wiem, że pewnie nieszczególnie ktokolwiek chciałby oglądać życie ludzi, którzy siedzą przed telewizorem, mają grzyba na ścianie, a na podłodze stary dywan nie z Ikei. Ale kiedy patrzę na bohaterów, będących na rzekomym skraju bankructwa, których status życia wcale się nie pogarsza, bo dalej mają dom jak pięć moich mieszkań, a kryzys w życiu zażegnują, sprzedając ciastka, to nie wiem, czy śmiać się, czy płakać.

A taką właśnie wizję rzeczywistości kreuje TVN i Polsat.

I kiedy patrzę na nowości, jakie mają pojawić się w tych stacjach, a także kontynuacje znanych tytułów, wiem, że nie będzie lepiej. Już niebawem, bo 10 września, w Polsacie zadebiutuje serial W rytmie serca, w którym główne role zagrają Mateusz Damięcki i Barbara Kurdej-Szatan. No tak. Kogo można obsadzić w tytułowych rolach jak nie twarze znane z komedii romantycznych? W rytmie serca opowie, uwaga, o chirurgu, Adamie Żmudzie, w którego wciela się właśnie Damięcki. Ten jest człowiekiem o wielkim sercu, bo chce w ramach działania w jednej organizacji leczyć mieszkańców Afryki. Ale po drodze z Warszawy do Afryki jest Kazimierz Dolny, rodzinna miejscowość Adama (dr Żmuda zbacza trochę z kursu), a tam jest pełno tajemnic, które nasz główny bohater odkryje.

Brzmi interesująco? Niezbyt. Brzmi tak, jakby ktoś chciał koniecznie coś nakręcić i zarobić, ale nie miał pomysłu na fabułę. Wszystko się jakoś rozmywa. A do tego ten tytuł… Widziałam zapowiedź tego serialu. I to pewnie nawet da się oglądać, ale to znowu nijaka polska produkcja z gatunku tych tasiemcowatych. Po pierwsze, mam awersję do szpitalnych seriali (jedyne co dobrze wspominam to W labiryncie), a po drugie, Małgorzata Foremniak w kolejnej serii o lekarzach… to naprawdę dla mnie za dużo. Co najmniej o dwie rzeczy – o Foremniak i o serial. Nie wiem z kolei, co w W rytmie serca robi Piotr Fronczewski, więc pewnie, żeby mi przykro nie było, nie zobaczę poczynań przystojnego Adama Żmudy (po zapowiedzi już wiadomo, z kim rozegra się trójkąt, a nawet czworokąt miłosny).

Niestety, telewizja nie jest dla mnie łaskawa. Seriale szpitalne królują (swoją drogą nawet w Drugiej szansie z Kożuchowską, która też niebawem wróci, jest ten nieszczęsny wątek szpitalny, który zamienia się w ckliwe historie o tym,  jak to lekarze angażują się w relacje z pacjentami; totalny kosmos, zwłaszcza kiedy przypomnimy sobie nasz ostatni kontakt z NFZ-etem). Już 5 września w stacji TVN odbędzie się premiera serialu Diagnoza. W główną bohaterkę, która straci pamięć w wyniku wypadku, zagra Maja Ostaszewska. Oczywiście, obok jej historii poznamy też relacje pomiędzy lekarzami i stażystami w placówce medycznej w Rybniku.

Nieco ciekawiej rysuje się fabuła Miasta Skarbów produkcji TVP. Serial opowie o w środowisku złodziei dzieł sztuki, a także o tropiących ich policjantach ze specjalnej jednostki miejscowej policji. Akcja produkcji rozgrywać się będzie w Krakowie. W serialu zagrają m. in. Aleksandra Popławska i Magdalena Różczka. Dlaczego wiążę nadzieję z tym serialem? Choćby dlatego, że moje ostatnie kontakty z produkcjami TVP wspominam bardzo dobrze. Zarówno serial Prokurator, który niestety nie doczeka się kontynuacji, a także jednosezonowe produkcje Artyści i Bodo były świetne. O niebo lepsze od tych opowieści o bogatej Warszawce.

I własnie takie seriale to krok do przodu jeśli chodzi o polską rozrywkę. A także produkcje takie jak Wataha, która powróci już w październiku tego roku czy Belfer, nie mający jeszcze daty premiery. HBO zresztą szykuje jeszcze jedną produkcję, która może być równie interesująca. Stacja pracuje nad serialową adaptacją powieści Żulczyka, Ślepnąc od świateł.

Dość już historii o polskiej rodzinie i znajomych z pogranicza fantastyki. Dość już tasiemców.

I choć wiem, że telewizja nie zmieni jeszcze długo swojego kształtu, bo takie produkcje też ktoś ogląda, ja się z tego wypisuję. Wcale nie dlatego, że musimy podążać za Zachodem. Bo mamy dobre treści o swoich sprawach, z własnym klimatem. Tylko chodzi o to, żeby było ich trochę więcej. I by ich poziom rósł.

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji (6)

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...