Czas małpokalipsy. „Wojna o Planetę Małp” – recenzja Spider’s Web

Recenzje/Film 26.07.2017
Nasza ocena:
Czas małpokalipsy. „Wojna o Planetę Małp” – recenzja Spider’s Web

Ostatnia odsłona trylogii prequeli „Planety Małp” jest triumfem CGI jako sztuki i aktorstwa Andy’ego Serkisa, ale przede wszystkim mamy tu do czynienia z wybitnym dramatem wojennym.

Akcja rozgrywa się niedługo po wydarzeniach pokazanych w „Ewolucji Planety Małp”. Małpy i ludzie zawarli sojusz. Ten przypomina jednak bardziej metaforyczne siedzenie na minie, która lada moment, przy niewłaściwym ruchu, może wybuchnąć.

Cezar, przywódca małp, planuje wyprawę, która zaprowadzi jego lud do bezpiecznej „ziemi obiecanej”.

Po drugiej stronie barykady znajdują się żołnierze-dezerterzy pod wodzą psychotycznego pułkownika (poważny i złowieszczy jak nigdy Woody Harrelson), którzy napadają na kryjówkę małp wybijając część plemienia Cezara. Ten postanawia zemścić się na pułkowniku, szykując na niego przebiegły atak.

Od razu pozwolę sobie na drobny spoiler, bowiem „Wojna o Planetę Małp” bliższa jest szekspirowskiej psychodramie niż klasycznym widowiskom czy filmom wojennym.

Tak naprawdę nie ma tu zbyt wielu scen bitewnych. Właściwie większość z nich możemy zobaczyć w trailerze. Jeśli więc nastawiacie się na małpią wersję „Szeregowca Ryana” czy „Dunkierki”, to możecie się lekko rozczarować. „Wojnie o Planetę Małp” znacznie bliżej jest do „Mostu na rzece Kwai”, „Czasu Apokalipsy” (do której m. in. nieraz się odnosi) czy do klasycznych westernów Johna Forda w stylu „Poszukiwaczy”.

„Wojna o Planetę Małp” rozgrywa się bowiem w większości w głowach i psychice głównych bohaterów. To opowieść o tym jaką cenę trzeba zapłacić, gdy pozwolimy ponieść się złości. A także o tym, jakie mogą być skutki kierowania się gniewem i żądzą zemsty.

Woody Harrelson jako Pułkownik - kadr z filmu Wojna o Planetę Małp

To odważne i imponujące podejście w kontekście ram poetyki kina rozrywkowego i blockbusterowych widowisk.

Zresztą już „Ewolucja Planety Małp” była wręcz awangardowym krokiem w kinie popularnym. Pierwsze 30-40 minut tego filmu pokazywało jedynie postaci małp porozumiewające się bez słów, za pomocą języka migowego.

Pod względem innowacji w obrębie serii, „Wojna o Planetę Małp” nie przynosi wprawdzie wiele nowego, bo po prostu rozwija poetykę i spina wszystkie wątki z „Ewolucji…”.

Nadal jestem pod ogromnym wrażeniem tego, w jaki sposób twórcy podeszli całościowo do prequela/rebootu „Planety Małp”. Dojrzałość i powaga, z jaką opowiadają historię małp walczących o wolność i to, na ile zawierzyli oni inteligencji publiczności, która będzie w stanie to właściwie „kupić”, przetworzyć i zinterpretować, są naprawdę niebywałe.

Obozy pracy dla małp - kadr z filmu Wojna o Planetę Małp

Co więcej, „Wojna o Planetę Małp” napakowana jest szeregiem nawiązań. Zarówno do wspomnianych wcześniej „Poszukiwaczy” i „Czasu Apokalips”y (i przy okazji „Jądra ciemności” Josepha Conrada), nie pomijając też szekspirowskiej dramaturgii, paraleli niewolnictwa, ruchów społecznych i rasowych, traumy wojny oraz biblijnej mitologii.

Sporo tego. Ale wymieszane jest to z niesamowitą sprawnością, elegancją i fantastycznym wyczuciem odpowiednich proporcji.

Dzięki temu najnowszy film Matta Reevesa to bliskie ideału zamknięcie jednej z najlepszych trylogii w historii kina. Oczywiście, nie jest to koniec całej serii, bo twórcy już w tym momencie otwarcie mówią o ciągu dalszym.

Natomiast „Wojna…” kończy rozciągającą się na trzy filmy opowieść o Cezarze. Cała trylogia dała nam rzadką w kinie możliwość obserwowania i poznawania danej postaci od małpiątka, które poprzez genetyczne eksperymenty zyskuje ludzką inteligencję i przechodzi przyspieszoną ewolucję. Następnie dorasta i staje się buntownikiem oraz przodownikiem swojego gatunku, tworząc dla niego strukturę i prawa obowiązujące w jej obrębie.

W „Wojnie o Planetę Małp” Cezar jest już w pełni dojrzałym, ukształtowanym i zahartowanym przez wojnę przywódcą. Niczym biblijny Mojżesz ma za zadanie zaprowadzić swój lud do ziemi obiecanej.

Cezar, kadr z filmu Wojna o Planetę Małp

Poziom technologii motion capture wykorzystanej do nadania cyfrowego życia postaciom małp już w „Ewolucji Planety Małp” był fotorealistyczny i zapewniający widzom „szczękopad”. „Wojna…”, to po prostu ten sam niebywale wysoki poziom.

Tym razem zarówno Matt Reeves jak i artyści z Weta Digital poczuli się na tyle pewnie ze swoją twórczością, że zdecydowano się na szereg zbliżeń na twarze małp. Chwilami takie, że wypełniały one cały kinowy ekran i naprawdę nie dało się znaleźć w nich ani grama sztuczności!

Zresztą oglądając film, niemalże od razu zapominamy, że widzimy postaci tworzone na komputerach. Mają one w sobie tyle realizmu i życia, że traktujemy je na równi z ludźmi. Duża w tym oczywiście zasługa także aktorów, bo technologia performance capture, jak sama nazwa wskazuje, polega na tym, że na grającego na planie aktora nakładana jest jego „cyfrowa powłoka”, idealnie odtwarzająca ich mimikę.

„Wojna o Planetę Małp” to dość ponure i brutalne zamknięcie historii Cezara udowadniające, że Matt Reeves jest obecnie jednym z najlepszych opowiadaczy historii w Hollywood i nie tylko.

Film angażuje emocjonalnie na poziomie bardzo rzadko spotykanym w kinie rozrywkowym, wciskając w fotel swoją dramaturgią, poruszając tragicznymi losami bohaterów i szczerze wzruszając w sferze emocjonalnej.

Cała saga Cezara to bowiem dojmujący traktat o humanizmie. Wszak wszyscy jesteśmy zwierzętami, a małpy to wcale nie tacy nasi dalecy kuzyni.

Teksty, które musisz przeczytać:

Największe kinowe porażki lata 2017

Wakacje to najgorętszy okres w światowych kinach i to nie tylko ze względu na aurę pogodową. To właśnie na czas wakacji wytwórnie szykują swoje największe przeboje. Niestety wiele z nich odnosi sromotne porażki finansowe i artystyczne. Oto te największe z 2017 roku.

Artykuł/Film 12.08.2017

Dołącz do dyskusji (5)

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...